Krótko - znowu wciąłem się kumpeli do obcięcia i znowu się udało :P. Po drodze jeszcze Lidl oraz PiP (w końcu na półki wrócił Kormoran Jasny Mocno Chmielony!) i do domciu.
Ostatni dzień pobytu nad morzem. Rowerowo niespełniony i wymęczony panującym skwarem ruszyłem z jedną tylko sakwą (druga, cięższa pojedzie z resztą rodzinki autem następnego dnia) na dworzec do Słupska. Aby za specjalnie się nie spinać wystartowałem dobre 2,5 godziny przed planowanym odjazdem pociągu. Postanowiłem ciut wydłużyć sobie trasę, jadąc drogą, którą zwykle śmigam autem, a która tylko w części pokrywa się ze szlakiem rowerowym. Na dworcu byłem po godzinie i kwadransie, zostawiając za sobą równo 30 km. Miałem jeszcze czas na zakup energetyka, jakichś kanapek i strzelenie pożegnalnej foty na peronie ;).
Pociąg podjechał punktualnie, znalazłem odpowiedni wagon i miło się zaskoczyłem - w końcu trafiłem na skład z porządnym wagonem rowerowym, tzn. w połowie przeznaczonym na rowery, a w drugiej połowie wyposażonym w fotele "samolotowe". Podróż do Tczewa mimo towarzystwa gderających Niemców przebiegła prawie dobrze. Prawie, ponieważ wjeżdżając do Trójmiasta ilość osób w wagonach zaczęła się w zastraszającym tempie podwajać i potrajać :/. Na dodatek w Gdyni i na stacji Gdańsk Główny do wagonu wsiadła kolonia :/. Całe szczęście, że z Trójmiasta do Tczewa był rzut beretem, gdyż nie wiem jak długo wytrzymał bym jazdę z czyimś tyłkiem na wysokości mojego nosa... Wysiadając w Tczewie dysponowałem zapasem czasowym rzędu 40 minut, które postanowiłem spędzić na peronie. W międzyczasie konkretnie się rozpadało - miła odskocznia od upałów :). Pociąg do domu nadjechał z 10-cio minutowym opóźnieniem, a wejście do niego wiązało się z powrotem do realiów, do jakich przyzwyczaiło nas PKP - przedział na 3 rowery, w którym mój wylądował jako szósty, miejsca tylko i wyłącznie stojące, ścisk, hałas itd. "Pocieszające" (celowo w cudzysłowie) były tylko miny osób wsiadających na stacjach po drodze. O dziwo już w Bydgoszczy udało nam się zgubić opóźnienie i w Gnieźnie byłem zgodnie z rozkładem. Wysypałem się z wagonu z pomocą współpodróżnych i prosto z dworca ruszyłem do domu, tym samym uznając wakacje za zakończone :).
Pierwszy dzień właściwego pobytu nad morzem, pierwsza (i jak się później okaże - ostatnia) okazja do pośmigania rowerem po nowych, nieznanych mi szlakach. Padło na Łebę, przez Słowiński Park Narodowy, oczywiście szlakiem R10. Udało mi się już na samym starcie - przemiła dziewczyna kasująca za wjazd do parku nie miała wydać i stwierdziła, że mam jechać - Ona jakby co była w toalecie :). No to pojechałem. W parku ludzi trochę się kręciło, więc początkowa jazda to właściwie slalom. Im bardziej wgłąb, tym łazików mniej. W końcu opuściłem zadrzewioną część parku i wypadłem na pierwsze, piaszczyste drogi wśród łąk. Te na początku akurat sąsiadowały z jez. Gardno.
Chwilę popodziwiałem okolicę i ruszyłem dalej. Od początku prowadziły mnie drogowskazy, wskazujące miejscowości które czekają mnie po drodze. Na drogowskazach widniał również magiczny symbol R10 - znaczy, że dobrze jadę.
Tak zamiennie - raz lasem, raz łąką dotarłem do Smołdzina. Stąd również obrałem kierunek wskazywany przez owe drogowskazy, co okazało się błędem. Dwa drogowskazy później jakoś podejrzanie przestały one występować, a na drzewach ewidentnie brakowało towarzyszących mi dotychczas oznaczeń szlaku. Ten to w ogóle jest strasznie zamazany i gdyby nie pojawiające się co jakiś czas tabliczki to bez mapy ani rusz. W końcu zabrakło również tabliczek, więc trzeba było skorzystać z załadowanej do Locusa mapy. Okazało się, że w Smłodzinie obrałem zły kierunek i zamiast udać się szlakiem na północny-wschód, ruszyłem na wschód. Tym sposobem w Rówienku musiałem nanieść korektę, by w końcu dotrzeć do Skórzyna i wrócić na znakowaną trasę.
Stąd już poszło gładko - przez Zgierz ;), Izbicę i Gać dotarłem z powrotem do SPN, w okolice jeziora Łebsko. Tu już bezlitośnie grząskimi piaszczystymi duktami prowadzącymi aż do samej Łeby ruszyłem do mojego punktu docelowego.
Ilość znajdujących się w mieścinie ludzi, oraz wszędobylski ścisk i zgiełk spowodowały, że chęć objechania Łeby pękła niczym bańka mydlana. Zawróciłem, przystanąłem jeszcze w sklepie by uzupełnić zapas wody i strzelić na miejscu izotonika i ruszyłem w drogę powrotną. Do Skórzyna śmigałem dokładnie tymi samymi drogami, by w końcu we wsi wskoczyć na właściwy, znakowany szlak R10. Wcześniej nie widziany odcinek wiódł przez mokradła, rzadkie lasy oraz łąki aż do miejscowości Kluki.
Przystanąłem na chwilę, popatrzyłem, pooglądałem i ruszyłem dalej asfaltem do Łokciowych. Tu szlak zakręcał w stronę Smołdzina, a wiódł betonowymi "jumami" przy których co jakiś czas napotykałem gipsowe rzeźby.
Ciekawe to to, choć nigdzie nie opisane, więc nie bardzo wiem o co z tymi rzeźbami chodzi. Ze Smłodzina ponownie śmiganą już trasą przez Słowiński Park Narodowy dotarłem do Rowów. Zatrzymałem się jeszcze przy budce na wejściu do parku, zakupiłem zaległy bilet czym wprowadziłem sprzedającą je dziewczynę w zdziwienie i ze spokojnym sumieniem ruszyłem do kwatery pod prysznic. Ty sposobem jedyny właściwie wypad rowerowy po wybrzeżu zakończył się dystansem 110 km w czasie niecałych 6 godzin. Piachy i temperatura ostro dały popalić, a był to dopiero początek męczących upałów...
Zacznę prosto z mostu - moje nadzieje związane z wyjazdem z rowerem nad morze nie zostały do końca zaspokojone. Z jednej strony zawiodła pogoda - cały czas człowiek narzeka że zimno, że pada i w ogóle, a gdy przychodzi wymarzone ciepło to już takie naprawdę konkretne. W moim wypadku był to tydzień skwaru, duchoty i praktycznie zerowego wiatru. Powyższa aura w połączeniu z piaszczystymi, nadmorskimi szlakami spowodowały, że mimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie jeździć tyle ile zamierzałem :/. Z drugiej strony - był to jednak wyjazd rodzinny. Żona wraz z Juniorem pojechali samochodem, ja z własnej nieprzymuszonej woli wsparłem finansowo PKP podróżując pociągiem. Oczywiście już na miejscu nie mogło być za różowo - każda chęć wyjazdu rowerem poprzedzana byłą dyskusją, oraz potrzebą znalezienia kompromisu, który o dziwo nigdy nie znajdował się pośrodku... Mniejsza z tym. Czas na właściwą relację, a tę ograniczę tylko do trzech, rowerowych dni, z czego dwa to dojazd z dworca do Rowów i z Rowów na dworzec :P.
Dzień pierwszy - podróż PR do Poznania i stamtąd TLK do Ustki. Pierwotnie bilet wykupiłem do Słupska, lecz stwierdziłem, że skoro mogę dojechać do stacji końcowej i na spokojnie wygramolić się z tym całym majdanem, zamiast stresować się gwiżdżącym nad uchem kierownikiem pociągu, to czemuż by nie. Bilet udało mi się przedłużyć jeszcze w Poznaniu, za free :). Generalnie podróż aż do samego końca przebiegła nad wyraz komfortowo (w końcu jechałem w tygodniu) - miałem przedział dla rowerzystów cały dla siebie, a rower wisiał sobie obok jako jedyny w wagonie. Na miejscu byłem zgodnie z rozkładem jazdy (o dziwo! ;P ), skąd bez zbędnego kręcenia po kurorcie(?) ruszyłem asfaltami w ciągu szlaku R10 do Rowów. Jazda do punktu docelowego poszła dość sprawie, choć mijające mnie non stop samochody tego nie ułatwiały. Pomimo, że drogi między miejscowościami to drogi mocno podrzędne, to jednak są intensywnie użytkowane przez poruszających się blachosmrodami urlopowiczów. Na miejsce dotarłem po niespełna godzinie, przywitałem się z resztą rodzinki, następnie udałem się pod prysznic i na obowiązkową rybkę, inaugurującą każdy pobyt nad morzem :).
Taki tam szorcik na lepszy sen. Wyskoczyłem totalnie po cywilnemu, a w zamiarze miałem kilka kółek wokół Wenecji. Niestety upierdliwe, latające robactwo pozwoliło mi wykręcić max dwa okrążenia, więcej tego cholerstwa bym nie zniósł. Na do widzenia podjazd z Wenecji do Strumykowej, powrót na około dzielnią i jeszcze na dobitkę do końca mojej ulicy i z powrotem. Cholera, jak ja tam dawno nie byłem. Co to za chałupy się pobudowały? Kto tam w ogóle mieszka?! ;)
Z rana postanowiłem kopsnąć się na dworzec PKP celem zakupu biletów nad morze i z powrotem. Decyzja okazała się być słuszną, gdyż przy okienku kwitłem dobre pół godziny, mimo że przygotowane miałem wydruki tras w obie strony. Tak czy inaczej sukces - mam miejsca siedzące, mam miejsca na rower, a siedzę w przedziale dla rowerzystów (co nie zawsze jest tak oczywiste). We wtorek odjazd. Pomorze - przybywam! :)
Przy okazji udało mi się ustrzelić fotkę Open'er-owego Husarza (Siemens EuroSprinter).
Dziś znowu odwiedziłem Decathlon przy okazji pracy w Poznaniu i znów nie mogłem wyjść z pustymi rękoma. Oprócz kilku drobiazgów ułatwiających, jak i chroniących życie rowerzyście, mym łupem padł pulsometr GEONAUTE Cardio ONrhythm 410 progress. Po powrocie do domu postanowiłem go przetestować, choćby nawet na krótkiej trasie. Padło na wypad do PiP na drobne zakupy. Wiedząc, że nawet w mieście da się ostro pomykać pocisnąłem w pedały ile wlezie. Niespełna 10-cio kilometrowy wypad nie zaspokoił mojego głodu jazdy. Wysłałem więc eskę do Marcina z propozycją wspólnej, wieczornej jazdy. Niestety echo - najprawdopodobniej już gdzieś śmigał. Z lekką dozą niepewności wysłałem kolejnego esa do p. Jurka i tu miłe zaskoczenie - oddzwonił i umówiliśmy się na start o 20.15. Dziś padło na trasę wzdłuż S5, dalej przez Łubowo do Dziekanowic, stąd aż do drogi na Kiszowo z której po chwili się zawinęliśmy kręcąc przez wioski do Obory. Tu też jeszcze nam było mało, więc wykręciliśmy przez Obórkę do drogi na Zdziechowę i tą drogą, już po zmroku wróciliśmy do Gniezna. Mogę powiedzieć, że po tym wypadzie rowerowy głód został złagodzony :) Zniknie do zera w sobotę - kroi się konkret wypad w konkretnym BS-owym składzie :D. Aha, muszę jeszcze obczaić jak mój nowy zakup wykorzystać, by pomógł mi pozbyć się choć częściowo mięśnia piwnego ;). Częściowo, bo w całości nie ma szans - ja kocham piwo! :D
Ot takie miejskie kręconko na dobranoc. Przy okazji zaliczyłem po dwie pętle wokół Łazienek i Wenecji oraz podjazd do Strumykowej. Jazda wieczorem ma sporo plusów jak i jeden zasadniczy minus - pałętające się w powietrzu robactwo, zwłaszcza nad wodą :/
Dziś Franz oficjalnie skończył 2 lata. Z ciekawości zajrzałem do Wikipedii, by sprawdzić kto jeszcze rodził się 24.06. Lionel Messi, Jan Kulczyk...na tym poprzestałem, zrobiło się wystarczająco ciekawie :) Pod wieczór zabrałem się za czyszczenie napędu, czyli szejkowanie łańcucha, wymycie korby, kasety, przerzutek, zmontowanie wszystkiego do kupy i smarowanko. Wątpię żebym w tygodniu gdzieś dalej wypalił, tym bardziej że nastąpiło załamanie pogody i nie liczę na jazdę po suchych, kurzących się piachach. Okazja do wykręcenia kolejnych kilometrów nadarzyła się dopiero po 20, gdy Jubilat poszedł spać. Przed wyjazdem zerknąłem jeszcze na stronkę, którą polecił mi Sebek. Na mapie nad Gnieznem nie zaobserwowałem żadnych kolorowych, mniejszych lub większych ciapek, więc spokojny (złudnie niestety) o aurę wypaliłem przez miasto w kierunku Goślinowa. Pierwszy przystanek to PiP i małe zakupy na jutro rano. Dalej pokręciłem przez Budowlanych w stronę dzielnicy Róża, którą chciałem się dostać na ul. Orcholską wiodącą w stronę Goślinowa. Im bliżej Orcholskiej byłem, tym bardziej zacząłem odczuwać spadające z nieba krople. W którymś momencie stwierdziłem, że jazda ma już niewiele wspólnego z przyjemnością i trzeba by się gdzieś na chwilę zatrzymać. Na moje głupie szczęście po drodze miałem wiadukt w ciągu DK15 pod którym mogłem spokojnie przeczekać opad.
...jak również można się było dowiedzieć, że "Roman to GEJ!" Po pięciu minutach stwierdziłem, że czekanie nie ma sensu bo równie dobrze deszcz może nie ustać przez dłuższy czas. Jako że z cukru stworzony nie jestem, a kwaśne deszcze to nie u nas, ruszyłem dalej. Goślinowo oraz dalszą trasę sobie odpuściłem - żadna to frajda taka jazda w deszczu. Ruszyłem przez Winiary ku domowi. Na dole, na Wiadukcie Solidarności fotka Gnieźnieńskiego Bronxu (tak - mamy Manhattan, mamy również Bronx. Gniezno to prawie NY ;) )...
...i pokręciłem z zamiarem powrotu Żabią, Powstańców Wlkp. i wzdłuż Poznańskiej. Przy estakadzie coś mnie jednak tchnęło i odbiłem na Żuławy. Z Żuław w św. Jana, dalej św. Wojciecha i jestem pod Katedrą. Tu uświadomiłem sobie że deszcz chyba powoli ustaje, więc wykręciłem jeszcze na Wenecję biorąc pod uwagę ewentualność ponownego wydłużenia trasy. Na Wenecji jak na złość deszcz znowu przybrał na sile, więc zmuszony zostałem do ostatecznego powrotu. Zahaczyłem jeszcze o "wyspę", na której nie byłem od czasów liceum. Focia Katedry i jej otoczenia, oraz kręcącej się gdzieś w kanale między parkiem a wyspą łabędziej rodzinki :)
Z Wenecji standardowo Strumykową do Dalkoskiej, następnie w Orzeszkowej i na około przez mój fyrtel do domu. Napęd znów pracuje cicho, co niejako jest radosną symfonią dla mych uszu ;) Cieszy po prostu :P. Oby ten stan utrzymał się do niedzieli. Gdyby jednak tak się nie stało, przytomnie zakupiłem dwie flaszki benzyny ekstrakcyjnej zamiast standardowej jednej ;)
Dzisiejszy dzień do godzin popołudniowych spędziłem we Wiekowie, na pikniku rodzinnym z okazji Dnia Ojca organizowanym przez Franusiowy żłobek. Nieskromnie się chwaląc wygarnąłem kilka fantów, czyli innymi słowy wymiotłem parę konkurencji :) W przeciąganiu liny nie miałem sobie równych, przypomniałem sobie jak się gra w nogę (na boisku dla małych szkrabów, gumową piłką :P ), jak również popuściłem wodze fantazji tworząc niedocenione dzieło plastyczne ;). Po powrocie nadarzyła się okazja do jazdy, więc rzuciłem propozycję Marcinowi. Ten jak się okazało na dziś umówił się na wymianę korby, więc był niedostępny. Pan Jurek wstępnie potwierdził swój start na godzinę 18.00, ale jako że również był w trakcie świętowania Dnia Ojca ostatecznie zrezygnował. W takim wypadku wypaliłem na solówkę, tym razem startując w kierunku Kiszkowa z zamiarem zawinięcia gdzieś po drodze w prawo. Wyjazd na ulicę Kiszkowską (czyli jakieś góra 2 km od domu) to zderzenie z klasycznym, solidnym wmordewindem, który skutecznie hamował mnie do jakichś 20 km/h. Dodatkowo oczom mym ukazała się nadchodząca, nie za ciekawa chmura zwiastująca solidny opad. Szybka analiza sytuacji i decyzja - skracam trasę by nie wrócić do domu jak zmoknięta kura. W prawo odbiłem tuż przed Braciszewem, następnie pokręciłem przez Oborę i Obórkę do drogi na Zdziechowę. Z Obórki do owej drogi miałem wiatr w plecy, więc prędkość na tym krótkim odcinku oscylowała w okolicach 40 km/h, co niejako zniwelowało stratę z początkowych minut jazdy. W międzyczasie zauważyłem, że chmura znacznie się powiększyła i niebezpiecznie szybko zbliża się nad miasto, jak na złość od strony mojego fyrtla.
Cisnąc ile pary w nogach ruszyłem prostą do Gniezna mijając po drodze snującą się na rowerach rodzinkę. Czy oni nie widzą co się dzieje z pogodą?! Nie zastanawiając się zbytnio nad ich losem wpadłem ul. Powstańców Wlkp. i bez zbędnego kluczenia, najprostszą i najkrótszą drogą - chodnikiem wzdłuż Poznańskiej pokręciłem do domu. Na drugiej stronie ulicy zauważyłem zjeżdżających ze sporą prędkością, bliżej niezidentyfikowanych, lecz jak wywnioskowałem z wyglądu zaprawionych w bojach bajkerów. U progu stanąłem po równo 40 minutach jazdy, zadowolony z powrotu przed deszczem. Jeszcze szczęśliwszy byłem wstawiając schnące na dworze pranie. Kto wie jakie gromy z nieba by na mnie spadły gdyby zmokło...:P. A teraz najciekawsze - minęła prawie godzina od powrotu, a (jak to mawia Junior) "nie ma padadeściu". Chmurę gdzieś wcięło, a wiatr sądząc po obserwacji liści na drzewach się uspokoił... Ma się to "szczęście". Cóż, przede mną tydzień pracy, a po nim sobota na pakowanie i w niedzielę wyjazd :D. Na kondycję nie narzekam, rower trzeba będzie dokładnie wyczyścić i nasmarować by jadąc nawet pisku nie wydał i można ruszać na podbój pięknej, lecz nadal biednej Polski "B". Ahoj przygodo!
EDIT: 18:52 - równo po godzinie od powrotu coś tam zaczęło z nieba kapać ;)