Travel on Gravel!

kubolsky
Wpisy archiwalne w kategorii

solo

Dystans całkowity:46148.12 km (w terenie 1.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:1980:47
Średnia prędkość:23.30 km/h
Maksymalna prędkość:162.97 km/h
Suma podjazdów:130025 m
Maks. tętno maksymalne:224 (122 %)
Maks. tętno średnie:155 (80 %)
Suma kalorii:1556101 kcal
Liczba aktywności:1242
Średnio na aktywność:37.16 km i 1h 35m
Więcej statystyk
Wtorek, 18 czerwca 2013 Komentarze: 4
Dystans 18.09 km
Czas 00:55
Vśrednia 19.73 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Dziś po pracy czekał mnie cały dzień z Juniorem. Cały dzień to może trochę na wyrost powiedziane, bo Juniora zgarnąłem ze żłoba o 16:00, a o 19:30 poszedł kimać. Zawsze to jednak prawie cztery godziny w konfiguracji ojciec+syn (czyt. niepewnie ;) ). Najpierw obiadek, czyli McDrive i konsumpcja w domu :P. Później wspólna drzemka w fotelu i nagle zrobiła się 19.00. Młody na szczęście nie zdążył się solidnie wybudzić, więc ponowne zaśnięcie było formalnością. Swój posterunek opuściłem dopiero o 22.30, a że na dworze warunki wręcz idealne to postanowiłem strzelić sobie rundkę po mieście pod osłoną nocy. Śmigając w stronę Wenecji wydumałem sobie dodatkowy plan na ten wieczór - objazd dwóch jezior.

Katedra nocą © kubolsky


Najpierw półtorej kółka wokół Wenecji, później przez miasto w stronę Łazienek. Po drodze zostawiam za sobą widok z deptaku na oświetloną katedrę. Będę wracał to cyknę fotę. W okolicach miejskich wodociągów rozpocząłem objazd drugiego dziś jeziora. Tu też swój chrzest bojowy przeszła przednia lampa. Spisała się wyśmienicie do tego stopnia, że gdzieś po drodze w łunie światła na drodze wyrósł mi jeżyk. Odpowiednio wcześnie go zauważyłem, wcisnąłem oba heble i stoję w miejscu. Jeżyk popatrzył i potuptał w zarośla. Nawet nie podziękował... :P. Dalej ulicą Żwirki i Wigury znowu do miasta, w kierunku ul. Chrobrego.

Deptak (ul. B. Chrobrego) © kubolsky


Dojeżdżając do celu zauważyłem, że zgasła iluminacja świątyni. Pomyślałem - "pewnie bezpiecznik, zaraz naprawią" ;). Chcąc zgubić trochę czasu śmignąłem Doliną Pojednania w stronę ul. 3 Maja, celem oblukania nowego skweru. Jak się okazało "nowy skwer" to w rzeczywistości parking i kilka ogrodzonych drzew. Porażka :/. A budowali to chyba całe ostatnie ćwierćwiecze...

Nowy "skwer" w mieście © kubolsky



Wróciłem w okolicę Katedry, a tam dalej ciemno. Nie to nie, łaski bez - obfocę Farę. Tu niestety również lampy pogasły. Myślę sobie - "chyba na jednym obwodzie z katedrą są - jak tam siadł bezpiecznik, to i tu nie świeci" ;P. Ruszyłem Warszawską w stronę Dalkoskiej.

Ulica Warszawska © kubolsky


U końca ulicy oszukałem sygnalizację świetlną, skracając sobie drogę przez chyba najmniejszy w Gnieźnie parking u zbiegu Warszawskiej i Dalkoskiej. Dalej w dół z wiatrem we włosach, odbicie w Strumykową i jeszcze kawałek brzegiem Wenecji. Ciemno. Cyba to jednak nie bezpiecznik, a oszczędności. Pewnie o 23.00 pan Henio pstryka pstryczkiem - elektryczkiem i miasto gaśnie. Pozostawiając jezioro za sobą wskoczyłem na chodnik wzdłuż ul. Poznańskiej i kręcę do góry. U końca podjazdu odbiłem jeszcze w Kostrzewskiego i tyłami, czyli Orzeszkowej śmiggnąłem do domu. Praktycznie pod koniec wieczornej trasy zarobiłem liścia. Konkretnie to liściem. Gałęzią dokładnie :P. Dobrze, że nie konarem bo bez kasku byłem. Do domu wpadłem po niecałej godzinie jazdy, mega dotleniony...i nic a nic śpiący :)
Przy okazji przywiozłem ze sobą kilka przemyśleń. Po pierwsze - jazda nocą ma kilka niezaprzeczalnych plusów: nie ma ruchu czyli ulice są moje, temperatura jest idealna, a samo miasto wygląda kompletnie inaczej. Po drugie - właśnie to miasto. Jak się tak przyjrzeć, to nie jest takie obskurne...nocą. W dzień nadal straszy :P
Dobranoc Państwu!

Aha, wbrew pozorom fotki nie były cykane kalkulatorem, a SGS-em który nie posiada lampy doświetlającej :P
Piątek, 14 czerwca 2013 Komentarze: 5
Dystans 53.98 km
Czas 02:24
Vśrednia 22.49 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
B-day zawiódł srodze me rozdmuchane oczekiwania. Dla niewtajemniczonych - B-day to urodzinowe piwo, uwarzone w kooperacji browarów Pinta i AleBrowar, z inicjatywy Piwoteki Narodowej. Pinta zajęła się zasypem, AleBrowar oczywiście chmielił Amerykańskimi chmielami. Dokonując wczoraj w Ministerstwie Browaru zakupu cieszyłem się jak małe dziecko z Chupa-Chupsa, a po przyjeździe do domciu wieczorkiem przelałem piwo do szklanki i rozpocząłem degustację. Przyznaję - pierwszy łyk to niebo w gębie. B-day to co prawda nie AIPA, więc i goryczka nie jakaś z kosmosu, ale chmiele i tak robią swoją robotę. Niestety każdy kolejny łyk to coraz większy zawód, coś ewidentnie jest nie tak. Na moje to właśnie podczas chmielenia coś się wysypało (kumacie tą grę słów? :P ), ponieważ wystarczy odczekać minutę po łyku i smak zaczyna nieprzyjemnie ściągać całą jamę ustną. Nie jest to nic fajnego, tym bardziej że skutecznie niweluje chęć sięgnięcia po kolejnego wira. Przykro się przyznać, ale piwa nie dopiłem. Następnym razem po prostu będę trzymał się utartych szlaków i zakupię sprawdzonego Rowing Jacka.
Dzisiejszy dzień wcale nie zaczął się jakoś rewelacyjnie, tzn. niebo spowite było sporą warstwą chmur a o słoneczku można było zapomnieć. Nie powiem żeby rozbudziło to we mnie rowerowy entuzjazm. Z drugiej strony może to i dobrze, bo mnie na dwór nie ciągnęło, a trzeba było ogarnąć chatę przed jutrzejszymi drugimi urodzinami Juniora. Na moje głupie szczęście po południu ciemne chmury zniknęły praktycznie całkowicie, a żarówa ostro dawała z nieba. Ponieważ ja swoje zadania wykonałem, postanowiłem przeznaczyć trochę czasu na rowerowe przyjemności. Aura za oknem była (wydawać by się mogło) idealna, wskoczyłem więc w krótki zestaw ciuchów, spakowałem sakwę (nareszcie nie muszę się bujać z bagażem na plecach) i ruszyłem na szlak. Wyjazd z Topolowej to "kubeł zimnej wody" - zderzyłem się ze ścianą silnego i chłodnego wiatru. Pierwsza myśl - zawracam i coś jeszcze na siebie założę. Przytomnie jednak pomyślałem, że jadąc pod taki wiatr trochę się zasapię, więc pewnie się również solidnie rozgrzeję. Ruszyłem więc dalej serwisówką wzdłuż DK5, w kierunku węzła Gniezno - Południe.

Centrum sterowania wszechświatem ;;) © kubolsky


Aha, tu nadmienię że w końcu stałem się posiadaczem idotoodpornego kieszonkowego pstrykacza fotek :) Nareszcie telefon mogę w spokoju zostawić dla Locusa (który gdzieś po drodze się wysypał i ślad musiałem nanosic ręcznie :/ ), a i samych fotek i filmików będzie więcej, ku Waszej niekrytej uciesze jak mniemam;)
Jak widać dziś znowu postanowiłem objechać śmiganą już kilkukrotnie trasę do Czerniejewa, z tym że wybrałem wariant w 100% asfaltowy, w przeciwieństwie do poprzedniego wyjazdu. Praktycznie przez całą gładką, asfaltową drogę do Wierzyc skutecznie hamował mnie wmordewind. Nawet w momencie kiedy między Promnem a Fałkowem trzeba było chwilowo opuścić czarny dywan, wiatr nie dawał za wygraną.

Między Promnem a Fałkowem © kubolsky


Tak sobie jadąc i myśląc doszedłem do wniosku, że nie raz już się w takich (oraz gorszych) warunkach śmigało, więc trzeba zacisnąć zęby i ostro napierać na korbę. Średnia prędkość na tym odcinku nie była może powalająca, ale z drugiej strony jakiejś wielkiej tragedii też nie było - 23 km/h to nie tak źle :) Dojechałem w końcu do rondka we Wierzycach i wydedukowałem, że kierując się na Czerniejewo powinienem ustawić się korzystniej względem napieprzającego wietrzyska. Ciężko było sprawdzić czy miałem rację, bo początkowe parę kilometrów to jazda przez las. Las się jednak w końcu skończył i ku mej radości do uszu dochodziła tylko cisza i szum opon. No, prawie tylko cisza i szum opon. Bez dymającego wiatru okazało się, że słyszę skrzeczący łańcuch. Najwyraźniej już najwyższy czas na smarowanie bo wysechł na wiór. Ależ to wkurza... Całą drogę do Czerniejewa śmigałem w towarzystwie nie odstawiającego mnie nawet na pół koła kompana. Jechał twardo obok, nawet gdy rozpędzony nie schodziłem poniżej 30 km/h. Najwidoczniej ostro zaprawiony w bojach ;)

Chasing shadow © kubolsky


W końcu trafiłem do Czerniejewa gdzie nie mogłem sobie odpuścić wizyty na pałacowym fyrtlu. Przejeżdżałem tędy nie raz, lecz nigdy nie było okazji by przystanąć i strzelić foto. Dziś się taka okazja nadarzyła i postanowiłem z niej skorzystać. Potwierdziły się również informacje zasłyszane jakiś czas temu - ktoś Czerniejewski pałac kupił i o ile do Wozowni czy parku można wjechać, tak pod sam pałac już nie - drogę blokuje przewieszony łańcuch. Aha, wiem że gdzieś w parku znajduje się keszyk, lecz nie zaciągnąłem do Locusa lokalizacji okolicznych skrzynek, a na ślepo nie było sensu szukać.

Pałac w Czerniejewie © kubolsky


Z Czerniejewa droga wiodła by mnie prosto przez Pawłowo i Mnichowo do Gniezna, ale szybka kontrola czasu wykazała, że dysponuje jeszcze ponad godziną wolnego czasu. Chwila zastanowienia i decyzja - w Pawłowie przy cmentarzu odbiję sobie na Kosmowo, a stamtąd przez Gębarzewo ulicą Pustachowską wrócę do domu. Jak pomyślałem tak uczyniłem i po sprawnym przejeździe w/w drogą wśród pól uprawnych i lasów, zaraz za nekropolią wykręciłem rogala w prawo. Tu po raz kolejny spotkałem się z wiatrem twarzą w twarz, lecz trwało to co najwyżej 5 minut, gdyż droga zakręcała i od tego momentu wiało mi już tylko w bok lub w plecy. W końcu dotarłem do Gębarzewa, a opuszczając wioskę uchwyciłem na fotce budynki Zakładu Karnego widocznego wśród okolicznych pól.

ZK Gębarzewo © kubolsky


Dalej trasa wiodła ul. Pustachowską przez las do samego Gniezna, a konkretniej na dzielnicę Pustachowa.


Postanowiłem uwiecznić tą drogę na zdjęciu, gdyż przypomniał mi się pewien wczesnowiosenny wypad z p. Jurkiem i Mateuszem. Wtedy ten dukt wyglądał znacznie mniej przyjaźnie. Najpierw asfaltem, później leśnym duktem i znowu czarnym szlakiem wyjechałem w Gnieźnie.

Ul. Pustachowska © kubolsky


Jeszcze fotka kościoła w budowie (stan niezmiennie surowy odkąd tylko pamiętam)...

Budowa kościoła na Pustachowie © kubolsky


...i Półwiejską, dalej wzdłuż Kostrzewskiego, przez Dalki i E. Orzeszkowej wracam do domciu.
Mimo iż za solówkami nie przepadam to w fotelu zasiadłem mega usatysfakcjonowany, a pierwsza rzecz o której pomyślałem, to pytanie "gdzie tu jutro przy sobocie się wybrać"? :)
Jakiś czas później otrzymałem od Aśki zadanie - "zajmij się Frankiem, a ja dokończę sprzątanie". Jako że nie jestem z tych pedantycznych osób, które porządkując własne "M" zaglądają we wszystkie najdrobniejsze kąciki, przystałem na propozycję i zgarnąłem Juniora na rower. Wyciągnąłem z garażu Dżoanową Kozę, podniosłem siodło, zainstalowałem Młodego w foteliku, założyłem Mu kask z Puchatkiem :) i wio. Tak w duecie wykręciliśmy sobie rundkę po mieście zahaczając najpierw o Biedrę na dzielni, gdyż mieliśmy nabyć droga kupna truskawy. Niestety Pani Truskawki już nie było, więc udaliśmy się w okolice Netto, gdzie przesiaduje konkurencja Pani Truskawki. Tam również nikogo. Pozostało się zaopatrzyć w jak się okazuje deficytowy towar w Piotrze i Pawle. Przy okazji zgarnąłem dwa Lubuskie Jasne i Kormorana Mocno Chmielonego. Zakupy do koszyczka i jedziemy z powrotem. Aby drogę powrotną sobie trochę urozmaicić, w połowie deptaku odbiliśmy na ul. Słomianka, później kawałek brzegiem Wenecji i z powrotem do domu tradycyjnie równolegle do Poznańskiej. Junior po drodze zdążył wciągnąć obowiązkową bułę, a mi udało się zgubić jedną truskawkę i jedną wciągnąć osobiście. Aśka chyba nie zauważyła braków ;) Tym sposobem osiągnęliśmy godziny wieczorne, ja w końcu znowu sączę pijalne piwo i jak już wcześniej napomknąłem, zastanawiam się nad trasą na jutro, bo pogoda zapowiada się wyśmienicie :)
Wieczorny short Kategoria solo
Poniedziałek, 10 czerwca 2013 Komentarze: 0
Dystans 7.41 km
Czas 00:22
Vśrednia 20.21 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Od poniedziałku zacząłem z grubej rury - dziś odwiedziłem sklepy w Lubinie i Legnicy. Btw jeżeli sądzicie że nas lato nie lubi, to powinniście odwiedzić dolny śląsk - deszcz tam napierdziela non stop, rzeki wychodzą z koryt a kanaliza nie wyrabia. Masakra! Tym bardziej powrót do wielkopolski wywołam na mej twarzy solidnego banana. Wysiadając pod domem z samochodu przywitało mnie wieczorne, piękne słoneczko i przyjemnie rześki wietrzyk. Czasu co prawda było niewiele, bo trza było Juniora do spania powoli ogarniać, ale nie mógłbym sobie wybaczyć gdybym nie zaliczył chociaż kilku kilometrów na rowerze w tych jakże sprzyjających warunkach. Jako że dysponowałem około 30 minutami, postanowiłem spożytkować je na szorta do Piotra i Pawła po jakąś kolacyjkę. Tak też postąpiłem i niecałe 8 km pękło w 20 minut. Nie tak źle (znaczy z czasem, bo przecież nie z dystansem :P ). Aura mnie zdrowo nakręciła i mam nadzieję, że utrzyma się do weekendu, a tym bardziej przez weekend właśnie. Trzymam kciuki aż zsinieją! :)
Piątek, 31 maja 2013 Komentarze: 0
Dystans 19.73 km
Czas 00:52
Vśrednia 22.77 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Kilka dni bez jazdy potrafi skutecznie nakręcić głód rowerowy. Ten tydzień przebiegał pod znakiem całodniowej pracy i wybitnie niekorzystnej pogody. Trudno się więc dziwić, że w piątkowe popołudnie gdy tylko wyjrzało słonko postanowiłem wykręcić w końcu kolejne kilometry. Niestety, by nie było zbyt różowo, znów jeździłem ograniczony dostępnym wolnym czasem. Bardzo ograniczony. Na rower udało mi się wyskoczyć dopiero po 17.00, a na 18.00 miałem się stawić z powrotem w domu. Dysponując raptem 45 minutami postanowiłem, że wykorzystam je maksymalnie terenowo. Udałem się więc w kierunku Lasu Miejskiego, celem zaliczenia po drodze znajdującego się tam kesza i zdobycia certyfikatu STF (FTF-a wygarnął Marcin). U progu lasu kapnąłem się, że po reinstalacji Androida na telefonie i ponownej instalacji Locusa nie zaciągnąłem lokalnych skrzynek. W tym włąśnie miejscu postanowił mi wywinąć oscylator i z uporem maniaka odmawiał ściągnięcia bazy w 100%. Ponieważ appkę zdążyłem naprawdę polubić, zwalam winę na T-Mobile. A niech molochowi się oberwie! :P Skoro technologia postanowiła zrobić mnie na szaro postanowiłem, że złość właduję siłą mięśni. Mając przed sobą prostą, terenową drogę przez cały las rozpocząłem ową dziką szarżę z prędkością nie spadającą poniżej 25 km/h. Kręciłem ile sił wijąc się między mniejszymi kałużami i dając Epiconowi ostro w kość. Niestety jak na złość mój zapał studziły (dosłownie i w przenośni) pojawiające się co jakiś czas większe, zajmujące całą szerokość drogi kałuże - trzeba było zwalniać (bo kto wie co czai się pod lustrem wody) by je wyminąć bokiem. Ostatecznie po i tak dość żwawej jeździe wyskoczyłem w Cielimowie i nadal głodny terenu odbiłem w stronę Gębarzewa przecinając DK15. Jechałem z zamiarem zjazdu w leśny dukt w kierunku starej prochowni, lecz po dotarciu do krzyżówki mym oczom ukazało się pobojowisko zamiast szlaku. Droga wyglądała znaaacznie gorzej niż ta objechana ostatnio w Lesie Królewskim. Mocno zawiedźony pokręciłem dalej betonem do ul. Pustachowskiej, lecz nie chcąc ryzykować błota nie skręciłem w stronę Gniezna, lecz okrężną droga wzdłuż ZK w Gębarzewie wyjechałem na Pustachowie. Tutaj dalej terenem, czyli ul. Kokoszki (po ostatnich opadach znacznie przyjaźniejszą i już nie tak pustynną) ruszyłem w kierunku Dalek. Po drodze jeszcze dwie wielkie kałuże. Jedną wziąłem bokiem po trawie, drugiej się nie dało, trzeba było w bród i jestem z powrotem na asfaltach. Dalej już tylko w stroną torów kolejowych i Orzeszkowej do domu. Z powrotem byłem delikatnie po umówionej 18.00, ale nadal łapałem się w kwadransie akademickim ;)

Niedziela, 26 maja 2013 Komentarze: 2
Dystans 36.19 km
Czas 01:48
Vśrednia 20.11 km/h
Vmax 40.70 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Po wczorajszym deszczowym dniu niedziela znów przywitała mnie opadami. Szczęście w nieszczęściu, że dzisiaj czekał mnie dzień ojca ;), czyli tylko ja i Junior w domu do godzin popołudniowych. Koło 16.00 pogoda diametralnie się odmieniła - po szarym niebie i deszczu nie było śladu. Teraz termometr wskazywał 25 stopni a na niebie świeciło piękne słońce. Tak się złożyło, że po 16.00 do domu powróciła szacowna Małżonka, której oznajmiłem że kończę dyżur i się odmeldowuję celem wykręcenia kaemów na rowerze. Po otrzymaniu oficjalnej przepustki drogą smsową zaproponowałem wspólną jazdę p. Jurkowi i Marcinowi. Jak się po chwili okazało p. Jurek gościł w domu rodzinę, a Marcin zaliczył już jazdę wcześniej i teraz nie był w stanie wygospodarować czasu na kolejny wypad. Usilnie broniąc się przed jazdą solo wystosowałem kolejną eskę, tym razem do pozabeesowego kolegi - Wiadra, lecz ten cierpiał jeszcze po imprezowej nocy i nie był w stanie się ruszyć, nie mówiąc już o jeździe jednośladem :) Tym oto sposobem nie chcąc stracić pięknie zapowiadającego się popołudnia i wieczoru zacząłem szykować się do jazdy w osamotnieniu. W międzyczasie natrafiłem na tradycyjny podczas solowych wypraw problem - gdzie jechać? Przez chwilę intensywnie próbowałem wymyślić jakąś nową trasę, lecz ostatecznie stanęło na śmiganym niegdyś w towarzystwie lokalnej ekipy BS kółeczku Zdziewchowa - Modliszewko - Lasy Królewskie - Dębówiec - Gniezno. Chcąc dzisiaj zaznać asfaltu i liznąć teren była to pierwsza trasa która przyszła mi do głowy. Brałem jeszcze pod uwagę ewentualne rozszerzenie pętli o Strzyżewo Kościelne, kolejne dwa Strzyżewa i powrót do domu przez Jankowo Dolne. Mając już obrany cel ruszyłem w kierunku Zdziechowy. Ulicą Powstańców Wlkp. prowadzącą do w/w wsi jechało się nad wyraz przyjemnie - temperatura na dworze była optymalna do jazdy, słoneczko miło przygrzewało a dzisiejszą jazdę zacząłem z wiatrem w plecy. Całą tą długą prostą pokonałem z prędkością nie spadającą poniżej 30 km/h. Dopiero odbijając na Modliszewo poczułem prognozowane na dzisiaj 4 w skali Beauforta uderzające mnie prostopadle z prawej strony. Nie dając się podmuchom i pełen werwy kręciłem dalej z całkiem przyzwoitą średnią. W Modliszewie kolejny zakręt i znowu wiatr w plery do samego Modliszewka. Tu przecinając krajową piątkę wjechałem do lasu cały podjarany etapem w terenie. Niestety rzeczywistość delikatnie odbiegała od moich oczekiwań - nie wziąłem pod uwagę wczorajszego i dzisiejszego deszczu, który solidnie nasączył podłoże. Dodatkowo, chyba całkiem niedawno przejeżdżał tędy ciągnik z przyczepą skutecznie ryjąc całą drogę. Tym sposobem mój entuzjazm lekko podupadł, ale postanowiłem się nie poddawać i brnąć przez błoto przed siebie.

Leśne dukty po opadach © kubolsky


Wolno bo wolno, rzucany z lewa na prawo i z powrotem na lewo dałem radę przejechać srytowatą połowę trasy przez las. Tu nadmienię, że mimo naprawdę trudnych warunków jazdy ani razu nie spadłem z roweru, jak również nie pchałem go zamiast kręcić korbą jak przystało na bajkera :). Druga połowa leśnego etapu to utwardzone szlaki i znacznie wyższa prędkość przejazdu. Po drodze chwila przerwy na odetchnięcie, gdyż w pośpiechu przed wyjazdem zapomniałem o bidonie z wodą. Korzystając z okazji ustrzeliłem profilówkę Fury, lecz ta pewnie profilówką nie zostanie przez solidnie ubłocony rower na zdjęciu :)

Gdzieś w lesie © kubolsky


Przy okazji odkryłem kolejne, bardzo praktyczne zastosowanie SPD - w trakcie jazdy będąc wpiętym w rower można podskakując bezproblemowo podciągnąć oba koła w powietrze, skutecznie otrzepując je z zebranego po drodze błota. Co za oszczędność czasu :). Dalej już bardziej przyjaznymi rowerzystom duktami poszło lekko i po chwili wyjechałem z lasu znów wpadając na asfalt w Dębówcu. Tu też wpadłem na ścianę wiatru wiejącego z kierunku prostowryjnego. Szybkie zerknięcie na zegarek i niestety musiałem podjąć decyzję o skróceniu planowanej pętli i nie zaliczeniu Strzyżew oraz Jankowa. Powodem tej decyzji była konieczność zaliczenia zamykanego w niedzielę o 19.00 Piotra i Pawła, celem dokonania małych zakupów na dzień jutrzejszy. Stanęło więc na jeździe dokładnym śladem sprzed kilku tygodni. Tak jak ostatnim razem, tak i teraz odbiłem z ul. Orcholskiej w ul. Wełnicką, a następnie Zamiejską chcąc znowu zaliczyć fragment trasy maratonu biegnący wzdłuż jeziora Łazienki. Na szczycie wzgórza w ciągu ul. Zamiejskiej zatrzymałem się i strzeliłem dwie fotki okolicy - Różę z jednej strony...

Widok na dzielnicę Róża © kubolsky


...i Winiary z drugiej.

Widok na Winiary © kubolsky


Parę minut później opuściłem ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu i miejskimi ulicami udałem się do sklepu. Szybkie zakupy i już przez miasto kręcę do domu. Końcowe parę kilometrów delikatnie rozciągnąłem objeżdżając jeszcze częściowo Wenecję, a następnie Dalkoską, Orzeszkowej i przez tereny Dziekanki pokręciłem do domu.
Mam tylko nadzieję, że tym razem weekend po tygodniu pracy przywita mnie bardziej przyjazną pogodą i będę mógł nadrobić zaplanowane, lecz stracone przez deszcz kilometry :).

Sobota, 18 maja 2013 Komentarze: 5
Dystans 147.33 km
Czas 06:06
Vśrednia 24.15 km/h
Wypad do Torunia chodził za mną jak cień już od dłuższego czasu. Niestety, mimo najszczerszych chęci zawsze jakieś zrządzenie losu kazało odłożyć tę trasę na inny termin. Wczoraj jednak na tyle się na nią nakręciłem, że postanowiłem choćby nawet solo ją zrealizować. Pro forma zaproponowałem wspólną jazdę Marcinowi, ale Ten poinformował mnie, że nie będzie w stanie całej soboty przeznaczyć na śmiganie i tym razem musi spasować. Pan Jurek już jakiś czas temu informował, że w niedzielę 19.05 czeka Go impreza i sobotę musi przeznaczyć dla wyższych celów. Mówi się trudno, żyje się dalej. Postanowiłem, że śmignę znalezioną na gpsies.com trasą Ola, który śmigał ją kiedyś w odwrotnym kierunku. Szybki upload gpx-a do Locusa i przewodnik gotowy. Na moje własne, prywatne i głupie szczęście przytomnie przypomniałem sobie historię z wypadu do WPN. Wtedy dosłownie na koniec trasy bateria w telefonie wskazywała równiutkie 2% naładowania, więc postanowiłem dla własnego bezpieczeństwa wydrukować sobie zaplanowany na dziś szlak. Jak się później okaże, była to dobra decyzja. Spakowałem też plecak, przygotowałem mój przedpotopowy aparat (telefon trzeba było oszczędzić dla Locusa), skromny prowiant, wodę w bidonach i poszedłem spać by startować wypoczętym.
Budzik nastawiłem na 8.00, ale już o 6 z groszami oczy miałem jak dwuzłotówki. Zastanawiam się czy to efekt nakręcenia z powodu wyjazdu, czy też pięknie świecącego słońca mimo zapowiadanych burz. Tak czy inaczej już nie zasnąłem, więc przed kompem z kawą w ręku przeczekałem do 8.30. Później szybka kąpiel i przed 9 kurs do umówionego dzień wcześniej strzyżenia. Poszło szybko i o równej 9.30 wystartowałem w trasę do Toronto :) Początkowo z wiatrem do Strzyżewa Kościelnego i dalej przez kolejne dwa Strzyżewa do Jastrzębowa. Rano jechało się bardzo przyjemnie, ponieważ temperatura była znośna, słoneczko przyjemnie rozgrzewało, a wiatr wiał głównie w plecy. Dalej z Jastrzębowa udałem się w kierunku Wydartowa. Tu na jakieś 2 km Locus przestał rejestrować ślad, ewidentnie z mojej winy - pauza nie wcisnęła się przecież sama. Dobrze, że zorientowałem się po tylko 2 kilometrach. W Wydartowie przystanąłem na chwilę by strzelić fotkę starej kuźni.

Stara kuźnia w Wydartowie © kubolsky


Z tego co wiem (a wiem dobrze, bo widziałem na mapie :P ) gdzieś tu ukryty jest kesz. Niestety nie miałem czasu na poszukiwanie skrzynek po drodze, czego teraz trochę żałuję. Z drugiej strony jest to solidny motywator by pyknąć sobie tripa raz jeszcze :) Dalej przez dosłownie chwilkę DK15 by za moment odbić na Mogilno. Tu również przystanąłem na rozjeździe przy pomniku, na temat którego rozmawialiśmy intensywnie z Bobiko. Wtedy jeszcze nie do końca wiedzieliśmy o co z tym pomnikiem chodzi, lecz teraz gdy miałem okazję cyknąć z bliska fotę tablicy pamiątkowej, sprawa się wyjaśniła :)

1000 km w czynie społecznym! © kubolsky


Do Mogilna zeszło ekspresem, chwila przez miasto i już znowu jestem na szlaku. Miałem udać się w kierunku Strzelec, lecz minąłem odpowiednie skrzyżowanie na którym chwilę wcześniej cykałem kolejną dziś fotkę.

Opuszczona wieża cisnień © kubolsky


Szybkie zerknięcie na mapkę i cofka do zakrętu. Stąd już prosto do samych Strzelec z jednym tylko odbiciem w Czarnotulu. Ze Strzelec do Ołdrzychowa kręciłem wzdłuż brzegu jeziora Pakoskiego wykręcając bardzo ładne "U" ;) W Ołdrzychowie musiałem zostawić akwen za sobą by pokręcić dalej w kierunku Inowrocławia (do którego ostatecznie i tak nie miałem trafić). Przez Markowice, Bożejewice i Sławsk Wielki trafiłem na obrzeża Kruszwicy. Miasto z pewniej odległości daje się poznać nie tylko przemysłowymi zabudowaniami zakładów tłuszczowych oraz cukrowni, lecz również intensywnym zapachem margaryny :) Według mapy wychodziło, że Kruszwicę również zostawię z boku, więc strzeliłem fotkę tego co dane mi było w tym mieście widzieć.

Przemysłowa Kruszwica © kubolsky


Zostawiając Kruszwicę po prawej ręce zatrzymałem się po raz pierwszy w dniu dzisiejszym na dłuższą chwilę w Sklepie Spożywczym nr 7 w Kobylnikach. Tu uzupełniłem zapasy wody, strzeliłem szybkiego energetyka, wtrząchnąłem batona i pokręciłem dalej. Wzdłuż Kanału Noteckiego przez Szarlej i Łojewo trafiłem do Sikorowa. Odbijając w prawo trafił mnie pierwszy w dniu dzisiejszym solidny wmordewind. Dodatkowo pozostawione za sobą 80 km i odczuwalnie mniej sił niż na początku sprawiło, że dopadł mnie kryzys. Logicznie jednak rozumując doszedłem do wniosku, że nie ma sensu zawracać (tak, gdzieś taki przebłysk się pojawił), bo do domu dalej niż do ustalonego na dziś celu. Lekko zdemotywowany pokręciłem ciut wolniej dalej. Kolejną pauzę zaliczyłem na przystanku w Marcinkowie. Tu wciągnąłem wiezionego z domu banana i jakimś cudem odzyskałem brakujące siły. Najwidoczniej żołądek domagał się zapchania. Dodatkowo dystans pozostały do Gniewkowa to tylko około 20 km, a z Gniewkowa rzut beretem do Toronta sprawiły, że moje morale zostało podbudowane i z uśmiechem oraz nową porcją sił śmigałem dalej. Tuż przed Gniewkowem pękło 100 km.

Pękła dziś stówa © kubolsky


W samym już Gniewkowie telefon raczył mnie poinformować, że za chwilę nie pozostanie mu żaden zapas energii i z całą pewnością się wyłączy. Ja jednak go potrzebowałem do wykonania tylko jednej rozmowy już na miejscu, więc postanowiłem go przechytrzyć i wyłączyć w momencie gdy jeszcze posiadał jakieś 5% baterii. Tym samym przez lasy do Wielkiej i Małej Nieszawki, a dalej do Torunia przyszło mi śmigać z pomocą nawigacji analogowej, drukowanej dzień wcześniej. Do Wielkiej Nieszawki wiodła prosta droga asfaltowa przez las i nie szło się zgubić, ale w momencie kiedy ów las opuściłem musiałem skorzystać z pomocy wydruków. Coś mi nie pasowało - nie powinienem chyba kierować się w stronę S10... Wyszło na to, że zagalopowałem się dziś po raz kolejny i musiałem zaliczyć kolejną cofkę. Stąd na szczęście bezproblemowo dotarłem najpierw do Wielkiej Nieszawki by odbić w prawo w kierunku Małej Nieszawki i ostatecznie do Torunia. Po parunastu kilometrach po remontowanej drodze i dwóch wahadłach minąłem tablicę "Toruń". Co ciekawe - mimo burzowych prognoz właściwie całą drogę towarzyszyło mi piękne słonko, by ostatecznie u celu mej wyprawy dopadł mnie deszczyk. Skromny bo skromny, ale zawsze :) Postanowiłem, że skoro wyjechałem na rondzie znajdującym się paręset metrów od dworca PKP, to od razu udam się tam i kupię bilet na pociąg powrotny. Tak też uczyniłem i już z biletem w kieszeni śmigałem na Toruńską starówkę. Po drodze jeszcze fotostop na moście...

Panorama Torunia © kubolsky


...i kolejny już przy Koperniku na rynku.

Ratusz i Kopernik © kubolsky


Tutaj też postanowiłem wskrzesić mój telefon licząc, że odpali i pozwoli mi wykonać jedną, krótką rozmowę. Udało się i po chwili zaanonsowany kręciłem do Szwagrostwa, gdzie na weekend przyjechała reszta mojej rodzinki :) Na miejscu skorzystałem ze zbawiennego prysznica, później kawka, ciacho, gaducha i 2,5 godziny zleciało jak z bicza strzelił. Do odjazdu pociągu pozstało pół godziny, więc trzeba było się zbierać. Wiedziony obawą że nie zdążę i bana mi spieprzy, niczym błyskawica z bólem kolkowym w boku w ciągu 15 minut znalazłem się na peronie. Tu już z górki - do pociągu i można wracać do domciu. Tym razem śmigałem piętrusem, który nie posiada na swoich końcach większego przedziału na rowery. Trzeba więc było opracować jakiś patent :)

Fura w pociągu © kubolsky


O 20.30 wysypałem się na dworcu w Gnieźnie i z zapasem 30 minut pokręciłem do Piotra i Pawła po jak najbardziej zasłużone piwko na wieczór. Dociążony niskoprocentowym alkoholem w plecaku o 21.00 dotarłem do domu. Dopiero tu zwróciłem uwagę na pieczenie obu rąk. Jak się okazało, ponad 6 godzin na słońcu odcisnęło swe piętno na obu moich kończynach górnych...

Rąsia po trasie © kubolsky


Tym oto sposobem minął kolejny udany rowerowy dzień, a ja kładę się spać obmyślając plan na dzień jutrzejszy. Tym razem chyba bez szaleństw - kopsnę się na działkę.
Póki co - Dobranoc Państwu!

P.S. Dorzuciłem mały bonus w postaci filmiku z pociągu. Tu opuszczam Inowrocław.

<object width="100%" height="450"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/bMbIrbyr0oA"> <embed src="http://www.youtube.com/v/bMbIrbyr0oA" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="100%" height="450"></embed></object><br>
Aha, jeszcze mapka. Ta zawiera jedynie trasę do Torunia, pozostałe kaemy uwzględniłem tylko w statystykach BS.

Piotr i Paweł Kategoria solo
Niedziela, 12 maja 2013 Komentarze: 0
Dystans 7.18 km
Czas 00:26
Vśrednia 16.57 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Weekend pogodowo w dupę, więc choć dla przyzwoitości trzeba było kilka kaemów zaliczyć. Pod wieczór obrałem kierunek Piotr i Paweł, celem nabycia drogą kupna piwa Lubuskie Jasne w ilości trzech butelek. Polecam!
Mapki nie będzie, bo po co :)
Piątek, 10 maja 2013 Komentarze: 0
Dystans 16.45 km
Czas 00:58
Vśrednia 17.02 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Krótko - rundka po mieście, czyli: śniadanko dla Żony, odwiedziny w Galerii i kawa u mojego Zioma - technicznego Krzysztofa, później Rossmann i na koniec benzyna ekstrakcyjna (napęd już wymaga oczyszczenia). Dziś bez mapki bo takie oesy strzelałem, że nikt się w liniach nie połapie ;)
Aha, zamówiłem dziś nowe hample - hydrauliki Shimano Deore M596 i manetki Alivio SL-M410. Przy dobrych wiatrach w poniedziałek montaż i testowanie ^^
Piątek, 19 kwietnia 2013 Komentarze: 11
Dystans 91.53 km
Czas 05:05
Vśrednia 18.01 km/h
Vmax 50.20 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Dzień przywitał mnie pogodą iście rowerową. No może wiatr nie był do końca z tych wymarzonych, ale znośny. Dzisiejszy dzień również postanowiłem odpowiednio spożytkować na jazdę. Zaplanowałem ruszyć do południa wiedząc, że czeka mnie jazda solo (za czym nie przepadam), bo Marcin "dziobie" do szkoły, a pan Jurek pracuje. Chwila dumania w fotelu i już wiedziałem, że śmignę do Poznania. Był tylko jeden problem - nie znam trasy. Znaczy się znam, ale obie znane mi wersje (DK5 i nowa S5) dedykowane są zmotoryzowanym. Jazda rowerem po tej pierwszej to czyste szaleństwo, po tej drugiej zwyczajnie nie wolno :) Korzystając z okazji, że trasę muszę wykombinować sam postanowiłem, że dziś przetestuję zakupioną w Google Play Locus Maps Pro, w połączeniu z GPSies. O appce wcześniej się sporo naczytałem (pod niebiosa wychwalał ją bobiko;) ). Odpowiednio ją pod siebie skonfigurowałem (a jest co konfigurować - to naprawdę wielki, turystyczny multitool), oraz dograłem za pomocą zewnętrznego pluginu "kesze" w okolicy. Następnie przysiadłem przed kompem, odpaliłem gpsies.com, wyrysowałem zaplanowaną trasę i wyeksportowałem ją do Locusa. Nie chcąc tracić więcej czasu szybko ubrałem się na długo (spodnie i bluza, bez warstwy izolacyjnej) bo słońca praktycznie nie było, a wiatr choć ciepły to odczuwalny, spakowałem do plecaka krótsze warstwy ubrania (tak na wszelki wypadek), oraz niezbędne narzędzia (również na wszelki wypadek), woda w bidon, kask na łeb i punkt 11.00 ruszam! Początkowo objeżdżoną już drogą do Dziekanowic, gdzie zaliczyłem kesza Drużyna Piastowska. Wpisałem się zaraz za marcingt i sebekfireman :)

Piastowska drużyna © kubolsky


Po chwili śmigałem dalej do Lednogóry, gdzie odbiłem na Moraczewo. Zaraz po opuszczeniu zabudowań zmieniła się nawierzchnia z bitumicznej na utwardzoną, ziemną drogę polną. Muszę przyznać, że bardzo mnie to ucieszyło - w końcu przetestowałem porządnie Epicona w terenie. Rezultat? Jest re-wel-ka! :) Ekstra wybiera nierówności, jedzie się mega komfortowo. Następnie trasa wiodła przez chwilę asfaltem, żeby znowu przejść w polne szlaki. Tu też napotkałem pierwszą i jedyną przeszkodę w postaci piaszczystego podjazdu. Zmusił mnie on do podprowadzenia kawałek roweru, aby po chwili z powrotem na niego wsiąść i śmigać dalej. Po ponownym wyskoczeniu na asfalt pokręciłem do Krześlic, gdzie cyknąłem fotkę pałacu.

Pałac w Krześlicach © kubolsky


Dalej czarna droga wiodła gładko do Wronczyna gdzie odbiłem w kierunku Tuczna, tym samym wjeżdżając do Puszczy Zielonka (poinformowała mnie o tym fakcie stosowna tablica). Nadal asfaltami śmigałem przez las. Opuszczając zadrzewiony teren przed Karłowicami pierwszy i właściwie ostatni raz tego dnia dopadł mnie naprawdę solidny wmordewind, skutecznie obniżając prędkość do około 18 km/h. Tak snułem się aż do Wierzonki. Wjeżdżając do w/w miejscowości czułem przechodzące mnie po karku dreszcze - w końcu to fyrtel grigora, spodziewać się można wszystkiego ;)

Wierzonka © kubolsky


Bezpiecznie i po cichu przejechałem przez Wierzonkę kierując się w stronę Wierzenicy, gdzie obfociłem pierwszy (z dwóch dzisiaj) drewniany kościół na "Szlaku drewnianych kościołów wokół Puszczy Zielonka".

Drewniany kościół w Wierzenicy © kubolsky


Dalej najpierw kawałek kocimi łbami, później ubitym piachem w stronę Kicina. Po drodze przystanąłem cyknąć fotkę Dziewiczej Góry i wieży na niej ulokowanej.

Dziewicza Góra © kubolsky


Po chwili wpadłem do Kicina. Tu również fotostop przy kościółku.

Drewniany kościół w Kicinie © kubolsky


W dalszej kolejności pomknąłem przez las do Koziegłów (tak to się chyba odmienia :P ). Zauważyłem, że lasy pomiędzy obiema miejscowościami są odgrodzone, a na każdym praktycznie drzewie wiszą tablice informujące o zakazie wstępu z powodu znajdujących się tam niewybuchów. Ciekawe ilu śmiałków po zmroku się tam już wybrało i ilu wróciło ;) W końcu przez Koziegłowy do drogi nr 196, w lewo i praktycznie byłem już w Poznaniu. Wystarczyła chwila jazdy przez moją ukochaną stolicę Wielkopolski by zrozumieć, dlaczego znajduje się ona na szarym końcu miast przyjaznych rowerzystom. Niby ścieżki są, niby kontrapasy są, ale to wszystko jakieś takie nieprzemyślane, rozlazłe i utrudniające jazdę. Jakoś się przez ten Poznań przebiłem, choć mimo faktu, że znam go całkiem dobrze to miałem pewne wątpliwości czy drogami którymi śmigałem mogę jechać rowerem, czy raczej powinienem chodnikiem bo akurat w kilku miejscach ścieżki rowerowej nie uświadczyłem. Tak rozmyślając dotarłem na Ostrów Tumski...

Ostrów Tumski © kubolsky


...następnie mostem nad Wartą i ul. Chwaliszewo na Stary Rynek...


Poznański Ratusz © kubolsky


Poznański Stary Rynek © kubolsky


Zamek Przemysła © kubolsky


...by ostatecznie wzdłuż Placu Wolności, mostem Teatralnym i rozrytą Kaponierą trafić na dworzec Poznań Główny.

Nowy dworzec Poznań Główny © kubolsky


Jak to się stało, że trafiłem akurat w to miejsce? Ano po porostu, najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się kręcić do Gniezna z powrotem :) Wolałem dotrzeć rozklekotanym "Kiblem" o przyzwoitej godzinie i mieć coś jeszcze z popołudnia :)
Na dworzec trafiłem akurat. Mimo kolejek w kasach, 15 minut tam spędzone w zupełności wystarczyło, by zakupić bilet z dopłatą za rower oczywiście i ze spokojem zejść na peron 2, gdzie czekał podstawiony już osobowy do Gniezna. Wtarabaniłem Furę do przeznaczonego ku temu przedziału, rozsiadłem się wygodnie na skaji i poklekotałem baną z powrotem. Przed odjazdem, do przedziału wsiadła gimbusowa parka z podpoznańskiej wsi (bynajmniej tak wyglądali) i przez przypadek usłyszałem o czym rozmawiają. Moją uwagę przykuło jedno zdanie - dziewoja do chłopaka: "Patrz jaki fajny rower, chyba z 10 000 kosztuje, co? Naprawdę fajny!" Miło wiedzieć, że Fura sprawia wrażenie roweru o wartości przynajmniej kilkukrotnie przekraczającej wartość właściwą... ;)

Fura jedzie baną :) © kubolsky




Poniedziałek, 15 kwietnia 2013 Komentarze: 7
Dystans 45.16 km
Czas 01:55
Vśrednia 23.56 km/h
Vmax 40.30 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Poniedziałek. Od poniedziałku nie można się za bardzo przemęczać, więc dziś postanowiłem pracować w Poznaniu :P. Po części decyzja ta spowodowana była przepiękną pogodą i chęcią wykorzystania jak największej ilości czasu na jazdę rowerem. Właściwie nie po części, a w znakomitej większości. A tak serio to aura była jedynym powodem :)
Przed wyjazdem z Poznania odwiedziłem moje dwie, standardowe miejscówki - specjalistyczny sklep piwny - Ministerstwo Browaru, oraz Decathlon Franowo. W obu zostawiłem trochę gotówki. W pierwszym przybytku zakupiłem kilka piw (tu muszę nadmienić, że poza rowerem moją pasją jest również szeroko pojęte browarnictwo) - trzy z mojego ulubionego gatunku American IPA, oraz jednego, klasycznego, niemieckiego pilsa.

3x AIPA, 1x Klasyczny, Niemiecki Pils © kubolsky


Do Decathlonu wpadłem jak zwykle się rozejrzeć, i jak zwykle z czymś musiałem wyjść. Moim łupem padł bezprzewodowy licznik B'Twin COUNT 8, oraz "bezbarwne" okulary.
Po przyjeździe do domu trochę się ogarnąłem, przebrałem "na krótko" (pogoda do tego wybitnie zachęcała) i wyskoczyłem pełen chęci do jazdy, lecz bez żadnego konceptu na trasę. Postanowiłem więc dryndnąć do Marcina z propozycją wspólnej jazdy. Marcin odebrał, lecz okazało się, że był już daleko w trasie, w okolicach Murowanej Gośliny. Tym sposobem pozostała mi jazda solo.
Początkowo bez pomysłu ruszyłem na wschód, ale wystarczyło parę minut jazdy by stwierdzić, że o ile chodząc po dworze jest naprawdę ciepło, tak jadąc rowerem, pęd wiatru solidnie daje popalić. Zatoczyłem więc kółeczko po dzielni i wróciłem do domu celem uzupełnienia odzieży wierzchniej. Tym razem opuszczając swój fyrtel ruszyłem na zachód, w stronę Dziekanowic. Postanowiłem, że dzisiejszą trasę będę wyznaczał z upływem kolejnych kilometrów. Tym sposobem po krótkiej chwili znalazłem się w Łubowie, gdzie przystanąłem strzelić fotkę drewnianego kościółka.

Drewniany kościół w Łubowie © kubolsky


Ruszyłem dalej "ścieżką" rowerowo-pieszą (celowo w cudzysłowie - nie dość, że z kostki, to jeszcze nierówna jak powierzchnia księżyca :/), odbiłem na Dziekanowice i ostatecznie dotarłem na Ostrów Lednicki. Zatrzymałem się po drodze na plaży cyknąć fotkę...

Plaża w Dziekanowicach © kubolsky


...po czym pokręciłem w stronę bramy muzeum. Ta oczywiście była zamknięta, bo i samo muzeum póki co nie działa. Tu również strzeliłem focię i wykręciłem rogala.

Brama na Ostrów Lednicki © kubolsky


Zawracając, matka natura uświadomiła mnie, że nie może być zbyt pięknie i postanowiła sobie, że będzie ostro dymać z południa. Tym sposobem ruszając w stronę owej "ścieżki" dymało mi prosto w twarz. Po dotarciu do rowerowego szlaku stwierdziłem, że totalnym bezsensem będzie powrót i trzeba by teraz wykombinować dalszą drogę. Wystarczyła chwila niezbyt intensywnego myślenia, by wpaść na pomysł jazdy na Pola Lednickie. Tym sposobem ruszyłem w stronę Ryby trasą, którą nigdy wcześniej nie śmigałem. Na szczęście prowadziły mnie znaki, które doprowadziły mnie pod sam obrany przeze mnie cel pośredni. Tu również chwila focenia i lecę dalej. Nadmienię tylko, że mimo iż mieszkam "żabi skok" stąd, to Rybę widziałem na własne oczy drugi raz w życiu.

Brama III Tysiąclecia © kubolsky


Self focia © kubolsky


Mijając wieś, czy może bardziej osadę Imołki, wyleciałem na drogę Gniezno - Kiszkowo, gdzie skierowałem się oczywiście w stronę tego pierwszego. Wystarczyło opuścić las by zostać brutalnie uderzonym wiatrem wiejącym z kierunku "prostowryjnego". Chcąc nie chcąc prędkość spadła, a spowalniający wiatr towarzyszył mi do samego Gniezna. Wolniejsza jazda, a tym samym rozciągnięcie się w czasie spowodowały, że w głowie zakiełkował mi szatański plan - zatrzymam się w sklepie w Owieczkach i kupię sobie oranżadę na miejscu. O! Plan swoje, a życie swoje - nawet w wiejskim spożywczo-przemysłowym nie uświadczy się już landryny w płynie :(. Musiałem więc zadowolić się wodą i Marsem. Ruszając przyuważyłem jeszcze kicającego po drugiej stronie ulicy szaraka, któremu cyknąłem mało wyraźną fotkę i ruszyłem do domciu. Fotki nie będę jednak wklejał, gdyż podejrzewam, że na owym zdjęciu zająca będę widział tylko ja :P.
Jazda do Gniezna, mimo że pod wiatr przebiegła sprawnie i po chwili ulicą Kiszkowską wleciałem do miasta, a stąd już tylko rzut beretem do domu gdzie w lodówce czekały cztery przepyszne, zakupione dziś w Pozku piwa. Yummie!
Podsumowując - kolejny udany dzień. Apetyt rośnie w miarę jedzenia :).

Na koniec jeszcze mapka z Endo, by tradycji stało się zadość

TROCHĘ O MNIE

Ten blog rowerowy prowadzi kubolsky z miasta Poznań
  • Mam przejechane 92191.32 kilometrów
  • Jeżdżę ze średnią prędkością 21.90 km/h


92191.32

KILOMETRÓW NA BLOGU

21.90 km/h

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ

175d 09h 26m

CZAS W SIODLE