Travel on Gravel!

kubolsky
Sobota, 15 czerwca 2013 Komentarze: 6
Dystans 70.92 km
Czas 04:04
Vśrednia 17.44 km/h
Uczestnicy
Vmax 57.20 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Studiując piątkowym wieczorem prognozy na dzień następny papa roześmiała mi się niesamowicie, gdyż sobota zapowiadała się stuprocentowo słonecznie, z delikatnym wiatrem bardziej umilającym jazdę, niż przeszkadzającym (vide wczorajsze solo) i oczywiście bez opadów. Bez zastanowienia, choć dość późno wystosowałem sms-a do p. Jurka z propozycją startu z rana, o 9.00. Na moje szczęście p. Jurek jeszcze nie spał i odpisał, że bardzo chętnie przystaje na moją propozycję. Postanowiłem wypróbować szczęście raz jeszcze i wystosowałem kolejną wiadomość, tym razem do Marcina. Tu również sukces - Marcin potwierdził swoją obecność.
Z łóżka zwlokłem się tuż po 8.00 rano (Junior wyjątkowo pozwolił pospac dłużej niż zwykle). Po porannej toalecie chwyciłem za telefon, patrzę...a tam nieodebrane połączenie od p. Jurka. Myślę sobie - "kurcze, na pewno coś wyskoczyło i dzwoni poinformować że nie może jechać". Z duszą na ramieniu wybrałem odpowiedni numer i oddzwaniam. Okazało się, że drobnej zmianie uległo miejsce startu, bo dołączy do nas Junior. Z rozmowy wywnioskowałem, że zamiast przy Biedrze spotkamy się na ścieżce przy Kostrzewskiego. Na tarczy za piętnaście 9, trzeba więc się było zacząć ogarniać. Izotonik w bidon, zestaw naprawczy i jakiś dłuższy rękaw w sakwę, łupina na czerep, cała ta reszta rowerowej garderoby na odpowiednie partie ciała i lecimy. Na ścieżce byłem punktualnie, a z przeciwka oczom mym ukazał się nadjeżdżający Mateusz. Sam. Dziwne... Wydawało mi się, że powinien być już z Dziadkiem. Cóż, przywitaliśmy się, a następnie chwyciłem za telefon i dzwonię. Okazało się, że p. Jurek czeka na mnie pod Biedrą. Ewidentnie się nie dogadaliśmy. Bywa i tak. Dzwonię więc do Marcina by dowiedzieć się jak u Niego sytuacja wygląda. Okazało się, że już śmiga w naszą stronę. Poczekaliśmy z minutkę i po chwili kręcimy we trójkę na spotkanie p. Jurkowi. Wpadliśmy na siebie na ul. Gajowej. Już w komplecie przywitaliśmy się każdy z każdym (dla matematyków zadanie - ile to łącznie potrząśnięć ręką ;P ), a następnie posypały się dziesiątki propozycji tras. Żartuję :P Nie było pomysłu, tak się przynajmniej początkowo wydawało.

Rozkminiamy dzisiejszą trasę.
Spotkanie na ul. Gajowej © kubolsky


Ja nieśmiało zaproponowałem wariant, który dzień wcześniej podrzucił mi Sebastian - nad jezioro Marcinkowskie, objazd dookoła i powrót. Z kontrą wyskoczył p. Jurek. Zaproponował wypad na punkt widokowy w Dusznie. Jako że nie wypada starszym od siebie (bez urazy panie Jurku :) ) odmawiać, przystaliśmy na propozycję (mimo, że Marcin był tam dzień wcześniej) i pokręciliśmy przez miasto w stronę Wierzbiczan. Kręcąc ul. Wierzbiczany, pobliskim torowiskiem wyminął nas pociąg. Nie zdążyłem niestety wyciągnąć aparatu, a chciałem go uwiecznić. Nie jechał za specjalnie szybko (w końcu towarowy - cysterny), to raczej ja się wykazałem refleksem szachisty ;)
Przecinając linię kolejową Gniezno - Inowrocław lub Poznań - Toruń, jak kto woli ruszyliśmy asfaltowymi, śródpolnymi drogami w stronę wsi gdzie znajduje się zjazd prowadzący w okolice jeziora. W tym też kierunku się udaliśmy.

Kierunek - Wierzbiczany © kubolsky


Docierając do owego zjazdu nie mogłem wyzbyć się pokusy pobicia rekordu prędkości na tymże odcinku. Bez zbędnego zastanawiania się przyjąłem pozycję a'la Szurkowski, przełożenie 3x8, blokada skoku amortyzatora i kręcimy ile pary w nogach. U końca zjazdu licznik wskazał 57.2 km/h, czyli osiągnąłem najwyższą z naszej czwórki prędkość. Po raz kolejny również dziękowałem losowi, że na zawijasach tejże drogi nie zaskoczył mnie żaden jadący z przeciwka samochód, jak również że ja nie zaskoczyłem żadnego kierowcy pojazdu nie spodziewającego się nadjeżdżającego z taką prędkością rowerzysty. Po chwili gładki jak tafla lodu asfalt zamienił się w piaszczysty dukt, a my po prawej ręce pozostawiliśmy wylot ścieżki, którą dziś jeszcze będziemy wracali. Na chwilę piachy znów przeistoczyły się w asfalt, by mijając Kalinę z powrotem wskoczyć na polne szutrowo - piaszczyste trakty. Do samego Wymysłowa towarzyszyły nam przepiękne okoliczności przyrody :)

Pogoda iście rowerowa © kubolsky


W Wymysłowie znów chwyciliśmy asfalt, który zawiódł nas do drogi krajowej nr 15. Tu niestety musieliśmy przejechać kawałek DK, gdyż do dnia dzisiejszego nie znaliśmy mniej ruchliwej alternatywy mającej poprowadzić nas do Trzemeszna. Z "krajówki" odbiliśmy dopiero koło Tesco, gdzie chyba Marcin zaproponował by dryndnąć do Sebastiana i wyciągnąć Go na wspólny wypad. Ja się można było spodziewać Sebek przystał na propozycję i o dziwo w ciągu niecałych 5 minut dołączył do naszej Gnieźnieńskiej ekipy. Osobiście podejrzewam, że "na rowerowo" ubrany siedział w domu od rana i spodziewał się jakiegoś telefonu z taką właśnie propozycją ;). Szczwany, nie ma to tamto :P. Dalej, już w pięcioro kręciliśmy ponownie w stronę DK15, lecz tylko z zamiarem jej przecięcia i wskoczenia na dukt mający zaprowadzić nas w okolice wsi Folusz.

Cel - Duszno © kubolsky


Ledwo wskoczyliśmy na tą wyboistą drogę, Sebek przejął przewodnictwo nad grupą (no w końcu jedyny lokals, inaczej być nie mogło :) ) i rozpoczął swój rajd po ciekawych miejscach. Na początek króciutki podjazd i po chwili podziwiamy ze skarpy jezioro Malicz.

Nad jeziorem Malicz © kubolsky


Chwilowy fotostop i wracamy na dół, lecz tylko na chwilę, bo dosłownie po parudziesięciu metrach znów odbijamy w prawo i długim, zarośniętym zjazdem śmigamy nad brzeg jeziora. Tu również chwilowa przerwa dla fotografów - amatorów i...niespodzianka! Nigdy w życiu bym się nie spodziewał, że tam gdzie przed chwilą patrzyłem startuje tak fajny singielek. Ekspresowy przejazd wąską na pół roweru ;), ledwo widoczną ścieżką, pełną zarośli, krzaków, drzew i pokrzyw (Oj tak...reumatyzmu nie muszę obawiać się do końca życia. Podejrzewam, że najbliższe dwa pokolenia do przodu również ;) ) i wyskakujemy przy starym młynie wodnym.

Młyn wodny © kubolsky


Kolejny obowiązkowy fotostop to również chwila na otrzepanie się z liści, nasion traw i kurzu. Przy okazji pojmuje, po co mi kask - śmigając singielkiem w pewnym momencie solidnie przygrzałem w jakąś gałąź, aż się zachwiałem na rowerze.
Dalej licznymi podjazdami, zjazdami, zakrętami, drogami piaszczystymi które co jakiś czas próbowały zrzucić mnie z Fury (a raz im się nawet udało : ) pomknęliśmy na Wał Wydartowski, w kierunku naszego dzisiejszego punktu docelowego - wieży widokowej w Dusznie. Szczerze muszę przyznać, że strasznie zazdroszczę Sebastianowi terenów do jazdy. Okolice Gniezna są płaskie jak naleśnik, a jak się już zjedzie z asfaltu to najczęściej w piach. Tereny dookoła Trzemeszna to niezliczona ilość jezior, skarp, dzikich ścieżek, dróg polnych, szutrów (piach też się znajdzie), asfaltów, "kocich łbów", ogólnie bardzo są bardzo urozmaicone. Tak kręcąc i podziwiając okolicę przecięliśmy nagle Wydartowo, a mijając starą kuźnię o której wspominałem we wpisie opisującym wyjazd do Torunia wpadliśmy do Duszna. Stąd jeszcze parę zawijasów, kilka podjazdów i już na horyzoncie widać nasz cel.

W oddali wieża w Duszie © kubolsky


Do samej wieży pozostał raptem jeden zjazd, zakręt w lewo, delikatny podjazd, zakręt w prawo, parę obrotów korbą i jesteśmy.

Jesteśmy na miejscu © kubolsky


Faktycznie, śmigając do Toronto śmiało mogłem żałować, że wszystkie ciekawsze miejsca (jak Duszno właśnie, czy Kruszwica) zostawiałem z boku. Nowa wieża, wybudowana w 2012 roku w miejscu starej, podpalonej przez jakiegoś półgówka nie prezentuje się może tak okazale jak ta w Mosinie, ale wystarczy się na nią wskrobać by móc podziwiać przepiękne widoki okolicy, jak również przy sprzyjającej pogodzie (jak na przykład dzisiaj) dojrzeć naprawdę odległe miejsca. Mi udało się dostrzec dymiące kominy elektrowni w Koninie, wyrobiska w Piechcinie, chyba Inowrocław, oraz Trzemeszno i Gniezno. Obawiam się jednak, że poniższe zdjęcia i filmik nie ukazują tego, co dane mi było zobaczyć. Powyżej macie jednak opisowy pogląd sytuacji :P

Widok z wieży 1 © kubolsky


Widok z wieży 2 © kubolsky


Widok z wieży 3 © kubolsky


Widok z wieży 4 © kubolsky



Na podziwianiu widoków zeszło nam jakieś 10 minut, do tego dodatkowe 5 na wspólne fotki (do obejrzenia we wpisach Chłopaków), czyli po 15 minutach kręcimy z powrotem. Powrotna droga wiodła tym samym szlakiem aż w okolice Wydartowa. Dało mi to okazję na sfocenie jednej z opuszczonych aren Euro 2012 ;) Murawę porosły maki, a siatki z bramek szyte jedwabną nicią ktoś chyba zajumał ;) Trybuny też jakoś tak skromniej się prezentują :P.

Boisko trochę zarosło © kubolsky


Przy starej kuźni zatrzymaliśmy się celem odnalezienia znajdującego się tam kesza. Wystarczyła chwila by Marcin wyciągnął zakamuflowane zawiniątko na światło słoneczne i wpisał mnie, siebie i Mateusza do logbooka.

Kolejny kesz do kolekcji © kubolsky


Skrzynkę umieściliśmy ponownie na swoim miejscu, zamaskowaliśmy i spokojni o jej byt (w końcu strzeże jej widzący wszystko ze szczytu komina bocian) pomknęliśmy dalej.

Strażnik kesza © kubolsky


Przez chwilę jeszcze śmigaliśmy objechanym dziś szlakiem, lecz nie wiem na którym rozjeździe wskoczyliśmy na kocie łby, których w tamtą stronę nie było. To znak, że kręcimy do Lubinia. Po drodze podskakiwaliśmy trochę na nieśmiertelnej, kamiennej drodze, minęliśmy dwie turbiny wiatrowe i przejechaliśmy kawałek starym śladem DK15. W końcu wiaduktem nad torami kolejowymi dotarliśmy do właściwej krajówki i mijając ją wkroczyliśmy do Lubinia. Ostry zakręt w prawo i Sebek zaproponował zjazd nad brzeg jeziora Popielewskiego. Nie zdążyliśmy się nawet odezwać, a już prowadził nas w dół. Całe szczęście okazało się, że hample u wszystkich są naprawdę w porządku - zjazd po chwili przeistoczył się w wyschnięte koryto spływającego tu niedawno z góry potoku wody, powstałego najprawdopodobniej po ulewnych deszczach. Innymi słowy głębokie dziury i długie wyrwy na całą szerokość gruntowej drogi.

Zjazd nad jezioro Popielewskie odpłynął © kubolsky


Nie zrażając się zbytnio przeprowadziliśmy kawałek rowery przez wysoką trawę i okazało się, że równolegle biegnie chyba zjazd właściwy. Po kolei więc stoczyliśmy się na dół, rowery na glebę i kolejna, parominutowa przerwa. Koledzy zajęli się badaniem wytrzymałości wątpliwej konstrukcji pomostu, ja nie chcąc ryzykować zająłem się dokumentowaniem ich poczynań. Nie żebym się bał wody, ale ponieważ nie wyglądała na czystą, a ja nie miałem nic na przebranie wolałem pozostać na suchym lądzie.

Testowanie pomostu © kubolsky



Tu również zeszło nam jakieś 10 minut na odpoczynku, aż w końcu wsiedliśmy na rowery i pokręciliśmy śmiganym przed chwilą zjazdem, tym razem do góry. Jeszcze krótka wizyta w lokalnym sklepiku celem zakupu wody i energetyków, wciągnęliśmy po batoniku od p. Jurka (dzię-ku-je-my! :) ) i jedziemy dalej. Po raz nie wiem już który dzisiaj przecięliśmy "piętnastkę", następnie linię kolejową i odbijając w lewo, częściowo wzdłuż torów pojechaliśmy kolejną dziś zarośniętą polną droga w kierunku Trzemeszna.

Powrót do Trzemeszna © kubolsky


Jechało się bardzo kolorowo © kubolsky


Pod koniec tego etapu naszym oczom ukazał się ciekawy widok - dwa konie, a na każdym z nich niewiasta w liczbie sztuk jeden :)

Jeśli nie rower to koń :) © kubolsky


Mijając je serdecznie się pozdrowiliśmy, p. Jurek coś tam zagadywał o zamianie konia na rower ;), lecz ostatecznie do wymiany nie doszło więc tylko strzelił im fotkę. Dalsza trasa wiodła znowu w okolice widzianego już dziś młyna, a dalej zamiast z powrotem singielkiem przez pokrzywy, śmignęliśmy długim, piaszczystym podjazdem górą. Jeszcze tylko jeden zakręt w lewo i prostą drogą wracamy do Trzemeszna. W miejscu, gdzie do ekipy dokoptowaliśmy Sebastiana postanowiliśmy się z nim pożegnać.

Z powrotem w Trzemesznie © kubolsky


Ten jednak nie dawał za wygraną i po krótkiej konsultacji odnośnie naszych dalszych planów postanowił potowarzyszyć nam do granic swojego miasta. Wyszło to nam na dobre, gdyż tym sposobem poznaliśmy szlak, który zwalnia nas z jazdy krajówką wśród TIR-ów od Wymysłowa do Trzemeszna. Rozstaliśmy się przy składowisku odpadów stałych ;) i poinstruowani przez Sebastiana ruszyliśmy w kierunku Wierzbiczan.

Jedziemy nad Wierzbiczany © kubolsky


Oczywiście bardzo fajnie jest poznawać nowe ścieżki, lecz jeszcze fajniej jest mieć ze sobą kogoś, kto posiada GPS i wgrane solidne mapy (w naszym wypadku jest to Marcin). Obstawiam, że osoba nie znająca okolicy na drugim, góra trzecim z kolei rozjeździe zwyczajnie by się pogubiła. Ja osobiście zorientowałem się gdzie jesteśmy dopiero, gdy dotarliśmy do drogi wiodącej z Kujawek do Wymysłowa. Później już było łatwo. W międzyczasie zmieniliśmy trochę plany i koncept objechania jeziora singielkiem wzdłuż brzegu zamieniliśmy na inny singielek - ten biegnący górą (również wzdłuż jeziora). Pozostawiając Kujawki za sobą wbiliśmy się w las i kręciliśmy jak nas wąska ścieżka wiodła. Ta biegła najpierw równo przed siebie, po chwili w dół, ostry zakręt w prawo, w lewo i w bród przez stróżkę pod górę.

Singielek nad Wierzbiczanami © kubolsky


Było stromo. Marcin na przełożeniu 1x1 nie dał rady, więc tym bardziej ja na 2x1 nie podjechałem. Dalej w lewo na skarpę skąd rozpościera się bardzo ładny widok na jezioro.

Widok ze skarpy na j. Wierzbiczańskie © kubolsky


Do tego punktu koła mnie już kiedyś zawiodły, dalej jeszcze nie śmigałem. Okazało się, że oprócz Marcina nikt z nas tędy jeszcze nie jechał, więc to Marcin właśnie przejął rolę lidera.

Tu mnie jeszcze nie było © kubolsky


Ciężko by mi było opisać dokładnie przebieg singletracka, więc napiszę tylko że jest super :) Takie właśnie szlaki lubię. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy mega stromej i mega wysokiej skarpie, która uświadomiła nam, że nie tylko rowerzyści takie ścieżki lubią. Najprawdopodobniej akurat tą skarpę upodobali sobie motocrossowcy. Zastanawiam się tylko w którą stronę nią śmigają.

Zjazd/podjazd - wersja hardkor © kubolsky


Dalej ścieżka wiodła licznymi zawijasami by w końcu wypaść na tradycyjny, leśny dukt, niegdyś już przeze mnie śmigany. Stąd częściowo gruntem, częściowo luźnym piachem dotarliśmy z powrotem do Wierzbiczan i wyjechaliśmy na asfalt w miejscu, o którym wspominałem na początku tego przydługiego wpisu. Dalej już standardowo - przez Wierzbiczany, Szczytniki Duchowne i Osiniec do Gniezna.

Kręcimy asfaltami do domów © kubolsky



Ze Szczytnik ja przejąłem role przewodnika i równiutkim tempem (28 km/h) doprowadziłem Ekipę do Gniezna. Marcina pożegnaliśmy przy ul. Wiosny Ludów, a ja wraz z p. Jurkiem i Mateuszem pokręciłem dalej z zamiarem odstawienia Ich na Artyleryjską. Tam okazało się, że Brachol siedzi u moich i Jego znajomych. Pożegnałem więc moich dwóch towarzyszy, i wpadłem Bracholowi i reszcie powiedzieć "cześć!". Chwile pogadaliśmy, wypiłem Frugo i pokręciłem do domu. Jeszcze na początku ścieżki przy Kostrzewskiego wpadłem na p. Jurka, z którym wspólnie pokręciłem na nasz fyrtel. Pan Jurek tradycyjnie dokręcając kaemy odstawił mnie praktycznie pod same drzwi i tu dzisiejszy rowerowy dzień się zakończył.
Ponieważ sam wpis wyszedł trochę długaśny, skwituję go jednym, no w sumie dwoma słowami - Było zajebiście!
Piątek, 14 czerwca 2013 Komentarze: 5
Dystans 53.98 km
Czas 02:24
Vśrednia 22.49 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
B-day zawiódł srodze me rozdmuchane oczekiwania. Dla niewtajemniczonych - B-day to urodzinowe piwo, uwarzone w kooperacji browarów Pinta i AleBrowar, z inicjatywy Piwoteki Narodowej. Pinta zajęła się zasypem, AleBrowar oczywiście chmielił Amerykańskimi chmielami. Dokonując wczoraj w Ministerstwie Browaru zakupu cieszyłem się jak małe dziecko z Chupa-Chupsa, a po przyjeździe do domciu wieczorkiem przelałem piwo do szklanki i rozpocząłem degustację. Przyznaję - pierwszy łyk to niebo w gębie. B-day to co prawda nie AIPA, więc i goryczka nie jakaś z kosmosu, ale chmiele i tak robią swoją robotę. Niestety każdy kolejny łyk to coraz większy zawód, coś ewidentnie jest nie tak. Na moje to właśnie podczas chmielenia coś się wysypało (kumacie tą grę słów? :P ), ponieważ wystarczy odczekać minutę po łyku i smak zaczyna nieprzyjemnie ściągać całą jamę ustną. Nie jest to nic fajnego, tym bardziej że skutecznie niweluje chęć sięgnięcia po kolejnego wira. Przykro się przyznać, ale piwa nie dopiłem. Następnym razem po prostu będę trzymał się utartych szlaków i zakupię sprawdzonego Rowing Jacka.
Dzisiejszy dzień wcale nie zaczął się jakoś rewelacyjnie, tzn. niebo spowite było sporą warstwą chmur a o słoneczku można było zapomnieć. Nie powiem żeby rozbudziło to we mnie rowerowy entuzjazm. Z drugiej strony może to i dobrze, bo mnie na dwór nie ciągnęło, a trzeba było ogarnąć chatę przed jutrzejszymi drugimi urodzinami Juniora. Na moje głupie szczęście po południu ciemne chmury zniknęły praktycznie całkowicie, a żarówa ostro dawała z nieba. Ponieważ ja swoje zadania wykonałem, postanowiłem przeznaczyć trochę czasu na rowerowe przyjemności. Aura za oknem była (wydawać by się mogło) idealna, wskoczyłem więc w krótki zestaw ciuchów, spakowałem sakwę (nareszcie nie muszę się bujać z bagażem na plecach) i ruszyłem na szlak. Wyjazd z Topolowej to "kubeł zimnej wody" - zderzyłem się ze ścianą silnego i chłodnego wiatru. Pierwsza myśl - zawracam i coś jeszcze na siebie założę. Przytomnie jednak pomyślałem, że jadąc pod taki wiatr trochę się zasapię, więc pewnie się również solidnie rozgrzeję. Ruszyłem więc dalej serwisówką wzdłuż DK5, w kierunku węzła Gniezno - Południe.

Centrum sterowania wszechświatem ;;) © kubolsky


Aha, tu nadmienię że w końcu stałem się posiadaczem idotoodpornego kieszonkowego pstrykacza fotek :) Nareszcie telefon mogę w spokoju zostawić dla Locusa (który gdzieś po drodze się wysypał i ślad musiałem nanosic ręcznie :/ ), a i samych fotek i filmików będzie więcej, ku Waszej niekrytej uciesze jak mniemam;)
Jak widać dziś znowu postanowiłem objechać śmiganą już kilkukrotnie trasę do Czerniejewa, z tym że wybrałem wariant w 100% asfaltowy, w przeciwieństwie do poprzedniego wyjazdu. Praktycznie przez całą gładką, asfaltową drogę do Wierzyc skutecznie hamował mnie wmordewind. Nawet w momencie kiedy między Promnem a Fałkowem trzeba było chwilowo opuścić czarny dywan, wiatr nie dawał za wygraną.

Między Promnem a Fałkowem © kubolsky


Tak sobie jadąc i myśląc doszedłem do wniosku, że nie raz już się w takich (oraz gorszych) warunkach śmigało, więc trzeba zacisnąć zęby i ostro napierać na korbę. Średnia prędkość na tym odcinku nie była może powalająca, ale z drugiej strony jakiejś wielkiej tragedii też nie było - 23 km/h to nie tak źle :) Dojechałem w końcu do rondka we Wierzycach i wydedukowałem, że kierując się na Czerniejewo powinienem ustawić się korzystniej względem napieprzającego wietrzyska. Ciężko było sprawdzić czy miałem rację, bo początkowe parę kilometrów to jazda przez las. Las się jednak w końcu skończył i ku mej radości do uszu dochodziła tylko cisza i szum opon. No, prawie tylko cisza i szum opon. Bez dymającego wiatru okazało się, że słyszę skrzeczący łańcuch. Najwyraźniej już najwyższy czas na smarowanie bo wysechł na wiór. Ależ to wkurza... Całą drogę do Czerniejewa śmigałem w towarzystwie nie odstawiającego mnie nawet na pół koła kompana. Jechał twardo obok, nawet gdy rozpędzony nie schodziłem poniżej 30 km/h. Najwidoczniej ostro zaprawiony w bojach ;)

Chasing shadow © kubolsky


W końcu trafiłem do Czerniejewa gdzie nie mogłem sobie odpuścić wizyty na pałacowym fyrtlu. Przejeżdżałem tędy nie raz, lecz nigdy nie było okazji by przystanąć i strzelić foto. Dziś się taka okazja nadarzyła i postanowiłem z niej skorzystać. Potwierdziły się również informacje zasłyszane jakiś czas temu - ktoś Czerniejewski pałac kupił i o ile do Wozowni czy parku można wjechać, tak pod sam pałac już nie - drogę blokuje przewieszony łańcuch. Aha, wiem że gdzieś w parku znajduje się keszyk, lecz nie zaciągnąłem do Locusa lokalizacji okolicznych skrzynek, a na ślepo nie było sensu szukać.

Pałac w Czerniejewie © kubolsky


Z Czerniejewa droga wiodła by mnie prosto przez Pawłowo i Mnichowo do Gniezna, ale szybka kontrola czasu wykazała, że dysponuje jeszcze ponad godziną wolnego czasu. Chwila zastanowienia i decyzja - w Pawłowie przy cmentarzu odbiję sobie na Kosmowo, a stamtąd przez Gębarzewo ulicą Pustachowską wrócę do domu. Jak pomyślałem tak uczyniłem i po sprawnym przejeździe w/w drogą wśród pól uprawnych i lasów, zaraz za nekropolią wykręciłem rogala w prawo. Tu po raz kolejny spotkałem się z wiatrem twarzą w twarz, lecz trwało to co najwyżej 5 minut, gdyż droga zakręcała i od tego momentu wiało mi już tylko w bok lub w plecy. W końcu dotarłem do Gębarzewa, a opuszczając wioskę uchwyciłem na fotce budynki Zakładu Karnego widocznego wśród okolicznych pól.

ZK Gębarzewo © kubolsky


Dalej trasa wiodła ul. Pustachowską przez las do samego Gniezna, a konkretniej na dzielnicę Pustachowa.


Postanowiłem uwiecznić tą drogę na zdjęciu, gdyż przypomniał mi się pewien wczesnowiosenny wypad z p. Jurkiem i Mateuszem. Wtedy ten dukt wyglądał znacznie mniej przyjaźnie. Najpierw asfaltem, później leśnym duktem i znowu czarnym szlakiem wyjechałem w Gnieźnie.

Ul. Pustachowska © kubolsky


Jeszcze fotka kościoła w budowie (stan niezmiennie surowy odkąd tylko pamiętam)...

Budowa kościoła na Pustachowie © kubolsky


...i Półwiejską, dalej wzdłuż Kostrzewskiego, przez Dalki i E. Orzeszkowej wracam do domciu.
Mimo iż za solówkami nie przepadam to w fotelu zasiadłem mega usatysfakcjonowany, a pierwsza rzecz o której pomyślałem, to pytanie "gdzie tu jutro przy sobocie się wybrać"? :)
Jakiś czas później otrzymałem od Aśki zadanie - "zajmij się Frankiem, a ja dokończę sprzątanie". Jako że nie jestem z tych pedantycznych osób, które porządkując własne "M" zaglądają we wszystkie najdrobniejsze kąciki, przystałem na propozycję i zgarnąłem Juniora na rower. Wyciągnąłem z garażu Dżoanową Kozę, podniosłem siodło, zainstalowałem Młodego w foteliku, założyłem Mu kask z Puchatkiem :) i wio. Tak w duecie wykręciliśmy sobie rundkę po mieście zahaczając najpierw o Biedrę na dzielni, gdyż mieliśmy nabyć droga kupna truskawy. Niestety Pani Truskawki już nie było, więc udaliśmy się w okolice Netto, gdzie przesiaduje konkurencja Pani Truskawki. Tam również nikogo. Pozostało się zaopatrzyć w jak się okazuje deficytowy towar w Piotrze i Pawle. Przy okazji zgarnąłem dwa Lubuskie Jasne i Kormorana Mocno Chmielonego. Zakupy do koszyczka i jedziemy z powrotem. Aby drogę powrotną sobie trochę urozmaicić, w połowie deptaku odbiliśmy na ul. Słomianka, później kawałek brzegiem Wenecji i z powrotem do domu tradycyjnie równolegle do Poznańskiej. Junior po drodze zdążył wciągnąć obowiązkową bułę, a mi udało się zgubić jedną truskawkę i jedną wciągnąć osobiście. Aśka chyba nie zauważyła braków ;) Tym sposobem osiągnęliśmy godziny wieczorne, ja w końcu znowu sączę pijalne piwo i jak już wcześniej napomknąłem, zastanawiam się nad trasą na jutro, bo pogoda zapowiada się wyśmienicie :)
Środa, 12 czerwca 2013 Komentarze: 5
Sprzęt [RIP] Kross
Zgodnie z przewidywaniami dziś w godzinach popołudniowych u progu stanął kurier DPD z przesyłką - doszły sakwy i bagażnik. Pod wieczór montaż, lecz bez testowego przejazdu z obciążeniem.
Fura w wersji wyprawowej prezentuje się tak:

Szykowanko na wyjechanko :) © kubolsky


Oczywiście okazało się, że zakupom jednak nie ma końca - muszę się jeszcze doposażyć w "strap-ony" do przypięcia reszty bagażu. Poza tym czekam na nową lampkę. Przyda się tym bardziej, że dotychczasową dałem dziś do zabawy Juniorowi (Młody lubi ją sobie włączać i patrzeć jak mryga), straciłem Go dosłownie na sekundę z oka i lampkę wcięło. Szanse na znalezienie jej na podwórku są niższe niż trafienie szóstki w totka...
Wieczorny short Kategoria solo
Poniedziałek, 10 czerwca 2013 Komentarze: 0
Dystans 7.41 km
Czas 00:22
Vśrednia 20.21 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Od poniedziałku zacząłem z grubej rury - dziś odwiedziłem sklepy w Lubinie i Legnicy. Btw jeżeli sądzicie że nas lato nie lubi, to powinniście odwiedzić dolny śląsk - deszcz tam napierdziela non stop, rzeki wychodzą z koryt a kanaliza nie wyrabia. Masakra! Tym bardziej powrót do wielkopolski wywołam na mej twarzy solidnego banana. Wysiadając pod domem z samochodu przywitało mnie wieczorne, piękne słoneczko i przyjemnie rześki wietrzyk. Czasu co prawda było niewiele, bo trza było Juniora do spania powoli ogarniać, ale nie mógłbym sobie wybaczyć gdybym nie zaliczył chociaż kilku kilometrów na rowerze w tych jakże sprzyjających warunkach. Jako że dysponowałem około 30 minutami, postanowiłem spożytkować je na szorta do Piotra i Pawła po jakąś kolacyjkę. Tak też postąpiłem i niecałe 8 km pękło w 20 minut. Nie tak źle (znaczy z czasem, bo przecież nie z dystansem :P ). Aura mnie zdrowo nakręciła i mam nadzieję, że utrzyma się do weekendu, a tym bardziej przez weekend właśnie. Trzymam kciuki aż zsinieją! :)
Sobota, 8 czerwca 2013 Komentarze: 2
Dystans 70.29 km
Czas 03:07
Vśrednia 22.55 km/h
Uczestnicy
Vmax 41.70 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Budzik nastawiłem na 8.00 rano, lecz jeszcze przed dzwonkiem zdążyły mnie obudzić promienie porannego słońca. Pogoda zapowiadała się wyśmienicie, wręcz idealnie na zaplanowany wyjazd. Przed umówioną 9.00 przywdziałem rowerowe ciuchy, zalałem bidon izotonikiem, wrzuciłem łupinę na czerep i ruszyłem w stronę Biedronki. Nie minęło nawet 50 metrów gdy spotkałem się z p. Jurkiem. Zgodnie z wczorajszym założeniem, punkt 9.00 ruszyliśmy na szlak. Jako że czas miałem tylko (i aż) do 14.00, trzeba było wybrać taką trasę, by punktualnie zjawić się z powrotem. Chwila zastanowienia i kręcimy do Kiszkowa. Cały etap do pierwszego punktu pośredniego jechaliśmy z delikatnym wiatrem ze wschodu. W Kiszkowie wylądowaliśmy po 50 minutach kręcenia z całkiem niezłą średnią przejazdu. Najpierw wspólne foto pod tablicą z nazwą miejscowości...

Kiszkowo wita! © kubolsky


...a następnie mapa w dłoń i rozkminiamy co dalej. Wiele czasu nam to nie zajęło i w końcu postanowiliśmy ruszyć w stronę Kłecka. Ten etap to jazda pod wiatr. Można by pomyśleć że wcale nie jechało się przyjemnie, lecz byłby to błąd. Z rana wiatr był bardzo delikatny, a na dodatek ciepły i bardzo rześki. Jechało się wyśmienicie i tak na pogaduchach zleciało nam do DW 190 Gniezno - Wągrowiec. Po drodze pozdrowiliśmy dwóch bajkerów na szosach, a oni na szczęście nie okazali się być burakami i pozdrowili nas z wzajemnością. Pierwotny plan zakładał, że wykręcimy do Kłecka i stamtąd do domów, lecz jechało się na tyle sprawnie że posiadany zapas czasu wręcz należało spożytkować na większą ilość kilometrów. Bez wahania ruszyliśmy w stronę Janowca. Obawiając się jednak, że powrót z Janowca zajmie nam zbyt dużo czasu ustaliliśmy, że wykręcimy do Mieleszyna. Po drodze w Świniarach mijamy pierwsze odbicie, chwilę później drugie a my dalej jedziemy przed siebie. Pan Jurek zaproponował, że wykręcimy dopiero w polną drogę i śmigniemy wzdłuż jeziora Łopienno. Skoro tak to ja się nawet nie stawiam - jeśli jest jazda terenem to ja jestem na tak! :) Śmigając polnym szlakiem zatrzymaliśmy się celem sprawdzenia, czy to jezioro faktycznie tam jest. Było.

Nad jeziorem Łopienno © kubolsky


Dalej jeszcze chwila gruntem i znów wskakujemy na asfalt. Na krzyżówce w Dobiejewie kręcimy w lewo i lekko pod górkę śmigamy do Mieleszyna. Po prawej ręce mamy kolejne jezioro, tym razem Świniarskie. Gdy tak sobie leniwie kręciliśmy (leniwie, bo raptem około 22 km/h :P) p. Jurek wpadł na pomysł by w Mieleszynie wykręcić na kemping Borzątew i wciągnąć tam kiełbaskę z grilla. Przyznam szczerze, że na świecie żyję już jakiś czas ale nigdy wcześniej nie miałem okazji tam być. W końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz. Jedziemy! Dotarlismy w końcu na pole namiotowe, a moim oczom ukazał się mały pseudo-Skorzęcin (lecz bez domków), z zapleczem gastronomicznym w postaci kilku namiotów pamiętających głęboki PRL i bardzo umowna plaża nad jeziorem. Na dobitkę okazało się, że chyba 11.00 to za wcześnie by rozpalać grille i zwyczajnie obeszliśmy się smakiem. Pan Jurek wyglądał na niezadowolonego, ja również czułem się mocno zawiedziony. Ostatecznie pozostało mi strzelić panoramkę tegoż przybytku...

Camping Borzątew © kubolsky


...a p. Jurek przygotował aparat i ustawił samowyzwalacz na kolejne wspólne foto.

Fotosesja na Borzątwi © kubolsky


Odetchnęliśmy chwilkę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zamiast wracac do Mieleszyna i oklepanym asfaltem do domu zdecydowaliśmy znowu terenem (woohoo!) przedostać się do Karniszewa. Po drodze uchwyciłem na fotografii p. Jurka, który najczęściej znajduje się po tej drugiej, mniej widocznej stronie obiektywu.

Gdzieś po drodze © kubolsky


Chwile później, po raz kolejny asfaltem kręciliśmy przez Karniszewo do wsi Sokolniki gdzie znajduje się solidnych rozmiarów głaz narzutowy.

Fotosesja przy głazie © kubolsky


Dzisiejszy duet na tle kamyczka © kubolsky


Korzystając z ciekawych okoliczności lokalnej przyrody strzeliłem kolejną już profilówkę Fury :)

Profilówka nie wiadomo już która ;) © kubolsky


Widać, że samo miejsce było kiedyś zacnie przygotowane dla odwiedzających - ławki i stoły z pni drzew, tablica informacyjna, wygolona trawa i nawet solidny, murowany z kamieni grill. Niestety obecnie jest ono mocno zaniedbane - tablica została częściowo zniszczona, ławy się sypią a trawy daaaawno nikt nie kosił. Poza tym w oczy rzucają się pozostawione tam śmieci. Tu również na chwilę przysiedliśmy, wciągnęliśmy po batoniku, daliśmy się przygrzać słoneczku i po jakichś 10 minutach wróciliśmy na trasę. Opuszczając osadę moją uwagę przykuła pewna tablica umieszczona na "budynku" "zakładu" kowalskiego. Nie omieszkałem jej sfocić :)

Biznes kwitnie ;) © kubolsky


Z Sokolnik dotarliśmy do drogi łączącej Zdziechowę z Mieleszynem i stamtąd przez Zdziechowę właśnie ruszyliśmy do Gniezna. Po drodze zorientowałem się, że mimo kilku krótszych postojów mamy naprawdę niezły czas przejazdu. Gdzieś tam pyknęło nam niecałe 70 km po niecałych trzech godzinach jazdy. A to wszystko naprawdę bez spinki :). Zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie na chłodnego Tigerka i stamtąd już prosto do Gniezna. W odpowiednim momencie udało mi się po raz kolejny uwiecznić mojego dzisiejszego Kompana focącego Gnieźnieński "Manhattan", czyt. zabudowania osiedla Winiary.

W tle Gnieźnieński Manhattan © kubolsky


Po góra 10 minutach wlecieliśmy ul. Powstańców Wielkopolskich do Gniezna, a następnie wzdłuż ul. Poznańskiej pokręciliśmy do domów. Pan Jurka pożegnałem na wysokości Pol-Caru skąd miałem już tylko kilkaset metrów do siebie. Rower w sieni odstawiałem po 3 godzinach z groszem jazdy niesamowicie usatsfakcjonowany. Usatysfakcjonowany byłem tym bardziej, że kilkanaście minut po moim powrocie na niebie pojawiły się chmury zwiastujące opad, a to umocniło mnie w przekonaniu że idealnie wstrzeliliśmy się z wyjazdem.

Wróciliśmy w odpowiednim momencie © kubolsky


Deszcz ostatecznie nie padał, ale frajdy z przejechanej w doskonałym towarzystwie trasy nikt mi nie zbierze. Czas pomyśleć co robimy z dniem jutrzejsym.
Czwartek, 6 czerwca 2013 Komentarze: 2
Dystans 57.98 km
Czas 02:51
Vśrednia 20.34 km/h
Temp. 20.0 °C
Aura pogodowa postanowiła mnie dzisiaj pozytywnie zaskoczyć. Jadąc do Poznania nie zwróciłem nawet uwagi że na zewnątrz jest jakoś jaśniej niż ostatnimi czasy. Dopiero wysiadając z samochodu dopadły mnie promienie słońca, a pierwsze zerknięcie w niebo było chyba najlepszym punktem całego dnia - żarówa dawała ostro :) W pracy swoje odbębniłem i koło 15 zameldowałem się u progu domciu. Okazało się, że szacowna Małżonka musi wybyć na minut kilkadziesiąt, a to oznacza że trza by czymś zająć Juniora (ten ostatnio przechodzi fazę "mamusia, do mamusi, z mamusią, tata odejdź" :) ). Wiedząc, że Franz przepada za jazdą w fotelu na bagażniku (musiałem bagażnik dokupić, bo Młodzian waży już za dużo i montowanie do rury podsiodłowej się już nie sprawdza) zbytnio się nie zastanawiałem - wyciągnąłem nowo zakupioną Dżoanową Kozę i władowałem Młodego w siodło. Tak zleciało nam dobre ponad pół godziny na kręceniu po dzielni w tą i z powrotem. Muszę przyznać, że strasznie fajnie jeździ mi się takim miejskim rowerem. Jakoś tak wygodniej niż na MTB :P. Spokojnie, Fury nie porzucę. Za bardzo ją kocham ;). Zaraz po powrocie Żony wsiadłem na swoje dwa kółka i pokręciłem do sklepu na drobne zakupy, w tym browar na wieczór. Tym sposobem małymi kroczkami zaliczałem kolejne kilometry do BS-owych statystyk. Największe zaskoczenie przyszło wieczorem. Koło 18:30 dostałem SMS-a od Malina z propozycją jazdy po 19:00. Najpierw przetarłem oczy ze zdumienia, później spojrzałem raz jeszcze. SMS tam nadal był i jasno dawał mi do zrozumienia, że Marcin zaprasza mnie na wspólne śmiganie na rowerach. Takiej okazji nie mogłem przepuścić (bo kto wie kiedy raczy się znowu powtórzyć) i tuż przed umówioną godzina ruszyliśmy. Mając na uwadze fakt, że mój dzisiejszy Towarzysz nie jest zbytnio rozjeżdżony zaproponowałem jazdę serwisówką wzdłuż S5 do Wierzyc, a następnie do Czerniejewa i stamtąd do Gniezna. W międzyczasie, gdzieś po drodze sunąc gładkim jak lustro asfaltem przypomniał mi się podobny wyjazd z p. Jurkiem i Marcinem. Wtedy we Wierzycach odbiliśmy do lasu i do domów wracaliśmy bardzo urokliwym szlakiem. Zaproponowałem Malinowi ten wariant nawet nie oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi - tą opcją śmigniemy i już ;) Jechało się bardzo przyjemnie mimo hamujących nas raz po raz kałuż - dukty leśne jeszcze nie do końca wyschły. W końcu wypadliśmy na asfalt w Pawłowie i pokręciliśmy przez Baranowo do Mnichowa. W Mnichowie kapnąłem się, że jest już sporo po 8 i czas najwyższy wracać by się zbytnio kobietom nie narazić ;). Ostatecznie trasę skróciliśmy i przez Mnichowo pocięliśmy w stronę serwisówki, a stamtąd do domów. Jeszcze będzie okazja, by zrobić trasę w całości i wracać przez Pustachowę, Kokoszki i Dalki.
W domciu, w lodówce czekał na mnie chłodny, zakupiony wcześniej w PiP browarek. Co ciekawe - dokładnie ten sam repertuar co ostatnio po praktycznie dokładnie tej samej trasie. Przypadek? :P Mniejsza z tym - najważniejsze by się taka pogoda utrzymała, bo trzeba w końcu kolejne kaemy kręcić.
Aha, urlop już załatwiony i oficjalnie 30.06 wsiadamy w banę i jedziemy na wschód. Start w Białej Podlaskiej/Białej Podlaski (cholera wie jak to odmieniać) :)
Mapki nie będzie, bo telefonu nie wziąłem. Zainteresowanych odsyłam do tego wpisu. Tam macie ślad właściwie tej samej trasy.
Sobota, 1 czerwca 2013 Komentarze: 0
Dystans 29.34 km
Czas 01:15
Vśrednia 23.47 km/h
Uczestnicy
Vmax 39.90 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Kolejny dzień z pogodą w kratkę. W godzinach popołudniowych wyczaiłem okienko pogodowe, więc zbytnio się nie zastanawiając zaproponowałem wspólną jazdę p. Jurkowi i Marcinowi. Obydwoje przystali na rundkę po 18.00, lecz już od 16.00 słoneczko elegancko świeciło, więc zaproponowałem wcześniejszy wypad koło 17.00. Okazało się, że ekipa jest już w trasie a p. Jurek telefonicznie dał znać, że czekają na mnie na wiadukcie w Pierzyskach. Szybka organizacja - woda w bidon, odpowiednie ciuchy na siebie i lecimy. Kilkanaście pierwszych metrów wywołało banana na mej twarzy - wiatr w plecy zapowiadał wysoką prędkość przejazdu. Tak jak przewidywałem, do wiaduktu średnia nie spadała poniżej 36-38 km/h, a nawet odcinkami kształtowała się powyżej 40 km/h. Tym samym w umówionym miejscu stawiłem się w naprawdę krótkim czasie. Szybkie uściski dłoni z resztą grupy i lecimy. Obraliśmy kierunek Dębnica przez Łubowo i Owieczki. Po drodze przecięliśmy DW 197 i dalej kręciliśmy szlakiem śmiganym niedawno z Wiadrem i Krzychem, z tym że w przeciwnym kierunku. Na miejscu początkowo ruszyliśmy dalej prosto w stronę Działynia, ale ponieważ nie znaliśmy dokładnie drogi zaproponowałem, by kontynuować wcześniej objechany ślad przez Zdziechowę i może dalej Modliszewo, Modliszewko i Dębówcem do domu. Niestety mimo naprawdę sporych chęci po drodze naszym oczom ukazała się ciemna deszczowa chmura zbliżająca się do Gniezna. Niechętnie postanowiliśmy mocno skrócić dzisiejszą trasę i po przejeździe nad linią kolejową do Sławy Wlkp. udaliśmy się tempem iście sprinterskim DW 190 do domów. Im bliżej celu byliśmy, tym szybciej owa ciemna chmura zbliżała się do nas. Nie pozostało nic innego niż podkręcić tempo.

Sprint do domu © kubolsky


Przejeżdżając przez Oborę i Piekary na rozdrożu ulic Kłeckowskiej i Żerniki pożegnałem moich kompanów i możliwie najkrótszą drogą udałem się do domu. Po drodze jeszcze foto chmury na ul. Wieśniaczej (właściwie pod samym domem) i jestem na miejscu. Zdążyłem.

Zrobiło się ciemno - będzie lało © kubolsky


Jak się później okazało, z chmury wcale nie srutnęło - trochę popadało i przeszło. A padać zaczęło dobre paręnaście minut po powrocie. Prawdopodobnie dalibyśmy radę śmignąć planowaną trasę z ewentualnym chwilowym przestoję. Cóż, nie teraz to innym razem. Oby w towarzystwie świecącego słoneczka :)

Piątek, 31 maja 2013 Komentarze: 0
Dystans 19.73 km
Czas 00:52
Vśrednia 22.77 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Kilka dni bez jazdy potrafi skutecznie nakręcić głód rowerowy. Ten tydzień przebiegał pod znakiem całodniowej pracy i wybitnie niekorzystnej pogody. Trudno się więc dziwić, że w piątkowe popołudnie gdy tylko wyjrzało słonko postanowiłem wykręcić w końcu kolejne kilometry. Niestety, by nie było zbyt różowo, znów jeździłem ograniczony dostępnym wolnym czasem. Bardzo ograniczony. Na rower udało mi się wyskoczyć dopiero po 17.00, a na 18.00 miałem się stawić z powrotem w domu. Dysponując raptem 45 minutami postanowiłem, że wykorzystam je maksymalnie terenowo. Udałem się więc w kierunku Lasu Miejskiego, celem zaliczenia po drodze znajdującego się tam kesza i zdobycia certyfikatu STF (FTF-a wygarnął Marcin). U progu lasu kapnąłem się, że po reinstalacji Androida na telefonie i ponownej instalacji Locusa nie zaciągnąłem lokalnych skrzynek. W tym włąśnie miejscu postanowił mi wywinąć oscylator i z uporem maniaka odmawiał ściągnięcia bazy w 100%. Ponieważ appkę zdążyłem naprawdę polubić, zwalam winę na T-Mobile. A niech molochowi się oberwie! :P Skoro technologia postanowiła zrobić mnie na szaro postanowiłem, że złość właduję siłą mięśni. Mając przed sobą prostą, terenową drogę przez cały las rozpocząłem ową dziką szarżę z prędkością nie spadającą poniżej 25 km/h. Kręciłem ile sił wijąc się między mniejszymi kałużami i dając Epiconowi ostro w kość. Niestety jak na złość mój zapał studziły (dosłownie i w przenośni) pojawiające się co jakiś czas większe, zajmujące całą szerokość drogi kałuże - trzeba było zwalniać (bo kto wie co czai się pod lustrem wody) by je wyminąć bokiem. Ostatecznie po i tak dość żwawej jeździe wyskoczyłem w Cielimowie i nadal głodny terenu odbiłem w stronę Gębarzewa przecinając DK15. Jechałem z zamiarem zjazdu w leśny dukt w kierunku starej prochowni, lecz po dotarciu do krzyżówki mym oczom ukazało się pobojowisko zamiast szlaku. Droga wyglądała znaaacznie gorzej niż ta objechana ostatnio w Lesie Królewskim. Mocno zawiedźony pokręciłem dalej betonem do ul. Pustachowskiej, lecz nie chcąc ryzykować błota nie skręciłem w stronę Gniezna, lecz okrężną droga wzdłuż ZK w Gębarzewie wyjechałem na Pustachowie. Tutaj dalej terenem, czyli ul. Kokoszki (po ostatnich opadach znacznie przyjaźniejszą i już nie tak pustynną) ruszyłem w kierunku Dalek. Po drodze jeszcze dwie wielkie kałuże. Jedną wziąłem bokiem po trawie, drugiej się nie dało, trzeba było w bród i jestem z powrotem na asfaltach. Dalej już tylko w stroną torów kolejowych i Orzeszkowej do domu. Z powrotem byłem delikatnie po umówionej 18.00, ale nadal łapałem się w kwadransie akademickim ;)

Niedziela, 26 maja 2013 Komentarze: 2
Dystans 36.19 km
Czas 01:48
Vśrednia 20.11 km/h
Vmax 40.70 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Po wczorajszym deszczowym dniu niedziela znów przywitała mnie opadami. Szczęście w nieszczęściu, że dzisiaj czekał mnie dzień ojca ;), czyli tylko ja i Junior w domu do godzin popołudniowych. Koło 16.00 pogoda diametralnie się odmieniła - po szarym niebie i deszczu nie było śladu. Teraz termometr wskazywał 25 stopni a na niebie świeciło piękne słońce. Tak się złożyło, że po 16.00 do domu powróciła szacowna Małżonka, której oznajmiłem że kończę dyżur i się odmeldowuję celem wykręcenia kaemów na rowerze. Po otrzymaniu oficjalnej przepustki drogą smsową zaproponowałem wspólną jazdę p. Jurkowi i Marcinowi. Jak się po chwili okazało p. Jurek gościł w domu rodzinę, a Marcin zaliczył już jazdę wcześniej i teraz nie był w stanie wygospodarować czasu na kolejny wypad. Usilnie broniąc się przed jazdą solo wystosowałem kolejną eskę, tym razem do pozabeesowego kolegi - Wiadra, lecz ten cierpiał jeszcze po imprezowej nocy i nie był w stanie się ruszyć, nie mówiąc już o jeździe jednośladem :) Tym oto sposobem nie chcąc stracić pięknie zapowiadającego się popołudnia i wieczoru zacząłem szykować się do jazdy w osamotnieniu. W międzyczasie natrafiłem na tradycyjny podczas solowych wypraw problem - gdzie jechać? Przez chwilę intensywnie próbowałem wymyślić jakąś nową trasę, lecz ostatecznie stanęło na śmiganym niegdyś w towarzystwie lokalnej ekipy BS kółeczku Zdziewchowa - Modliszewko - Lasy Królewskie - Dębówiec - Gniezno. Chcąc dzisiaj zaznać asfaltu i liznąć teren była to pierwsza trasa która przyszła mi do głowy. Brałem jeszcze pod uwagę ewentualne rozszerzenie pętli o Strzyżewo Kościelne, kolejne dwa Strzyżewa i powrót do domu przez Jankowo Dolne. Mając już obrany cel ruszyłem w kierunku Zdziechowy. Ulicą Powstańców Wlkp. prowadzącą do w/w wsi jechało się nad wyraz przyjemnie - temperatura na dworze była optymalna do jazdy, słoneczko miło przygrzewało a dzisiejszą jazdę zacząłem z wiatrem w plecy. Całą tą długą prostą pokonałem z prędkością nie spadającą poniżej 30 km/h. Dopiero odbijając na Modliszewo poczułem prognozowane na dzisiaj 4 w skali Beauforta uderzające mnie prostopadle z prawej strony. Nie dając się podmuchom i pełen werwy kręciłem dalej z całkiem przyzwoitą średnią. W Modliszewie kolejny zakręt i znowu wiatr w plery do samego Modliszewka. Tu przecinając krajową piątkę wjechałem do lasu cały podjarany etapem w terenie. Niestety rzeczywistość delikatnie odbiegała od moich oczekiwań - nie wziąłem pod uwagę wczorajszego i dzisiejszego deszczu, który solidnie nasączył podłoże. Dodatkowo, chyba całkiem niedawno przejeżdżał tędy ciągnik z przyczepą skutecznie ryjąc całą drogę. Tym sposobem mój entuzjazm lekko podupadł, ale postanowiłem się nie poddawać i brnąć przez błoto przed siebie.

Leśne dukty po opadach © kubolsky


Wolno bo wolno, rzucany z lewa na prawo i z powrotem na lewo dałem radę przejechać srytowatą połowę trasy przez las. Tu nadmienię, że mimo naprawdę trudnych warunków jazdy ani razu nie spadłem z roweru, jak również nie pchałem go zamiast kręcić korbą jak przystało na bajkera :). Druga połowa leśnego etapu to utwardzone szlaki i znacznie wyższa prędkość przejazdu. Po drodze chwila przerwy na odetchnięcie, gdyż w pośpiechu przed wyjazdem zapomniałem o bidonie z wodą. Korzystając z okazji ustrzeliłem profilówkę Fury, lecz ta pewnie profilówką nie zostanie przez solidnie ubłocony rower na zdjęciu :)

Gdzieś w lesie © kubolsky


Przy okazji odkryłem kolejne, bardzo praktyczne zastosowanie SPD - w trakcie jazdy będąc wpiętym w rower można podskakując bezproblemowo podciągnąć oba koła w powietrze, skutecznie otrzepując je z zebranego po drodze błota. Co za oszczędność czasu :). Dalej już bardziej przyjaznymi rowerzystom duktami poszło lekko i po chwili wyjechałem z lasu znów wpadając na asfalt w Dębówcu. Tu też wpadłem na ścianę wiatru wiejącego z kierunku prostowryjnego. Szybkie zerknięcie na zegarek i niestety musiałem podjąć decyzję o skróceniu planowanej pętli i nie zaliczeniu Strzyżew oraz Jankowa. Powodem tej decyzji była konieczność zaliczenia zamykanego w niedzielę o 19.00 Piotra i Pawła, celem dokonania małych zakupów na dzień jutrzejszy. Stanęło więc na jeździe dokładnym śladem sprzed kilku tygodni. Tak jak ostatnim razem, tak i teraz odbiłem z ul. Orcholskiej w ul. Wełnicką, a następnie Zamiejską chcąc znowu zaliczyć fragment trasy maratonu biegnący wzdłuż jeziora Łazienki. Na szczycie wzgórza w ciągu ul. Zamiejskiej zatrzymałem się i strzeliłem dwie fotki okolicy - Różę z jednej strony...

Widok na dzielnicę Róża © kubolsky


...i Winiary z drugiej.

Widok na Winiary © kubolsky


Parę minut później opuściłem ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu i miejskimi ulicami udałem się do sklepu. Szybkie zakupy i już przez miasto kręcę do domu. Końcowe parę kilometrów delikatnie rozciągnąłem objeżdżając jeszcze częściowo Wenecję, a następnie Dalkoską, Orzeszkowej i przez tereny Dziekanki pokręciłem do domu.
Mam tylko nadzieję, że tym razem weekend po tygodniu pracy przywita mnie bardziej przyjazną pogodą i będę mógł nadrobić zaplanowane, lecz stracone przez deszcz kilometry :).

Piątek, 24 maja 2013 Komentarze: 2
Dystans 25.51 km
Czas 01:28
Vśrednia 17.39 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Pogoda już od godzin rannych nie zachęcała do jakiejkolwiek aktywności na świeżym powietrzu. Mnie także nie zachęciła do wykręcenia kilkunastu/kilkudziesięciu kilometrów na rowerze. Tym sposobem, do późnego popołudnia przesiedziałem w domu chwytając się różnych zajęć (niektórych związanych z rowerem) w wolnych chwilach między pracą a pracą (piątki to mój tzw. dzień biurowy). Koło 14.00 na fejsbuniu pojawiła się propozycja wspólnej, wieczornej jazdy, zamieszczona przez kumpla spoza BS - Krynia. Jako że póki co, mimo ciężkich chmur i temperatury raczej jesiennej żaden opad nie zaistniał pomyślałem, że warto by chociaż ten wieczór poświęcić na godzinę jazdy. Tym sposobem chwilę po wyczajeniu owego posta odpowiedziałem twierdząco i już w lepszym humorze wyczekiwałem ustalonej godziny startu. Ta nadeszła dość szybko i o 18.20 na półkrótko wyruszyłem w umówione miejsce. Pierwsze tego dnia spotkanie ze świeżym powietrzem zaskoczyło mnie kilkoma kroplami które spadły mi na głowę. Trochę niepewny pogody zadzwoniłem z tą informacją do Krzycha, lecz ten mnie uspokoił i zadeklarował, że w miarę ewentualnie zmieniającej się aury będziemy trasę skracali, by szybko dotrzeć z powrotem do domu. Tak oto chwilę po umówionej godzinie wyruszyliśmy we dwójkę ul. Pustachowską do Gębarzewa. Jechało się naprawdę fajnie, choć duża w tym zasługa sporego odcinka lasem który osłaniał nas od słabego, lecz zimnego wiatru. Opuszczając zadrzewiony teren matka natura postanowiła nam dobitnie dać do zrozumienia, że dziś nie zamierza sprzyjać cyklistom. My się jednak nie poddaliśmy zimnym podmuchom i po chwili wykręcaliśmy w prawo do Pawłowa, robiąc pogodę na szaro, ponieważ od tego momentu mieliśmy wiatr w plecy. Korzystając z towarzyszącej nam ciszy po drodze omówiliśmy zaproponowaną przez Krzycha pętlę dookoła Gniezna. Na rozmowach zeszło nam do samego Pawłowa, gdzie Krzychu musiał przystanąć by odebrać telefon, a ja korzystając z okazji pstryknąłem fotkę drewnianego kościoła z XVIII w.

Kościół w Pawłowie © kubolsky


Stąd ruszyliśmy z zamiarem przecięcia wsi Woźniki i dotarcia do Owieczek. Niestety każdy kolejny przejechany metr to coraz gorsza pogoda i coraz cięższe chmury. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Baranowie. Tu cyknąłem foto pustostanu o którym wspominałem w poprzednim wpisie.

Pustostan w Baranowie © kubolsky


Dalej przemknęliśmy do Woźnik polną drogą i tam podjęliśmy decyzję, że śmigamy do Gniezna olewając Owieczki i resztę trasy tak, jak pogoda postanowiła olać nas. Dosłownie. Nie pamiętam takiej końcówki maja - toż to jakaś jesień a nie lato za pasem :/. Na całe szczęście z Woźnik do domu wiedzie serwisówka, więc gładki asfalt sprzyjał większej prędkości powrotnej i po kilku chwilach byłem w domciu. Tu pożegnałem Krzycha i pierwsze co zrobiłem po powrocie, to zaparzyłem sobie gorącego Earl Greya. Na koniec maja takie rzeczy... kto to widział! ;)

TROCHĘ O MNIE

Ten blog rowerowy prowadzi kubolsky z miasta Poznań
  • Mam przejechane 92350.99 kilometrów
  • Jeżdżę ze średnią prędkością 21.90 km/h


92350.99

KILOMETRÓW NA BLOGU

21.90 km/h

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ

175d 16h 08m

CZAS W SIODLE