Travel on Gravel!

kubolsky
Wpisy archiwalne w kategorii

solo

Dystans całkowity:46148.12 km (w terenie 1.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:1980:47
Średnia prędkość:23.30 km/h
Maksymalna prędkość:162.97 km/h
Suma podjazdów:130025 m
Maks. tętno maksymalne:224 (122 %)
Maks. tętno średnie:155 (80 %)
Suma kalorii:1556101 kcal
Liczba aktywności:1242
Średnio na aktywność:37.16 km i 1h 35m
Więcej statystyk
Niedziela, 28 lipca 2013 Komentarze: 0
Dystans 33.63 km
Czas 01:22
Vśrednia 24.61 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Ostatni dzień pobytu nad morzem. Rowerowo niespełniony i wymęczony panującym skwarem ruszyłem z jedną tylko sakwą (druga, cięższa pojedzie z resztą rodzinki autem następnego dnia) na dworzec do Słupska. Aby za specjalnie się nie spinać wystartowałem dobre 2,5 godziny przed planowanym odjazdem pociągu. Postanowiłem ciut wydłużyć sobie trasę, jadąc drogą, którą zwykle śmigam autem, a która tylko w części pokrywa się ze szlakiem rowerowym. Na dworcu byłem po godzinie i kwadransie, zostawiając za sobą równo 30 km. Miałem jeszcze czas na zakup energetyka, jakichś kanapek i strzelenie pożegnalnej foty na peronie ;).

Fura na dworcu w Słupsku © kubolsky


Pociąg podjechał punktualnie, znalazłem odpowiedni wagon i miło się zaskoczyłem - w końcu trafiłem na skład z porządnym wagonem rowerowym, tzn. w połowie przeznaczonym na rowery, a w drugiej połowie wyposażonym w fotele "samolotowe". Podróż do Tczewa mimo towarzystwa gderających Niemców przebiegła prawie dobrze. Prawie, ponieważ wjeżdżając do Trójmiasta ilość osób w wagonach zaczęła się w zastraszającym tempie podwajać i potrajać :/. Na dodatek w Gdyni i na stacji Gdańsk Główny do wagonu wsiadła kolonia :/. Całe szczęście, że z Trójmiasta do Tczewa był rzut beretem, gdyż nie wiem jak długo wytrzymał bym jazdę z czyimś tyłkiem na wysokości mojego nosa... Wysiadając w Tczewie dysponowałem zapasem czasowym rzędu 40 minut, które postanowiłem spędzić na peronie. W międzyczasie konkretnie się rozpadało - miła odskocznia od upałów :). Pociąg do domu nadjechał z 10-cio minutowym opóźnieniem, a wejście do niego wiązało się z powrotem do realiów, do jakich przyzwyczaiło nas PKP - przedział na 3 rowery, w którym mój wylądował jako szósty, miejsca tylko i wyłącznie stojące, ścisk, hałas itd. "Pocieszające" (celowo w cudzysłowie) były tylko miny osób wsiadających na stacjach po drodze. O dziwo już w Bydgoszczy udało nam się zgubić opóźnienie i w Gnieźnie byłem zgodnie z rozkładem. Wysypałem się z wagonu z pomocą współpodróżnych i prosto z dworca ruszyłem do domu, tym samym uznając wakacje za zakończone :).

Mapka:
Środa, 24 lipca 2013 Komentarze: 2
Dystans 109.38 km
Czas 05:47
Vśrednia 18.91 km/h
Tętnośr. 132
Tętnomax 155
Kalorie 4326 kcal
Sprzęt [RIP] Kross
Pierwszy dzień właściwego pobytu nad morzem, pierwsza (i jak się później okaże - ostatnia) okazja do pośmigania rowerem po nowych, nieznanych mi szlakach. Padło na Łebę, przez Słowiński Park Narodowy, oczywiście szlakiem R10. Udało mi się już na samym starcie - przemiła dziewczyna kasująca za wjazd do parku nie miała wydać i stwierdziła, że mam jechać - Ona jakby co była w toalecie :). No to pojechałem. W parku ludzi trochę się kręciło, więc początkowa jazda to właściwie slalom. Im bardziej wgłąb, tym łazików mniej. W końcu opuściłem zadrzewioną część parku i wypadłem na pierwsze, piaszczyste drogi wśród łąk. Te na początku akurat sąsiadowały z jez. Gardno.

SPN - piaszczysty dukt w okolicy jez. Gardno © kubolsky


SPN - Łąki jak okiem sięgnąć ;) © kubolsky


SPN - Ciekawe drzewo © kubolsky


Chwilę popodziwiałem okolicę i ruszyłem dalej. Od początku prowadziły mnie drogowskazy, wskazujące miejscowości które czekają mnie po drodze. Na drogowskazach widniał również magiczny symbol R10 - znaczy, że dobrze jadę.

Nieoficjalne oznaczenie szlaku R10 © kubolsky


Tak zamiennie - raz lasem, raz łąką dotarłem do Smołdzina. Stąd również obrałem kierunek wskazywany przez owe drogowskazy, co okazało się błędem. Dwa drogowskazy później jakoś podejrzanie przestały one występować, a na drzewach ewidentnie brakowało towarzyszących mi dotychczas oznaczeń szlaku. Ten to w ogóle jest strasznie zamazany i gdyby nie pojawiające się co jakiś czas tabliczki to bez mapy ani rusz. W końcu zabrakło również tabliczek, więc trzeba było skorzystać z załadowanej do Locusa mapy. Okazało się, że w Smłodzinie obrałem zły kierunek i zamiast udać się szlakiem na północny-wschód, ruszyłem na wschód. Tym sposobem w Rówienku musiałem nanieść korektę, by w końcu dotrzeć do Skórzyna i wrócić na znakowaną trasę.

Szopa/stodoła? Cokolwiek to jest - jest klimat :) © kubolsky


Polny dukt przede mną © kubolsky


Stąd już poszło gładko - przez Zgierz ;), Izbicę i Gać dotarłem z powrotem do SPN, w okolice jeziora Łebsko. Tu już bezlitośnie grząskimi piaszczystymi duktami prowadzącymi aż do samej Łeby ruszyłem do mojego punktu docelowego.

Symbioza trzech gatunków drzew © kubolsky


Oznaczenie szlaków © kubolsky


Ruchome wydmy nad jez. Łebsko © kubolsky


W końcu udało się chwycić miejski asfalt i lekko klucząc dotarłem na koniec Polski ;).

Na końcu Polski ;) © kubolsky


Łeba - Plaża Marina © kubolsky


Ilość znajdujących się w mieścinie ludzi, oraz wszędobylski ścisk i zgiełk spowodowały, że chęć objechania Łeby pękła niczym bańka mydlana. Zawróciłem, przystanąłem jeszcze w sklepie by uzupełnić zapas wody i strzelić na miejscu izotonika i ruszyłem w drogę powrotną. Do Skórzyna śmigałem dokładnie tymi samymi drogami, by w końcu we wsi wskoczyć na właściwy, znakowany szlak R10. Wcześniej nie widziany odcinek wiódł przez mokradła, rzadkie lasy oraz łąki aż do miejscowości Kluki.

Rzeczka gdzieś na szlaku © kubolsky


Okazało się, że w Klukach (o czym wcześniej nie wiedziałem) znajduje się skansen - Muzeum Wsi Słowiańskiej.

Skansen w Klukach © kubolsky


Przystanąłem na chwilę, popatrzyłem, pooglądałem i ruszyłem dalej asfaltem do Łokciowych. Tu szlak zakręcał w stronę Smołdzina, a wiódł betonowymi "jumami" przy których co jakiś czas napotykałem gipsowe rzeźby.

Znowu łąki i wzgórze w oddali © kubolsky


Rzeźba nr 1 © kubolsky


Rzeźba nr 2 © kubolsky


Ciekawe to to, choć nigdzie nie opisane, więc nie bardzo wiem o co z tymi rzeźbami chodzi. Ze Smłodzina ponownie śmiganą już trasą przez Słowiński Park Narodowy dotarłem do Rowów. Zatrzymałem się jeszcze przy budce na wejściu do parku, zakupiłem zaległy bilet czym wprowadziłem sprzedającą je dziewczynę w zdziwienie i ze spokojnym sumieniem ruszyłem do kwatery pod prysznic. Ty sposobem jedyny właściwie wypad rowerowy po wybrzeżu zakończył się dystansem 110 km w czasie niecałych 6 godzin. Piachy i temperatura ostro dały popalić, a był to dopiero początek męczących upałów...

Mapka:
Wtorek, 23 lipca 2013 Komentarze: 3
Dystans 28.19 km
Czas 01:34
Vśrednia 17.99 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Zacznę prosto z mostu - moje nadzieje związane z wyjazdem z rowerem nad morze nie zostały do końca zaspokojone. Z jednej strony zawiodła pogoda - cały czas człowiek narzeka że zimno, że pada i w ogóle, a gdy przychodzi wymarzone ciepło to już takie naprawdę konkretne. W moim wypadku był to tydzień skwaru, duchoty i praktycznie zerowego wiatru. Powyższa aura w połączeniu z piaszczystymi, nadmorskimi szlakami spowodowały, że mimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie jeździć tyle ile zamierzałem :/. Z drugiej strony - był to jednak wyjazd rodzinny. Żona wraz z Juniorem pojechali samochodem, ja z własnej nieprzymuszonej woli wsparłem finansowo PKP podróżując pociągiem. Oczywiście już na miejscu nie mogło być za różowo - każda chęć wyjazdu rowerem poprzedzana byłą dyskusją, oraz potrzebą znalezienia kompromisu, który o dziwo nigdy nie znajdował się pośrodku...
Mniejsza z tym. Czas na właściwą relację, a tę ograniczę tylko do trzech, rowerowych dni, z czego dwa to dojazd z dworca do Rowów i z Rowów na dworzec :P.

Dzień pierwszy - podróż PR do Poznania i stamtąd TLK do Ustki. Pierwotnie bilet wykupiłem do Słupska, lecz stwierdziłem, że skoro mogę dojechać do stacji końcowej i na spokojnie wygramolić się z tym całym majdanem, zamiast stresować się gwiżdżącym nad uchem kierownikiem pociągu, to czemuż by nie. Bilet udało mi się przedłużyć jeszcze w Poznaniu, za free :). Generalnie podróż aż do samego końca przebiegła nad wyraz komfortowo (w końcu jechałem w tygodniu) - miałem przedział dla rowerzystów cały dla siebie, a rower wisiał sobie obok jako jedyny w wagonie. Na miejscu byłem zgodnie z rozkładem jazdy (o dziwo! ;P ), skąd bez zbędnego kręcenia po kurorcie(?) ruszyłem asfaltami w ciągu szlaku R10 do Rowów. Jazda do punktu docelowego poszła dość sprawie, choć mijające mnie non stop samochody tego nie ułatwiały. Pomimo, że drogi między miejscowościami to drogi mocno podrzędne, to jednak są intensywnie użytkowane przez poruszających się blachosmrodami urlopowiczów. Na miejsce dotarłem po niespełna godzinie, przywitałem się z resztą rodzinki, następnie udałem się pod prysznic i na obowiązkową rybkę, inaugurującą każdy pobyt nad morzem :).

Pierwsza rybka nad morzem :). Pycha! © kubolsky


Mapa:
Poniedziałek, 22 lipca 2013 Komentarze: 1
Dystans 9.05 km
Czas 00:23
Vśrednia 23.61 km/h
Vmax 34.10 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Taki tam szorcik na lepszy sen. Wyskoczyłem totalnie po cywilnemu, a w zamiarze miałem kilka kółek wokół Wenecji. Niestety upierdliwe, latające robactwo pozwoliło mi wykręcić max dwa okrążenia, więcej tego cholerstwa bym nie zniósł. Na do widzenia podjazd z Wenecji do Strumykowej, powrót na około dzielnią i jeszcze na dobitkę do końca mojej ulicy i z powrotem. Cholera, jak ja tam dawno nie byłem. Co to za chałupy się pobudowały? Kto tam w ogóle mieszka?! ;)
Niedziela, 21 lipca 2013 Komentarze: 11
Dystans 7.24 km
Czas 00:19
Vśrednia 22.86 km/h
Vmax 39.10 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Z rana postanowiłem kopsnąć się na dworzec PKP celem zakupu biletów nad morze i z powrotem. Decyzja okazała się być słuszną, gdyż przy okienku kwitłem dobre pół godziny, mimo że przygotowane miałem wydruki tras w obie strony. Tak czy inaczej sukces - mam miejsca siedzące, mam miejsca na rower, a siedzę w przedziale dla rowerzystów (co nie zawsze jest tak oczywiste). We wtorek odjazd. Pomorze - przybywam! :)

Przy okazji udało mi się ustrzelić fotkę Open'er-owego Husarza (Siemens EuroSprinter).

Open'er-owy Husarz © kubolsky


Teraz jeszcze tylko telefon do p. Jurka i ruszamy w konkretniejszą trasę :).
Czwartek, 18 lipca 2013 Komentarze: 0
Dystans 49.58 km
Czas 02:07
Vśrednia 23.42 km/h
Uczestnicy
Tętnośr. 129
Tętnomax 156
Kalorie 1550 kcal
Sprzęt [RIP] Kross
Dziś znowu odwiedziłem Decathlon przy okazji pracy w Poznaniu i znów nie mogłem wyjść z pustymi rękoma. Oprócz kilku drobiazgów ułatwiających, jak i chroniących życie rowerzyście, mym łupem padł pulsometr GEONAUTE Cardio ONrhythm 410 progress. Po powrocie do domu postanowiłem go przetestować, choćby nawet na krótkiej trasie. Padło na wypad do PiP na drobne zakupy. Wiedząc, że nawet w mieście da się ostro pomykać pocisnąłem w pedały ile wlezie.
Niespełna 10-cio kilometrowy wypad nie zaspokoił mojego głodu jazdy. Wysłałem więc eskę do Marcina z propozycją wspólnej, wieczornej jazdy. Niestety echo - najprawdopodobniej już gdzieś śmigał. Z lekką dozą niepewności wysłałem kolejnego esa do p. Jurka i tu miłe zaskoczenie - oddzwonił i umówiliśmy się na start o 20.15. Dziś padło na trasę wzdłuż S5, dalej przez Łubowo do Dziekanowic, stąd aż do drogi na Kiszowo z której po chwili się zawinęliśmy kręcąc przez wioski do Obory. Tu też jeszcze nam było mało, więc wykręciliśmy przez Obórkę do drogi na Zdziechowę i tą drogą, już po zmroku wróciliśmy do Gniezna. Mogę powiedzieć, że po tym wypadzie rowerowy głód został złagodzony :) Zniknie do zera w sobotę - kroi się konkret wypad w konkretnym BS-owym składzie :D. Aha, muszę jeszcze obczaić jak mój nowy zakup wykorzystać, by pomógł mi pozbyć się choć częściowo mięśnia piwnego ;). Częściowo, bo w całości nie ma szans - ja kocham piwo! :D

Jeszcze mapka z wypadu w towarzystwie:
Środa, 17 lipca 2013 Komentarze: 4
Dystans 15.96 km
Czas 00:38
Vśrednia 25.20 km/h
Vmax 45.10 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Ot takie miejskie kręconko na dobranoc. Przy okazji zaliczyłem po dwie pętle wokół Łazienek i Wenecji oraz podjazd do Strumykowej. Jazda wieczorem ma sporo plusów jak i jeden zasadniczy minus - pałętające się w powietrzu robactwo, zwłaszcza nad wodą :/
Poniedziałek, 24 czerwca 2013 Komentarze: 6
Dystans 17.92 km
Czas 01:01
Vśrednia 17.63 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Dziś Franz oficjalnie skończył 2 lata. Z ciekawości zajrzałem do Wikipedii, by sprawdzić kto jeszcze rodził się 24.06. Lionel Messi, Jan Kulczyk...na tym poprzestałem, zrobiło się wystarczająco ciekawie :)
Pod wieczór zabrałem się za czyszczenie napędu, czyli szejkowanie łańcucha, wymycie korby, kasety, przerzutek, zmontowanie wszystkiego do kupy i smarowanko. Wątpię żebym w tygodniu gdzieś dalej wypalił, tym bardziej że nastąpiło załamanie pogody i nie liczę na jazdę po suchych, kurzących się piachach.
Okazja do wykręcenia kolejnych kilometrów nadarzyła się dopiero po 20, gdy Jubilat poszedł spać. Przed wyjazdem zerknąłem jeszcze na stronkę, którą polecił mi Sebek. Na mapie nad Gnieznem nie zaobserwowałem żadnych kolorowych, mniejszych lub większych ciapek, więc spokojny (złudnie niestety) o aurę wypaliłem przez miasto w kierunku Goślinowa. Pierwszy przystanek to PiP i małe zakupy na jutro rano. Dalej pokręciłem przez Budowlanych w stronę dzielnicy Róża, którą chciałem się dostać na ul. Orcholską wiodącą w stronę Goślinowa. Im bliżej Orcholskiej byłem, tym bardziej zacząłem odczuwać spadające z nieba krople. W którymś momencie stwierdziłem, że jazda ma już niewiele wspólnego z przyjemnością i trzeba by się gdzieś na chwilę zatrzymać. Na moje głupie szczęście po drodze miałem wiadukt w ciągu DK15 pod którym mogłem spokojnie przeczekać opad.

Schron przeciwdeszczowy © kubolsky


Wewnątrz, na ścianach obiektu inżynieryjnego dało się zaobserwować próbki sztuki ulicznej, nie takie złe zresztą...

Wymowny mural © kubolsky


...jak również można się było dowiedzieć, że "Roman to GEJ!"
Po pięciu minutach stwierdziłem, że czekanie nie ma sensu bo równie dobrze deszcz może nie ustać przez dłuższy czas. Jako że z cukru stworzony nie jestem, a kwaśne deszcze to nie u nas, ruszyłem dalej. Goślinowo oraz dalszą trasę sobie odpuściłem - żadna to frajda taka jazda w deszczu. Ruszyłem przez Winiary ku domowi. Na dole, na Wiadukcie Solidarności fotka Gnieźnieńskiego Bronxu (tak - mamy Manhattan, mamy również Bronx. Gniezno to prawie NY ;) )...

Gnieźnieński Bronx © kubolsky


...i pokręciłem z zamiarem powrotu Żabią, Powstańców Wlkp. i wzdłuż Poznańskiej. Przy estakadzie coś mnie jednak tchnęło i odbiłem na Żuławy. Z Żuław w św. Jana, dalej św. Wojciecha i jestem pod Katedrą. Tu uświadomiłem sobie że deszcz chyba powoli ustaje, więc wykręciłem jeszcze na Wenecję biorąc pod uwagę ewentualność ponownego wydłużenia trasy. Na Wenecji jak na złość deszcz znowu przybrał na sile, więc zmuszony zostałem do ostatecznego powrotu. Zahaczyłem jeszcze o "wyspę", na której nie byłem od czasów liceum. Focia Katedry i jej otoczenia, oraz kręcącej się gdzieś w kanale między parkiem a wyspą łabędziej rodzinki :)

Katedra Gnieźnieńska z "wyspy" © kubolsky


Łabędzia rodzinka © kubolsky


Z Wenecji standardowo Strumykową do Dalkoskiej, następnie w Orzeszkowej i na około przez mój fyrtel do domu.
Napęd znów pracuje cicho, co niejako jest radosną symfonią dla mych uszu ;) Cieszy po prostu :P. Oby ten stan utrzymał się do niedzieli. Gdyby jednak tak się nie stało, przytomnie zakupiłem dwie flaszki benzyny ekstrakcyjnej zamiast standardowej jednej ;)
Niedziela, 23 czerwca 2013 Komentarze: 5
Dystans 15.71 km
Czas 00:40
Vśrednia 23.57 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Dzisiejszy dzień do godzin popołudniowych spędziłem we Wiekowie, na pikniku rodzinnym z okazji Dnia Ojca organizowanym przez Franusiowy żłobek. Nieskromnie się chwaląc wygarnąłem kilka fantów, czyli innymi słowy wymiotłem parę konkurencji :) W przeciąganiu liny nie miałem sobie równych, przypomniałem sobie jak się gra w nogę (na boisku dla małych szkrabów, gumową piłką :P ), jak również popuściłem wodze fantazji tworząc niedocenione dzieło plastyczne ;). Po powrocie nadarzyła się okazja do jazdy, więc rzuciłem propozycję Marcinowi. Ten jak się okazało na dziś umówił się na wymianę korby, więc był niedostępny. Pan Jurek wstępnie potwierdził swój start na godzinę 18.00, ale jako że również był w trakcie świętowania Dnia Ojca ostatecznie zrezygnował. W takim wypadku wypaliłem na solówkę, tym razem startując w kierunku Kiszkowa z zamiarem zawinięcia gdzieś po drodze w prawo. Wyjazd na ulicę Kiszkowską (czyli jakieś góra 2 km od domu) to zderzenie z klasycznym, solidnym wmordewindem, który skutecznie hamował mnie do jakichś 20 km/h. Dodatkowo oczom mym ukazała się nadchodząca, nie za ciekawa chmura zwiastująca solidny opad. Szybka analiza sytuacji i decyzja - skracam trasę by nie wrócić do domu jak zmoknięta kura. W prawo odbiłem tuż przed Braciszewem, następnie pokręciłem przez Oborę i Obórkę do drogi na Zdziechowę. Z Obórki do owej drogi miałem wiatr w plecy, więc prędkość na tym krótkim odcinku oscylowała w okolicach 40 km/h, co niejako zniwelowało stratę z początkowych minut jazdy. W międzyczasie zauważyłem, że chmura znacznie się powiększyła i niebezpiecznie szybko zbliża się nad miasto, jak na złość od strony mojego fyrtla.

Chmura nadchodzi © kubolsky


Cisnąc ile pary w nogach ruszyłem prostą do Gniezna mijając po drodze snującą się na rowerach rodzinkę. Czy oni nie widzą co się dzieje z pogodą?! Nie zastanawiając się zbytnio nad ich losem wpadłem ul. Powstańców Wlkp. i bez zbędnego kluczenia, najprostszą i najkrótszą drogą - chodnikiem wzdłuż Poznańskiej pokręciłem do domu. Na drugiej stronie ulicy zauważyłem zjeżdżających ze sporą prędkością, bliżej niezidentyfikowanych, lecz jak wywnioskowałem z wyglądu zaprawionych w bojach bajkerów. U progu stanąłem po równo 40 minutach jazdy, zadowolony z powrotu przed deszczem. Jeszcze szczęśliwszy byłem wstawiając schnące na dworze pranie. Kto wie jakie gromy z nieba by na mnie spadły gdyby zmokło...:P.
A teraz najciekawsze - minęła prawie godzina od powrotu, a (jak to mawia Junior) "nie ma padadeściu". Chmurę gdzieś wcięło, a wiatr sądząc po obserwacji liści na drzewach się uspokoił... Ma się to "szczęście". Cóż, przede mną tydzień pracy, a po nim sobota na pakowanie i w niedzielę wyjazd :D. Na kondycję nie narzekam, rower trzeba będzie dokładnie wyczyścić i nasmarować by jadąc nawet pisku nie wydał i można ruszać na podbój pięknej, lecz nadal biednej Polski "B". Ahoj przygodo!

EDIT: 18:52 - równo po godzinie od powrotu coś tam zaczęło z nieba kapać ;)
Sobota, 22 czerwca 2013 Komentarze: 3
Dystans 85.23 km
Czas 03:47
Vśrednia 22.53 km/h
Vmax 41.50 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Dziś przyszedł czas na praktyczny test poczynionej wczoraj reanimacji Fury. Również od wczoraj wiedziałem, że z planowanego porannego wypadu we trójkę w okolice jeziora Powidzkiego niewiele wyjdzie - Marcin dał cynka, że w sobotę dostępny będzie dopiero w godzinach popołudniowych. Pro forma zaproponowałem jeszcze wspólną jazdę p. Jurkowi, lecz ten poinformował mnie, że godziny ranne postanowił wykorzystać na odsypianie tygodnia pracy. W takim wypadku pozostało mi śmiganie solo. Mając świadomość, że z piątku niewiele miałem, a i niedziela zapowiada się "bezrowerowa" zwarłem poślady, spakowałem sakwy, zarzuciłem cały ten rowerowy majdan na siebie i ruszyłem w kierunku Ostrowa na działeczkę. Godziny ranne (jeżeli tak można nazwać 9.30 patrząc na wybryki Bobiko i Uziela ;) ) okazały się wręcz idealne do jazdy. W sumie ciężko by było inaczej, skoro internetowa pogodynka zapowiadała warunki dla rowerzystów na 10 pkt w 10-cio punktowej skali :). Ruszyłem więc przez Osiniec odbijając w prawo jeszcze przed Szczytnikami Duchownymi, niejako skracając sobie drogę do Kędzierzyna. Później postanowiłem, że skoro tuż za Gnieznem drogę sobie skróciłem, to za Nową Wsią Niechanowską ją wydłużę. Saldo musi wyjść na zero ;). Śmignąłem więc fragmentem Szlaku św. Jakuba do Trzuskołonia.

Szlak św. Jakuba między Nową Wsią Niechanowską a Trzuskołoniem © kubolsky


W Trzuskołoniu wróciłem na znaną mi trasę i pokręciłem w stronę Folwarku. Tam odbiłem na Kołaczkowo, a następnie pozostawiając za sobą ów wieś pokręciłem przez Chłądowo i Kamionkę do OW w Skorzęcinie. Jeszcze w Chłądowie zaliczyłem chwilowy stop na fotkę polującego na łące klekota :)...

Klekot na polowaniu :) © kubolsky


...a następnie już jednostajnym tempem śmignąłem do "Skoja". Mimo względnie wczesnej pory po drodze minęło mnie sporo aut z różnych zakątków Polski, kierujących się do lokalnego centrum lansu ;) W końcu pokonując leśne zakręty dotarłem do enklawy przysmażonych na solce karczków i odstrzelonych jak szczur na otwarcie kanału dziuniek ;)

Entering Skorzęcin © kubolsky


Na dzień dobry obrałem kierunek molo, co wiązało się z przejechaniem główną arterią. Nie było tak źle, w końcu to dopiero 10.30 rano.

Główny deptak OW Skorzęcin © kubolsky


Po chwili odbiłem w prawo w kierunku mola. Zdziwiła mnie ilość ludzi wylegujących się na "plaży". Czy oni w ogóle spali?

Plaża w Skorzęcinie w godzinach rannych © kubolsky


Na samym molo było spokojniej.

Molo w Skorzęcinie © kubolsky


Na miejscu chwila odpoczynku, parę fotek, w tym foto na Instagrama którego do teraz nie mogę wgrać :/ i jedziemy dalej. Ciąg dalszy trasy wiódł (a jakże!) w kierunku singielka do Wylatkowa. Mijając hotel nad jez. Białym i tym samym opuszczając Skorzęcin pokręciłem piaszczystym duktem w stronę mojego ukochanego skrótu.

Entering sigletrack © kubolsky


Po drodze obowiązkowe foto mostku...

Tradycyjne foto mostku © kubolsky


...i przecinając łąkę wpadam do Wylatkowa. Stąd już - można powiedzieć - z górki. Porytym asfaltem do Przybrodzina, następnie w lewo i pod górkę by po chwili zjechać w las prowadzący na działeczkę. W ciągu 1.50h dotarłem na miejsce. Chyba nieźle poszło :).

Right on spot! © kubolsky


Chwilę czasu zajęło otwarcie całego tego przybytku, ale w końcu mogłem na spokojnie rozsiąść się na tarasie i napawać błogą ciszą. Aha, trza jeszcze dojrzeć malutkie sierściuchy :).

Mikro Sierściuchy :) © kubolsky


Jak widać mają się nieźle i wierzcie mi - rosną jak na drożdżach. Nie minęło nawet 10 minut gdy pojawiła się ich matka - rodzicielka. Wrzuciłem jej trochę pokarmu, dolałem wody i wróciłem odpoczywać. Po jakiejś pół godzinie raz jeszcze zajrzałem do kocurów. Trafiłem akurat na karmienie :P. Kurcze, mógłbym je tak obserwować bez przerwy :).

Mikro Sierściuchy feat. Mama © kubolsky


W końcu jednak ostatecznie zasiadłem w fotelu i pogrążyłem się w lekturze drugiej części Pieśni Lodu i Ognia - Starcie Królów. Nie wiem kiedy przebrnąłem przez cztery rozdziały gdy pod płot samochodem podjechała kolejna porcja rodzinki - Dżoana z Juniorem, oraz Śwagierka. Od tego momentu czas mijał na pogaduchach, zabawach w basenie z Franzem, grillu, kolejnych pogaduchach... W międzyczasie dojechali jeszcze Staruszkowie i...zegar niespodziewanie pokazał 18.00. Trza się było zawijać. Ogarnąłem się, wsiadłem na rower i ruszyłem do domu.
W Przybrodzinie ewidentnie przybyło chętnych do zażycia kąpieli w jeziorze.

W Przybrodzinie gęsto © kubolsky


Dalsza trasa wiodła dokładnie tym samym śladem, z tym że w odwrotnym kierunku - wiadomix ;). W "Skoju" lanserów również przybyło - parking był w znacznej części wypełniony blachosmrodami.

W Skoju gęsto © kubolsky


Chcąc trochę sobie urozmaicić drogę powrotną postanowiłem, że we wsi Skorzęcin odbiję w prawo i do Gniezna wrócę alternatywną trasą. Ta (również nie raz już śmigana) wiodła początkowo przez Sokołowo, gdzie nie mogłem sobie odmówić fotki bajecznie niebieskiego pola (za cholerę nie wiem co to jest to, co tam rośnie :/)...

Niebiańsko niebieskie pole © kubolsky


...następnie Ćwierdzin, stąd polnym traktem do wsi Piaski i w kierunku Krzyżówki. Z Krzyżówki już tradycyjnie przez las w stronę Lubochni. Tuż przed wylotem z lasu znajduje się parking leśny, gdzie postanowiłem strzelić self-focię (w końcu ileż można fotografować matkę naturę i jej wybryki ;) ).

Self-foto w Lubochni © kubolsky


Z Lubochni pokręciłem oklepanymi asfaltami przez Wierzbiczany, przeciąłem szlak kolejowy do Toronto (udało mi się nawet trafić na przejeżdżający "Kibel")...

Bana do Toronto © kubolsky


...i ulicą Wierzbiczany wpadłem na przedmieścia Gniezna. Udałem się do Piotra i Pawła po zasłużone zimne piwko, a następnie zahaczając o Wenecję pokręciłem do domciu. Tym oto sposobem kolejny (i niestety najprawdopodobniej jedyny w ten weekend) rowerowy dzień dobiegł końca. Co ważne - dystans z tych konkretniejszych to kolejny, solidny trening przed zbliżającą się niedzielą 30.06, czytaj początkiem rowerowej wyprawy Wschód 2013 :).

Aha, test spawu wypadł w 100% pozytywnie. Nie mniej obowiązkowo trza zakupić nową, dłuższą sztycę :P.

TROCHĘ O MNIE

Ten blog rowerowy prowadzi kubolsky z miasta Poznań
  • Mam przejechane 92086.52 kilometrów
  • Jeżdżę ze średnią prędkością 21.90 km/h


92086.52

KILOMETRÓW NA BLOGU

21.90 km/h

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ

175d 04h 43m

CZAS W SIODLE