Po powrocie z roboty, a przed ponownym wyjazdem do pracy na inwentaryzację wypadało skorzystać z pięknej, wiosennej aury i wykręcić kolejne kilometry. Niestety byłem ścigany przez szybko upływający czas, więc nie mogłem pozwolić sobie na zbytnie szaleństwo. Wskoczyłem w obcisłe, na półkrótko (+13 stopni w marcu zobowiązuje :P ) i ruszyłem w kierunku Pyszczyna. Postanowiłem powtórzyć ostatnio objechany z Marcinem podwieczorny wariant Krzyszczewo- Obora-Braciszewo z rozszerzeniem o Mnichowo i Zdziechowę. Jak postanowiłem tak też uczyniłem. Do Obory jechało się znakomicie, czego dowodem była średnia prędkość na poziomie 27.7 km/h. Niestety przemiesczając się z Obory do Braciszewa trafił mnie nieziemski wordewind, chyba najmocniejszy w tym roku. Wiał tak solidnie, że skutecznie obniżył moją średnią. A miało być tak pięknie... Do miasta wskoczyłem przez Skiereszewo, objechałem rodzinny fyrtel i przez Centrum pognałem z powrotem do siebie. Kolejne 26 km w nogach :).
Nie chwaliłem się wcześniej, więc zrobię to teraz :P. Zeszły tydzień zacząłem z naprawde wysokiego C. Śmigając na Dalki gdzie umówiłem się z Marcinem zaliczyłem najbardziej spekakularnego szlifa w swojej rowerowej karierze. Na łuku, na kostce. Pod samą katedrą :P. Nie zagłębiając się za bardzo w szczegóły - tydzień po zawarciu bliskiej znajompści z podłożem łokieć nie wygląda już tak strasznie jak na początku, krwiak na udzie prezentuje się okazale - zajął całą powierzchnię od kolana aż po cztery litery, a ramię mimo że nie nosi znamion defektu napieprza solidnie, tzn. rwie od kciuka aż po sam kark. Ze stratami materialnymi nie było na szczęście tragicznie - ucierpiało siodło i rogi (i to i to musiałem wymienić), a moja ulubionna bluza wylądowała w kontenerze na śmieci. Minął tydzień - czas więc sprawdzić czy w ogólę mogę kręcić korbą. Postanowiłem za bardzo się nie forsować, więc pomknąłem odwiedzić Staruszków i na spokojnie objechać bliższą okolicę. Nie było źle, choć po powrocie ramię dało o sobie znać ze zdwojoną siłą. Nic przyjemnego, tym bardziej że nie dawało mi zasnąć. Aha, przy okazji podwieczornego rozjazdu żywota dokonały klocki w tylnym hamulcu :). Modernizacjom chyba nigdy nie będzie końca... :P
Człowiek jeden weekend, jedną jedyną niedzielę w miesiącu pracuje i jak na złość akurat w tą, w którą wiosna postanowiła dać o sobie znać na całego. Mówi się trudno - trza posmarować i przeboleć ;).
Na szczęście wieczorem temperatura nadal zachęcała do jazdy, więc punkt 22:00 postanowiłem srzelić sobie shorta po mieście, tak na lepszy sen. Zapomniałem już ile to frajdy daje jazda po zmierzchu. No i ten spokój... Wszystkim polecam! Zwłaszcza wtedy, gdy przed 23:00 zegar na rynku wskazuje 9 stopni na plusie :).
Kolejny w połowie pracujący weekend, kolejna korzystna prognoza pogody. Co w związku z tym? Ameryki nie odkryję, jeśli powiem że rower :). W piątek dobijał się do mnie Bobiko. Niestety, w związku z tym, że telefon zostawiłem na kablu w domu nie dane nam było wspólnie pokręcić. Ale nic straconego - na wolną w moim wypadku sobotę zapowiadali całkiem wysoką (jak na luty) temperaturę, bo 8 stopni, zachmurzenie średnie, no i żeby nie było nam za dobrze wiatr (3B/18km/h). Chcąc odpowiednio wykorzystać sprzyjającą aurę postanowiłem, że przetestuję kolejny wariant trasy do Poznania, tym razem w 100% asfaltowy (no w 98%, choć gdybym się uparł, to 100% by było). Zagaiłem więc do Kuby, który postanowił towarzyszyć mi w części mojej trasy. Za miejsce spotkania obraliśmy pizzerię przy Wenecji. Na miejscu znalazłem się troszkę przed czasem i zaliczyłem niemałego gwoździa - przy Wenecji są w sumie dwie pizzernie :D. Próbując skontaktować się z Bobiko krążyłem między jedną, a drugą licząc na to, że w końcu po prostu na Niego wpadnę. Tak też się w sumie stało. Ruszyliśmy koło 10:30 pełni werwy i chęci do jazdy. Początkowy etap prowadził serwisówką wzdłuż S5 aż do Wierzyc. Pilotaż należał do mnie, gdyż Kuba znał tą trasę jedynie zza szyby samochodu. Mimo upierdliwego wmordewidnu, zapodającego solidnie aż do samego wiaduktu jechało się całkiem fajnie. Odniosłem również wrażenie, że Kubie spodobała się gładka jak tafla lodu serwisówka. Czyżby kroił nam się kolejny szosowiec? ;) We Wierzycach przeskoczyliśmy górą na drugą stronę ekspresówki, a następnie lokalną drogą przez Gołuń, Gołunin i Polską Wieś trafiliśmy do Pobiedzisk. Tam na rynku wykręciliśmy w lewo i ruszyliśmy dalej. Z Bobiko rozstałem się tuż za Pobiedziskami - ja pomykałem w stronę Promna, On w stronę Kociałkowej Górki (Dzięki Stary za wspólną jazdę!). Na odcinku między Pobiedziskami a Promnem minąłem się z grupą czterech czy pięciu kolarzy szosowych, z którymi się wzajemnie pozdrowiłem znanym wszystkim gestem (nie, nie tym o którym myślicie ;) ), a następnie odbiłem w prawo w kierunku wsi Góra. Odtąd, aż do samego Antoninka czekało mnie pomykanie z wiatrem na zmianę - raz w lewy bok, raz w ryja, raz w bok, raz w ryja. Po drodze minąłem Jankowo, Sarbinowo (Hehehe :D ) i Łowęcin, aż w końcu wpadłem do Swarzędza. Ten przeciąłem jedną długą prostą, by osatecznie znów przez Zieleniec wyskoczyć w Antoninku przy DK92. Stąd juz mówiąc kolokwialnie "było z górki". Torowiso przekroczyłem dołem, a dalej ulicami Leszka i Ziemowita i kawałek lasem wzdłuż Szklarki dotarłem na Maltę. Dżizas, jak dawno mnie tu nie było! Zapomniałem jak nad Maltą jest fajnie :). A ile wiaruchny!!! Taaaak, taka ilość ludzi mnie przeraża - nie lubię tłumów łazików i jeździków. W związku z powyższym za bardzo się nie rozsiadając ruszyłem ku celowi mojego wypadu. Na koniec zostało mi tylko przemknąć z powrotem do miasta DDRami i wyznaczonymi ulicami (Półwiejska=MASAKRA!!!) by dostać się na Dworzec Główny. Stąd z moim tradycyjym szczęściem po 10 minutach odjechałem Turbokibem do domu :). Podsumowując - wariant asfaltowy naprawdę ok. Jest to opcja znacznie rozsądniejsza od zeszłotygodniowej sryty. Nie mniej jednak, jeśli ta sryta w końcu wyschnie, bankowo będę jeździł PTR-em. Jest po prostu ciekawiej :).
Piątek, piąteczek, piątunio! :) Zgodnie z niepisaną tradycją w piątek nie wypada zameldować się w domu później niż o 4 po południu :P. Tak też było i dzisiaj. Pogoda tak piękna, że aż żal było nie wyskoczyć i wykręcić paru km. Na szczęście o 16 było jeszcze w miarę ciepło, więc kurtkę można było zamienić na bluzę, a buff ściągnąć nieco niżej - na szyję. Nawet wiatr mi tak nie przeszkadzał, mimo że było go czuć dość dosadnie. Na początek wzdłuż S5 do Pierzysk, skąd pognałem do Pawłowa. Plan był mało ambitny - powtórka z trasy S5-Pierzyska-Pawłowo-Gębarzewo. W Gębarzewie stwierdziłem jednak, że za mało mam w nogach, więc wykręciłem na Cielimwo. Z Cielimowa pognałem do Gurówka, a do Miasta wpadłem przez Marcinowy fyrtel. Kawałek DDRem wdłuż Witkowskiej, odbicie w Słoneczną, pod Trzema Mostami i stąd już obrałem kierunek - Winiary. Było akuratnie! Jutro Poznań. Asfaltowo :P.
Chwilę wolnego czasu należało odpowiednio spożytkować. Zerknąłem w internetową pogodynkę (bo do okna było za daleko ;) ) i powiem szczerze - odechciało mi się. W porównaniu z ostatnim wekendem dziś ponownie nadeszła (prawie) epoka lodowcowa - max 5 stopni, odczuwalna bliska zeru i wiatr którego tak bardzo wszyscy nie lubimy (prawda Uziel? :P ). Z drugiej strony coś wewnątrz mnie nadal pchało ku dwóm kółkom. Ciężko było mi z tym walczyć, prawdę mówiąc nawet nie stawiałem oporu. Ubrałem sie stosownie do aury, wrzuciłem w plecak zapasową dentkę (wczoraj zastałem panę w przednim kole) i ruszyłem przed siebie. Dziś postanowiłem zacząć z wiatrem, drogą powrotną martwić się będę później :P. Pokręciłem przed siebie Orcholską w kierunku Strzyżewa Kościelnego. Jechało się przednio - prędkość właściwie nie spadała poniżej 30 km/h. Na Orchole rogal, przecinam Strzyżewo i odbijam w prawo w kierunku Jankowa Dolnego. W tym momencie poczułem dzisiejszy wiatr na mej szpetnej twarzy. Do najprzyjemniejszych nie należał... Dobrze, że porzuciłem koncept ponownej jazdy do Poznania (wyczaiłem wariant w 100% asfaltowy ^^). Górą przeciąłem DK15 i przez Kalinę trafiłem w okolice jez. Wierzbiczańskigo. Te tereny chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać :). Stąd już prostą drogą wzdłuż torów trafiłem z powrotem do Gniezna, wykręcając jescze raz w prawo w ul. Wschodnią, by dalej ul. Rycerską, Zamiejską i Wełnicką z powrotem trafić na Orcholską, tym samym zamykając pętlę. Z Orcholskiej w dwie chwile trafiłem do domu z wynikiem 27 km w nogach. Akurat godzina jazdy. Mam nadzieję, że w sobotę coś konkretniejszego się urodzi :).
Ze mną już tak jest, że jeśli się zaprę to swoje osiągnę :). Chodził mi po głowie ten Poznań od dłuższego czasu, aż w końcu nastała tak piękna niedziela, że żal było jej nie wykorzystać. 6:30 na tarczy, oczy jak pięć złotych, wiem że już nie zasnę. Trudno. Ogarnąłem się, wyszykowałem rower, spakowałem plecak i co... I nic. 8:00, jeszcze ciut za zimno. W końcu jednak po 10:00 zrobiło się na tyle ciepło, że można było ruszać. Plan był prosty - lecę do stolicy Wielkopolski PTR-em. W trasę ruszyłem koło 10:30 i już pierwsze obroty korbą zwiastowały naprawdę przyjemną jazdę - wiatr choć silny, to wiał w kieunku zachodnim, czyli prosto w plecy :). Dzięki sprzyjającym siłom natury do Moraczewa dotarłem osiągając zawrotną srednią rzędu ponad 24 km/h. Do momentu kiedy pod kołami szumiał asfalt było spoko. Problemy zaczęły się po zmianie nawierzchni. Pierwszy terenowy odcinek szlaku do Węglewa przywitał mnie glebą prosto w błoto. Było koszmarnie grząsko, w pewnym momenie kierownica zawinęła się samoistnie na koleinie i po sekundzie przytulałem glebę. Pierwsza myśli - wracam. No ale zaraz zaraz - zgodnie z zasadą "rowerzysta musi się uwalić" wypada jechać dalej. Tak też uczyniłem, choć nie uwalony, a solidnie upierdolony od stóp do głów :). Wyschnie po drodze, strzepie się i będzie ok ;). Z taką myślą ruszyłem dalej. W Węglewie znów chwyciłem czarne, przystałem na chwilę otrzepać rower z błota i po chwili ruszyłem w kierunku Pobiedzisk. Mijając po drodze pobiedziski rynek wykręciłem w stronę Promienka. Tam po raz pierwszy w dniu dzisiejszym musiałem zasięgnąć wiedzy lokalsów - jazda na czuja się zemściła, w tym wypadku ślepą ulicą i torami. Na szczęście miejscowi byli dobrze zorientowali i odpowiednio pokierowali mnie tam dokąd zmierzałem. Znowu chwyciłem teren (PK Promno), choć tu akurat jechało się naprawdę przyzwoicie. W Promienku ponownie asfalt, którym prosto przed siebie pognałem do Biskupic. W Biskupicach mnie pamięć nie zawiodła i bezproblemowo trafiłem na drogę polną do Uzarzewa. Po raz kolejny dane mi było paćkać się w błocie - Aquanet buduje kolektor, więc jest tam mokro, grząsko i nieprzyjemnie. Jakoś jednak udało się dotrzeć do Uzarzewa i chwycić solidne podłoże, choć niestety nie na długo. Szlak odbijał w prawo w kierunku Katarzynek. Żeby nie było za nudno, przede mną raz jeszcze w dniu dzisiejszym rozpościerała się sryta na całą szerokość drogi. Na domiar złego ponownie zgubiłem szlak i zapuściłem się w zagajnik. Kawałek trzeba było wracać, by odbić w kierunku Gruszczyna. Jak się okazało - tam trasa była niewiele lepsza, na dodatek dość stromo pod górę. Jakoś jedak się udało i po chwili sunąłem prostą, solidną polną drogą przed siebie. Gruszczyn minąłem dość szybo (kolejny raz zapędziłem się w niewłaściwym kierunku, choć już nie tak daleko jak w Katarzynkach) i po małej korekcie trasy minąłem tablicę "Poznań". Do miasta wpadłem przez Zieleniec, skąd drogą pieszo-rowerową wzdłuż DK92 śmignąłem w stronę Centrum. Jak się okazało, po raz kolejny i tym razem definitywnie zgubiłem szlak. Sprawa pokomplikowała się na tyle, że na czuja lasem, nadal wzdłuż DK92 trafiłem w okolice cmentarza na Miłostowie. Początkowo myślałem, że uda się przebić na drugą stronę torów i pomykać wzdłuż Warszawskiej, ale się srogo pomyliłem. Trzeba było zawrócić. Po chwili rozkminy postanowiłem przemknąć w stronę ul. Gnieźnieńskiej Bałtycką, w ciągu DK. Ruch na szczęście był znikomy i poszło naprawdę sprawnie. Sunąc w końcu Gnieźnieńską uświadomiłem sobie, że niczym fajnym jest nie znać topografii ścieżek rowerowych w obcym (dla uściślenia - rowerowo obcym) mieście - człowiek czuje się zagubiony, nerwowo rozgląda się na prawo i lewo za znakami. Od tego momentu na szczęście było już łatwiej. W końcu dotarłem tam, gdzie zmierzałem. Ostatecznie DPR-em wzdłuż Hlonda przemknąłem w okolice Śródki. Dzisiejszą trasę oficjalnie zakończyłem nad Maltą. Dla formalnośći tylko dodam, że znad Malty należało przetransportować swoje cztery litery na dworzec (z tym nie było problemu), kupić bilet (z tym również nie było problemu) i wyczaić najbliższą banę (odjeżdżała za 10 minut).
W Gnieźnie zameldowałem się koło 18:00. Z dworca żwawo pokręciłem do PiP po całe jedno, należne mi piwo. Ze sklepu już bezpośrednio do domu. Podsumowując - taki luty to ja lubię. Piękne, wiosenne słońce, aż żyć się chce. Zero zmęczenia no i ten sprzyjający wiatr. Wiem że się powtórzę, ale co z tego: wiosno-napierdalaj!!!