Travel on Gravel!

kubolsky
Piątek, 14 czerwca 2013 Komentarze: 5
Dystans 53.98 km
Czas 02:24
Vśrednia 22.49 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
B-day zawiódł srodze me rozdmuchane oczekiwania. Dla niewtajemniczonych - B-day to urodzinowe piwo, uwarzone w kooperacji browarów Pinta i AleBrowar, z inicjatywy Piwoteki Narodowej. Pinta zajęła się zasypem, AleBrowar oczywiście chmielił Amerykańskimi chmielami. Dokonując wczoraj w Ministerstwie Browaru zakupu cieszyłem się jak małe dziecko z Chupa-Chupsa, a po przyjeździe do domciu wieczorkiem przelałem piwo do szklanki i rozpocząłem degustację. Przyznaję - pierwszy łyk to niebo w gębie. B-day to co prawda nie AIPA, więc i goryczka nie jakaś z kosmosu, ale chmiele i tak robią swoją robotę. Niestety każdy kolejny łyk to coraz większy zawód, coś ewidentnie jest nie tak. Na moje to właśnie podczas chmielenia coś się wysypało (kumacie tą grę słów? :P ), ponieważ wystarczy odczekać minutę po łyku i smak zaczyna nieprzyjemnie ściągać całą jamę ustną. Nie jest to nic fajnego, tym bardziej że skutecznie niweluje chęć sięgnięcia po kolejnego wira. Przykro się przyznać, ale piwa nie dopiłem. Następnym razem po prostu będę trzymał się utartych szlaków i zakupię sprawdzonego Rowing Jacka.
Dzisiejszy dzień wcale nie zaczął się jakoś rewelacyjnie, tzn. niebo spowite było sporą warstwą chmur a o słoneczku można było zapomnieć. Nie powiem żeby rozbudziło to we mnie rowerowy entuzjazm. Z drugiej strony może to i dobrze, bo mnie na dwór nie ciągnęło, a trzeba było ogarnąć chatę przed jutrzejszymi drugimi urodzinami Juniora. Na moje głupie szczęście po południu ciemne chmury zniknęły praktycznie całkowicie, a żarówa ostro dawała z nieba. Ponieważ ja swoje zadania wykonałem, postanowiłem przeznaczyć trochę czasu na rowerowe przyjemności. Aura za oknem była (wydawać by się mogło) idealna, wskoczyłem więc w krótki zestaw ciuchów, spakowałem sakwę (nareszcie nie muszę się bujać z bagażem na plecach) i ruszyłem na szlak. Wyjazd z Topolowej to "kubeł zimnej wody" - zderzyłem się ze ścianą silnego i chłodnego wiatru. Pierwsza myśl - zawracam i coś jeszcze na siebie założę. Przytomnie jednak pomyślałem, że jadąc pod taki wiatr trochę się zasapię, więc pewnie się również solidnie rozgrzeję. Ruszyłem więc dalej serwisówką wzdłuż DK5, w kierunku węzła Gniezno - Południe.

Centrum sterowania wszechświatem ;;) © kubolsky


Aha, tu nadmienię że w końcu stałem się posiadaczem idotoodpornego kieszonkowego pstrykacza fotek :) Nareszcie telefon mogę w spokoju zostawić dla Locusa (który gdzieś po drodze się wysypał i ślad musiałem nanosic ręcznie :/ ), a i samych fotek i filmików będzie więcej, ku Waszej niekrytej uciesze jak mniemam;)
Jak widać dziś znowu postanowiłem objechać śmiganą już kilkukrotnie trasę do Czerniejewa, z tym że wybrałem wariant w 100% asfaltowy, w przeciwieństwie do poprzedniego wyjazdu. Praktycznie przez całą gładką, asfaltową drogę do Wierzyc skutecznie hamował mnie wmordewind. Nawet w momencie kiedy między Promnem a Fałkowem trzeba było chwilowo opuścić czarny dywan, wiatr nie dawał za wygraną.

Między Promnem a Fałkowem © kubolsky


Tak sobie jadąc i myśląc doszedłem do wniosku, że nie raz już się w takich (oraz gorszych) warunkach śmigało, więc trzeba zacisnąć zęby i ostro napierać na korbę. Średnia prędkość na tym odcinku nie była może powalająca, ale z drugiej strony jakiejś wielkiej tragedii też nie było - 23 km/h to nie tak źle :) Dojechałem w końcu do rondka we Wierzycach i wydedukowałem, że kierując się na Czerniejewo powinienem ustawić się korzystniej względem napieprzającego wietrzyska. Ciężko było sprawdzić czy miałem rację, bo początkowe parę kilometrów to jazda przez las. Las się jednak w końcu skończył i ku mej radości do uszu dochodziła tylko cisza i szum opon. No, prawie tylko cisza i szum opon. Bez dymającego wiatru okazało się, że słyszę skrzeczący łańcuch. Najwyraźniej już najwyższy czas na smarowanie bo wysechł na wiór. Ależ to wkurza... Całą drogę do Czerniejewa śmigałem w towarzystwie nie odstawiającego mnie nawet na pół koła kompana. Jechał twardo obok, nawet gdy rozpędzony nie schodziłem poniżej 30 km/h. Najwidoczniej ostro zaprawiony w bojach ;)

Chasing shadow © kubolsky


W końcu trafiłem do Czerniejewa gdzie nie mogłem sobie odpuścić wizyty na pałacowym fyrtlu. Przejeżdżałem tędy nie raz, lecz nigdy nie było okazji by przystanąć i strzelić foto. Dziś się taka okazja nadarzyła i postanowiłem z niej skorzystać. Potwierdziły się również informacje zasłyszane jakiś czas temu - ktoś Czerniejewski pałac kupił i o ile do Wozowni czy parku można wjechać, tak pod sam pałac już nie - drogę blokuje przewieszony łańcuch. Aha, wiem że gdzieś w parku znajduje się keszyk, lecz nie zaciągnąłem do Locusa lokalizacji okolicznych skrzynek, a na ślepo nie było sensu szukać.

Pałac w Czerniejewie © kubolsky


Z Czerniejewa droga wiodła by mnie prosto przez Pawłowo i Mnichowo do Gniezna, ale szybka kontrola czasu wykazała, że dysponuje jeszcze ponad godziną wolnego czasu. Chwila zastanowienia i decyzja - w Pawłowie przy cmentarzu odbiję sobie na Kosmowo, a stamtąd przez Gębarzewo ulicą Pustachowską wrócę do domu. Jak pomyślałem tak uczyniłem i po sprawnym przejeździe w/w drogą wśród pól uprawnych i lasów, zaraz za nekropolią wykręciłem rogala w prawo. Tu po raz kolejny spotkałem się z wiatrem twarzą w twarz, lecz trwało to co najwyżej 5 minut, gdyż droga zakręcała i od tego momentu wiało mi już tylko w bok lub w plecy. W końcu dotarłem do Gębarzewa, a opuszczając wioskę uchwyciłem na fotce budynki Zakładu Karnego widocznego wśród okolicznych pól.

ZK Gębarzewo © kubolsky


Dalej trasa wiodła ul. Pustachowską przez las do samego Gniezna, a konkretniej na dzielnicę Pustachowa.


Postanowiłem uwiecznić tą drogę na zdjęciu, gdyż przypomniał mi się pewien wczesnowiosenny wypad z p. Jurkiem i Mateuszem. Wtedy ten dukt wyglądał znacznie mniej przyjaźnie. Najpierw asfaltem, później leśnym duktem i znowu czarnym szlakiem wyjechałem w Gnieźnie.

Ul. Pustachowska © kubolsky


Jeszcze fotka kościoła w budowie (stan niezmiennie surowy odkąd tylko pamiętam)...

Budowa kościoła na Pustachowie © kubolsky


...i Półwiejską, dalej wzdłuż Kostrzewskiego, przez Dalki i E. Orzeszkowej wracam do domciu.
Mimo iż za solówkami nie przepadam to w fotelu zasiadłem mega usatysfakcjonowany, a pierwsza rzecz o której pomyślałem, to pytanie "gdzie tu jutro przy sobocie się wybrać"? :)
Jakiś czas później otrzymałem od Aśki zadanie - "zajmij się Frankiem, a ja dokończę sprzątanie". Jako że nie jestem z tych pedantycznych osób, które porządkując własne "M" zaglądają we wszystkie najdrobniejsze kąciki, przystałem na propozycję i zgarnąłem Juniora na rower. Wyciągnąłem z garażu Dżoanową Kozę, podniosłem siodło, zainstalowałem Młodego w foteliku, założyłem Mu kask z Puchatkiem :) i wio. Tak w duecie wykręciliśmy sobie rundkę po mieście zahaczając najpierw o Biedrę na dzielni, gdyż mieliśmy nabyć droga kupna truskawy. Niestety Pani Truskawki już nie było, więc udaliśmy się w okolice Netto, gdzie przesiaduje konkurencja Pani Truskawki. Tam również nikogo. Pozostało się zaopatrzyć w jak się okazuje deficytowy towar w Piotrze i Pawle. Przy okazji zgarnąłem dwa Lubuskie Jasne i Kormorana Mocno Chmielonego. Zakupy do koszyczka i jedziemy z powrotem. Aby drogę powrotną sobie trochę urozmaicić, w połowie deptaku odbiliśmy na ul. Słomianka, później kawałek brzegiem Wenecji i z powrotem do domu tradycyjnie równolegle do Poznańskiej. Junior po drodze zdążył wciągnąć obowiązkową bułę, a mi udało się zgubić jedną truskawkę i jedną wciągnąć osobiście. Aśka chyba nie zauważyła braków ;) Tym sposobem osiągnęliśmy godziny wieczorne, ja w końcu znowu sączę pijalne piwo i jak już wcześniej napomknąłem, zastanawiam się nad trasą na jutro, bo pogoda zapowiada się wyśmienicie :)
Środa, 12 czerwca 2013 Komentarze: 5
Sprzęt [RIP] Kross
Zgodnie z przewidywaniami dziś w godzinach popołudniowych u progu stanął kurier DPD z przesyłką - doszły sakwy i bagażnik. Pod wieczór montaż, lecz bez testowego przejazdu z obciążeniem.
Fura w wersji wyprawowej prezentuje się tak:

Szykowanko na wyjechanko :) © kubolsky


Oczywiście okazało się, że zakupom jednak nie ma końca - muszę się jeszcze doposażyć w "strap-ony" do przypięcia reszty bagażu. Poza tym czekam na nową lampkę. Przyda się tym bardziej, że dotychczasową dałem dziś do zabawy Juniorowi (Młody lubi ją sobie włączać i patrzeć jak mryga), straciłem Go dosłownie na sekundę z oka i lampkę wcięło. Szanse na znalezienie jej na podwórku są niższe niż trafienie szóstki w totka...
Wieczorny short Kategoria solo
Poniedziałek, 10 czerwca 2013 Komentarze: 0
Dystans 7.41 km
Czas 00:22
Vśrednia 20.21 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Od poniedziałku zacząłem z grubej rury - dziś odwiedziłem sklepy w Lubinie i Legnicy. Btw jeżeli sądzicie że nas lato nie lubi, to powinniście odwiedzić dolny śląsk - deszcz tam napierdziela non stop, rzeki wychodzą z koryt a kanaliza nie wyrabia. Masakra! Tym bardziej powrót do wielkopolski wywołam na mej twarzy solidnego banana. Wysiadając pod domem z samochodu przywitało mnie wieczorne, piękne słoneczko i przyjemnie rześki wietrzyk. Czasu co prawda było niewiele, bo trza było Juniora do spania powoli ogarniać, ale nie mógłbym sobie wybaczyć gdybym nie zaliczył chociaż kilku kilometrów na rowerze w tych jakże sprzyjających warunkach. Jako że dysponowałem około 30 minutami, postanowiłem spożytkować je na szorta do Piotra i Pawła po jakąś kolacyjkę. Tak też postąpiłem i niecałe 8 km pękło w 20 minut. Nie tak źle (znaczy z czasem, bo przecież nie z dystansem :P ). Aura mnie zdrowo nakręciła i mam nadzieję, że utrzyma się do weekendu, a tym bardziej przez weekend właśnie. Trzymam kciuki aż zsinieją! :)
Sobota, 8 czerwca 2013 Komentarze: 2
Dystans 70.29 km
Czas 03:07
Vśrednia 22.55 km/h
Uczestnicy
Vmax 41.70 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Budzik nastawiłem na 8.00 rano, lecz jeszcze przed dzwonkiem zdążyły mnie obudzić promienie porannego słońca. Pogoda zapowiadała się wyśmienicie, wręcz idealnie na zaplanowany wyjazd. Przed umówioną 9.00 przywdziałem rowerowe ciuchy, zalałem bidon izotonikiem, wrzuciłem łupinę na czerep i ruszyłem w stronę Biedronki. Nie minęło nawet 50 metrów gdy spotkałem się z p. Jurkiem. Zgodnie z wczorajszym założeniem, punkt 9.00 ruszyliśmy na szlak. Jako że czas miałem tylko (i aż) do 14.00, trzeba było wybrać taką trasę, by punktualnie zjawić się z powrotem. Chwila zastanowienia i kręcimy do Kiszkowa. Cały etap do pierwszego punktu pośredniego jechaliśmy z delikatnym wiatrem ze wschodu. W Kiszkowie wylądowaliśmy po 50 minutach kręcenia z całkiem niezłą średnią przejazdu. Najpierw wspólne foto pod tablicą z nazwą miejscowości...

Kiszkowo wita! © kubolsky


...a następnie mapa w dłoń i rozkminiamy co dalej. Wiele czasu nam to nie zajęło i w końcu postanowiliśmy ruszyć w stronę Kłecka. Ten etap to jazda pod wiatr. Można by pomyśleć że wcale nie jechało się przyjemnie, lecz byłby to błąd. Z rana wiatr był bardzo delikatny, a na dodatek ciepły i bardzo rześki. Jechało się wyśmienicie i tak na pogaduchach zleciało nam do DW 190 Gniezno - Wągrowiec. Po drodze pozdrowiliśmy dwóch bajkerów na szosach, a oni na szczęście nie okazali się być burakami i pozdrowili nas z wzajemnością. Pierwotny plan zakładał, że wykręcimy do Kłecka i stamtąd do domów, lecz jechało się na tyle sprawnie że posiadany zapas czasu wręcz należało spożytkować na większą ilość kilometrów. Bez wahania ruszyliśmy w stronę Janowca. Obawiając się jednak, że powrót z Janowca zajmie nam zbyt dużo czasu ustaliliśmy, że wykręcimy do Mieleszyna. Po drodze w Świniarach mijamy pierwsze odbicie, chwilę później drugie a my dalej jedziemy przed siebie. Pan Jurek zaproponował, że wykręcimy dopiero w polną drogę i śmigniemy wzdłuż jeziora Łopienno. Skoro tak to ja się nawet nie stawiam - jeśli jest jazda terenem to ja jestem na tak! :) Śmigając polnym szlakiem zatrzymaliśmy się celem sprawdzenia, czy to jezioro faktycznie tam jest. Było.

Nad jeziorem Łopienno © kubolsky


Dalej jeszcze chwila gruntem i znów wskakujemy na asfalt. Na krzyżówce w Dobiejewie kręcimy w lewo i lekko pod górkę śmigamy do Mieleszyna. Po prawej ręce mamy kolejne jezioro, tym razem Świniarskie. Gdy tak sobie leniwie kręciliśmy (leniwie, bo raptem około 22 km/h :P) p. Jurek wpadł na pomysł by w Mieleszynie wykręcić na kemping Borzątew i wciągnąć tam kiełbaskę z grilla. Przyznam szczerze, że na świecie żyję już jakiś czas ale nigdy wcześniej nie miałem okazji tam być. W końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz. Jedziemy! Dotarlismy w końcu na pole namiotowe, a moim oczom ukazał się mały pseudo-Skorzęcin (lecz bez domków), z zapleczem gastronomicznym w postaci kilku namiotów pamiętających głęboki PRL i bardzo umowna plaża nad jeziorem. Na dobitkę okazało się, że chyba 11.00 to za wcześnie by rozpalać grille i zwyczajnie obeszliśmy się smakiem. Pan Jurek wyglądał na niezadowolonego, ja również czułem się mocno zawiedziony. Ostatecznie pozostało mi strzelić panoramkę tegoż przybytku...

Camping Borzątew © kubolsky


...a p. Jurek przygotował aparat i ustawił samowyzwalacz na kolejne wspólne foto.

Fotosesja na Borzątwi © kubolsky


Odetchnęliśmy chwilkę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zamiast wracac do Mieleszyna i oklepanym asfaltem do domu zdecydowaliśmy znowu terenem (woohoo!) przedostać się do Karniszewa. Po drodze uchwyciłem na fotografii p. Jurka, który najczęściej znajduje się po tej drugiej, mniej widocznej stronie obiektywu.

Gdzieś po drodze © kubolsky


Chwile później, po raz kolejny asfaltem kręciliśmy przez Karniszewo do wsi Sokolniki gdzie znajduje się solidnych rozmiarów głaz narzutowy.

Fotosesja przy głazie © kubolsky


Dzisiejszy duet na tle kamyczka © kubolsky


Korzystając z ciekawych okoliczności lokalnej przyrody strzeliłem kolejną już profilówkę Fury :)

Profilówka nie wiadomo już która ;) © kubolsky


Widać, że samo miejsce było kiedyś zacnie przygotowane dla odwiedzających - ławki i stoły z pni drzew, tablica informacyjna, wygolona trawa i nawet solidny, murowany z kamieni grill. Niestety obecnie jest ono mocno zaniedbane - tablica została częściowo zniszczona, ławy się sypią a trawy daaaawno nikt nie kosił. Poza tym w oczy rzucają się pozostawione tam śmieci. Tu również na chwilę przysiedliśmy, wciągnęliśmy po batoniku, daliśmy się przygrzać słoneczku i po jakichś 10 minutach wróciliśmy na trasę. Opuszczając osadę moją uwagę przykuła pewna tablica umieszczona na "budynku" "zakładu" kowalskiego. Nie omieszkałem jej sfocić :)

Biznes kwitnie ;) © kubolsky


Z Sokolnik dotarliśmy do drogi łączącej Zdziechowę z Mieleszynem i stamtąd przez Zdziechowę właśnie ruszyliśmy do Gniezna. Po drodze zorientowałem się, że mimo kilku krótszych postojów mamy naprawdę niezły czas przejazdu. Gdzieś tam pyknęło nam niecałe 70 km po niecałych trzech godzinach jazdy. A to wszystko naprawdę bez spinki :). Zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie na chłodnego Tigerka i stamtąd już prosto do Gniezna. W odpowiednim momencie udało mi się po raz kolejny uwiecznić mojego dzisiejszego Kompana focącego Gnieźnieński "Manhattan", czyt. zabudowania osiedla Winiary.

W tle Gnieźnieński Manhattan © kubolsky


Po góra 10 minutach wlecieliśmy ul. Powstańców Wielkopolskich do Gniezna, a następnie wzdłuż ul. Poznańskiej pokręciliśmy do domów. Pan Jurka pożegnałem na wysokości Pol-Caru skąd miałem już tylko kilkaset metrów do siebie. Rower w sieni odstawiałem po 3 godzinach z groszem jazdy niesamowicie usatsfakcjonowany. Usatysfakcjonowany byłem tym bardziej, że kilkanaście minut po moim powrocie na niebie pojawiły się chmury zwiastujące opad, a to umocniło mnie w przekonaniu że idealnie wstrzeliliśmy się z wyjazdem.

Wróciliśmy w odpowiednim momencie © kubolsky


Deszcz ostatecznie nie padał, ale frajdy z przejechanej w doskonałym towarzystwie trasy nikt mi nie zbierze. Czas pomyśleć co robimy z dniem jutrzejsym.
Czwartek, 6 czerwca 2013 Komentarze: 2
Dystans 57.98 km
Czas 02:51
Vśrednia 20.34 km/h
Temp. 20.0 °C
Aura pogodowa postanowiła mnie dzisiaj pozytywnie zaskoczyć. Jadąc do Poznania nie zwróciłem nawet uwagi że na zewnątrz jest jakoś jaśniej niż ostatnimi czasy. Dopiero wysiadając z samochodu dopadły mnie promienie słońca, a pierwsze zerknięcie w niebo było chyba najlepszym punktem całego dnia - żarówa dawała ostro :) W pracy swoje odbębniłem i koło 15 zameldowałem się u progu domciu. Okazało się, że szacowna Małżonka musi wybyć na minut kilkadziesiąt, a to oznacza że trza by czymś zająć Juniora (ten ostatnio przechodzi fazę "mamusia, do mamusi, z mamusią, tata odejdź" :) ). Wiedząc, że Franz przepada za jazdą w fotelu na bagażniku (musiałem bagażnik dokupić, bo Młodzian waży już za dużo i montowanie do rury podsiodłowej się już nie sprawdza) zbytnio się nie zastanawiałem - wyciągnąłem nowo zakupioną Dżoanową Kozę i władowałem Młodego w siodło. Tak zleciało nam dobre ponad pół godziny na kręceniu po dzielni w tą i z powrotem. Muszę przyznać, że strasznie fajnie jeździ mi się takim miejskim rowerem. Jakoś tak wygodniej niż na MTB :P. Spokojnie, Fury nie porzucę. Za bardzo ją kocham ;). Zaraz po powrocie Żony wsiadłem na swoje dwa kółka i pokręciłem do sklepu na drobne zakupy, w tym browar na wieczór. Tym sposobem małymi kroczkami zaliczałem kolejne kilometry do BS-owych statystyk. Największe zaskoczenie przyszło wieczorem. Koło 18:30 dostałem SMS-a od Malina z propozycją jazdy po 19:00. Najpierw przetarłem oczy ze zdumienia, później spojrzałem raz jeszcze. SMS tam nadal był i jasno dawał mi do zrozumienia, że Marcin zaprasza mnie na wspólne śmiganie na rowerach. Takiej okazji nie mogłem przepuścić (bo kto wie kiedy raczy się znowu powtórzyć) i tuż przed umówioną godzina ruszyliśmy. Mając na uwadze fakt, że mój dzisiejszy Towarzysz nie jest zbytnio rozjeżdżony zaproponowałem jazdę serwisówką wzdłuż S5 do Wierzyc, a następnie do Czerniejewa i stamtąd do Gniezna. W międzyczasie, gdzieś po drodze sunąc gładkim jak lustro asfaltem przypomniał mi się podobny wyjazd z p. Jurkiem i Marcinem. Wtedy we Wierzycach odbiliśmy do lasu i do domów wracaliśmy bardzo urokliwym szlakiem. Zaproponowałem Malinowi ten wariant nawet nie oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi - tą opcją śmigniemy i już ;) Jechało się bardzo przyjemnie mimo hamujących nas raz po raz kałuż - dukty leśne jeszcze nie do końca wyschły. W końcu wypadliśmy na asfalt w Pawłowie i pokręciliśmy przez Baranowo do Mnichowa. W Mnichowie kapnąłem się, że jest już sporo po 8 i czas najwyższy wracać by się zbytnio kobietom nie narazić ;). Ostatecznie trasę skróciliśmy i przez Mnichowo pocięliśmy w stronę serwisówki, a stamtąd do domów. Jeszcze będzie okazja, by zrobić trasę w całości i wracać przez Pustachowę, Kokoszki i Dalki.
W domciu, w lodówce czekał na mnie chłodny, zakupiony wcześniej w PiP browarek. Co ciekawe - dokładnie ten sam repertuar co ostatnio po praktycznie dokładnie tej samej trasie. Przypadek? :P Mniejsza z tym - najważniejsze by się taka pogoda utrzymała, bo trzeba w końcu kolejne kaemy kręcić.
Aha, urlop już załatwiony i oficjalnie 30.06 wsiadamy w banę i jedziemy na wschód. Start w Białej Podlaskiej/Białej Podlaski (cholera wie jak to odmieniać) :)
Mapki nie będzie, bo telefonu nie wziąłem. Zainteresowanych odsyłam do tego wpisu. Tam macie ślad właściwie tej samej trasy.
Sobota, 1 czerwca 2013 Komentarze: 0
Dystans 29.34 km
Czas 01:15
Vśrednia 23.47 km/h
Uczestnicy
Vmax 39.90 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Kolejny dzień z pogodą w kratkę. W godzinach popołudniowych wyczaiłem okienko pogodowe, więc zbytnio się nie zastanawiając zaproponowałem wspólną jazdę p. Jurkowi i Marcinowi. Obydwoje przystali na rundkę po 18.00, lecz już od 16.00 słoneczko elegancko świeciło, więc zaproponowałem wcześniejszy wypad koło 17.00. Okazało się, że ekipa jest już w trasie a p. Jurek telefonicznie dał znać, że czekają na mnie na wiadukcie w Pierzyskach. Szybka organizacja - woda w bidon, odpowiednie ciuchy na siebie i lecimy. Kilkanaście pierwszych metrów wywołało banana na mej twarzy - wiatr w plecy zapowiadał wysoką prędkość przejazdu. Tak jak przewidywałem, do wiaduktu średnia nie spadała poniżej 36-38 km/h, a nawet odcinkami kształtowała się powyżej 40 km/h. Tym samym w umówionym miejscu stawiłem się w naprawdę krótkim czasie. Szybkie uściski dłoni z resztą grupy i lecimy. Obraliśmy kierunek Dębnica przez Łubowo i Owieczki. Po drodze przecięliśmy DW 197 i dalej kręciliśmy szlakiem śmiganym niedawno z Wiadrem i Krzychem, z tym że w przeciwnym kierunku. Na miejscu początkowo ruszyliśmy dalej prosto w stronę Działynia, ale ponieważ nie znaliśmy dokładnie drogi zaproponowałem, by kontynuować wcześniej objechany ślad przez Zdziechowę i może dalej Modliszewo, Modliszewko i Dębówcem do domu. Niestety mimo naprawdę sporych chęci po drodze naszym oczom ukazała się ciemna deszczowa chmura zbliżająca się do Gniezna. Niechętnie postanowiliśmy mocno skrócić dzisiejszą trasę i po przejeździe nad linią kolejową do Sławy Wlkp. udaliśmy się tempem iście sprinterskim DW 190 do domów. Im bliżej celu byliśmy, tym szybciej owa ciemna chmura zbliżała się do nas. Nie pozostało nic innego niż podkręcić tempo.

Sprint do domu © kubolsky


Przejeżdżając przez Oborę i Piekary na rozdrożu ulic Kłeckowskiej i Żerniki pożegnałem moich kompanów i możliwie najkrótszą drogą udałem się do domu. Po drodze jeszcze foto chmury na ul. Wieśniaczej (właściwie pod samym domem) i jestem na miejscu. Zdążyłem.

Zrobiło się ciemno - będzie lało © kubolsky


Jak się później okazało, z chmury wcale nie srutnęło - trochę popadało i przeszło. A padać zaczęło dobre paręnaście minut po powrocie. Prawdopodobnie dalibyśmy radę śmignąć planowaną trasę z ewentualnym chwilowym przestoję. Cóż, nie teraz to innym razem. Oby w towarzystwie świecącego słoneczka :)

Piątek, 31 maja 2013 Komentarze: 0
Dystans 19.73 km
Czas 00:52
Vśrednia 22.77 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Kilka dni bez jazdy potrafi skutecznie nakręcić głód rowerowy. Ten tydzień przebiegał pod znakiem całodniowej pracy i wybitnie niekorzystnej pogody. Trudno się więc dziwić, że w piątkowe popołudnie gdy tylko wyjrzało słonko postanowiłem wykręcić w końcu kolejne kilometry. Niestety, by nie było zbyt różowo, znów jeździłem ograniczony dostępnym wolnym czasem. Bardzo ograniczony. Na rower udało mi się wyskoczyć dopiero po 17.00, a na 18.00 miałem się stawić z powrotem w domu. Dysponując raptem 45 minutami postanowiłem, że wykorzystam je maksymalnie terenowo. Udałem się więc w kierunku Lasu Miejskiego, celem zaliczenia po drodze znajdującego się tam kesza i zdobycia certyfikatu STF (FTF-a wygarnął Marcin). U progu lasu kapnąłem się, że po reinstalacji Androida na telefonie i ponownej instalacji Locusa nie zaciągnąłem lokalnych skrzynek. W tym włąśnie miejscu postanowił mi wywinąć oscylator i z uporem maniaka odmawiał ściągnięcia bazy w 100%. Ponieważ appkę zdążyłem naprawdę polubić, zwalam winę na T-Mobile. A niech molochowi się oberwie! :P Skoro technologia postanowiła zrobić mnie na szaro postanowiłem, że złość właduję siłą mięśni. Mając przed sobą prostą, terenową drogę przez cały las rozpocząłem ową dziką szarżę z prędkością nie spadającą poniżej 25 km/h. Kręciłem ile sił wijąc się między mniejszymi kałużami i dając Epiconowi ostro w kość. Niestety jak na złość mój zapał studziły (dosłownie i w przenośni) pojawiające się co jakiś czas większe, zajmujące całą szerokość drogi kałuże - trzeba było zwalniać (bo kto wie co czai się pod lustrem wody) by je wyminąć bokiem. Ostatecznie po i tak dość żwawej jeździe wyskoczyłem w Cielimowie i nadal głodny terenu odbiłem w stronę Gębarzewa przecinając DK15. Jechałem z zamiarem zjazdu w leśny dukt w kierunku starej prochowni, lecz po dotarciu do krzyżówki mym oczom ukazało się pobojowisko zamiast szlaku. Droga wyglądała znaaacznie gorzej niż ta objechana ostatnio w Lesie Królewskim. Mocno zawiedźony pokręciłem dalej betonem do ul. Pustachowskiej, lecz nie chcąc ryzykować błota nie skręciłem w stronę Gniezna, lecz okrężną droga wzdłuż ZK w Gębarzewie wyjechałem na Pustachowie. Tutaj dalej terenem, czyli ul. Kokoszki (po ostatnich opadach znacznie przyjaźniejszą i już nie tak pustynną) ruszyłem w kierunku Dalek. Po drodze jeszcze dwie wielkie kałuże. Jedną wziąłem bokiem po trawie, drugiej się nie dało, trzeba było w bród i jestem z powrotem na asfaltach. Dalej już tylko w stroną torów kolejowych i Orzeszkowej do domu. Z powrotem byłem delikatnie po umówionej 18.00, ale nadal łapałem się w kwadransie akademickim ;)

Niedziela, 26 maja 2013 Komentarze: 2
Dystans 36.19 km
Czas 01:48
Vśrednia 20.11 km/h
Vmax 40.70 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Więcej danych
Po wczorajszym deszczowym dniu niedziela znów przywitała mnie opadami. Szczęście w nieszczęściu, że dzisiaj czekał mnie dzień ojca ;), czyli tylko ja i Junior w domu do godzin popołudniowych. Koło 16.00 pogoda diametralnie się odmieniła - po szarym niebie i deszczu nie było śladu. Teraz termometr wskazywał 25 stopni a na niebie świeciło piękne słońce. Tak się złożyło, że po 16.00 do domu powróciła szacowna Małżonka, której oznajmiłem że kończę dyżur i się odmeldowuję celem wykręcenia kaemów na rowerze. Po otrzymaniu oficjalnej przepustki drogą smsową zaproponowałem wspólną jazdę p. Jurkowi i Marcinowi. Jak się po chwili okazało p. Jurek gościł w domu rodzinę, a Marcin zaliczył już jazdę wcześniej i teraz nie był w stanie wygospodarować czasu na kolejny wypad. Usilnie broniąc się przed jazdą solo wystosowałem kolejną eskę, tym razem do pozabeesowego kolegi - Wiadra, lecz ten cierpiał jeszcze po imprezowej nocy i nie był w stanie się ruszyć, nie mówiąc już o jeździe jednośladem :) Tym oto sposobem nie chcąc stracić pięknie zapowiadającego się popołudnia i wieczoru zacząłem szykować się do jazdy w osamotnieniu. W międzyczasie natrafiłem na tradycyjny podczas solowych wypraw problem - gdzie jechać? Przez chwilę intensywnie próbowałem wymyślić jakąś nową trasę, lecz ostatecznie stanęło na śmiganym niegdyś w towarzystwie lokalnej ekipy BS kółeczku Zdziewchowa - Modliszewko - Lasy Królewskie - Dębówiec - Gniezno. Chcąc dzisiaj zaznać asfaltu i liznąć teren była to pierwsza trasa która przyszła mi do głowy. Brałem jeszcze pod uwagę ewentualne rozszerzenie pętli o Strzyżewo Kościelne, kolejne dwa Strzyżewa i powrót do domu przez Jankowo Dolne. Mając już obrany cel ruszyłem w kierunku Zdziechowy. Ulicą Powstańców Wlkp. prowadzącą do w/w wsi jechało się nad wyraz przyjemnie - temperatura na dworze była optymalna do jazdy, słoneczko miło przygrzewało a dzisiejszą jazdę zacząłem z wiatrem w plecy. Całą tą długą prostą pokonałem z prędkością nie spadającą poniżej 30 km/h. Dopiero odbijając na Modliszewo poczułem prognozowane na dzisiaj 4 w skali Beauforta uderzające mnie prostopadle z prawej strony. Nie dając się podmuchom i pełen werwy kręciłem dalej z całkiem przyzwoitą średnią. W Modliszewie kolejny zakręt i znowu wiatr w plery do samego Modliszewka. Tu przecinając krajową piątkę wjechałem do lasu cały podjarany etapem w terenie. Niestety rzeczywistość delikatnie odbiegała od moich oczekiwań - nie wziąłem pod uwagę wczorajszego i dzisiejszego deszczu, który solidnie nasączył podłoże. Dodatkowo, chyba całkiem niedawno przejeżdżał tędy ciągnik z przyczepą skutecznie ryjąc całą drogę. Tym sposobem mój entuzjazm lekko podupadł, ale postanowiłem się nie poddawać i brnąć przez błoto przed siebie.

Leśne dukty po opadach © kubolsky


Wolno bo wolno, rzucany z lewa na prawo i z powrotem na lewo dałem radę przejechać srytowatą połowę trasy przez las. Tu nadmienię, że mimo naprawdę trudnych warunków jazdy ani razu nie spadłem z roweru, jak również nie pchałem go zamiast kręcić korbą jak przystało na bajkera :). Druga połowa leśnego etapu to utwardzone szlaki i znacznie wyższa prędkość przejazdu. Po drodze chwila przerwy na odetchnięcie, gdyż w pośpiechu przed wyjazdem zapomniałem o bidonie z wodą. Korzystając z okazji ustrzeliłem profilówkę Fury, lecz ta pewnie profilówką nie zostanie przez solidnie ubłocony rower na zdjęciu :)

Gdzieś w lesie © kubolsky


Przy okazji odkryłem kolejne, bardzo praktyczne zastosowanie SPD - w trakcie jazdy będąc wpiętym w rower można podskakując bezproblemowo podciągnąć oba koła w powietrze, skutecznie otrzepując je z zebranego po drodze błota. Co za oszczędność czasu :). Dalej już bardziej przyjaznymi rowerzystom duktami poszło lekko i po chwili wyjechałem z lasu znów wpadając na asfalt w Dębówcu. Tu też wpadłem na ścianę wiatru wiejącego z kierunku prostowryjnego. Szybkie zerknięcie na zegarek i niestety musiałem podjąć decyzję o skróceniu planowanej pętli i nie zaliczeniu Strzyżew oraz Jankowa. Powodem tej decyzji była konieczność zaliczenia zamykanego w niedzielę o 19.00 Piotra i Pawła, celem dokonania małych zakupów na dzień jutrzejszy. Stanęło więc na jeździe dokładnym śladem sprzed kilku tygodni. Tak jak ostatnim razem, tak i teraz odbiłem z ul. Orcholskiej w ul. Wełnicką, a następnie Zamiejską chcąc znowu zaliczyć fragment trasy maratonu biegnący wzdłuż jeziora Łazienki. Na szczycie wzgórza w ciągu ul. Zamiejskiej zatrzymałem się i strzeliłem dwie fotki okolicy - Różę z jednej strony...

Widok na dzielnicę Róża © kubolsky


...i Winiary z drugiej.

Widok na Winiary © kubolsky


Parę minut później opuściłem ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu i miejskimi ulicami udałem się do sklepu. Szybkie zakupy i już przez miasto kręcę do domu. Końcowe parę kilometrów delikatnie rozciągnąłem objeżdżając jeszcze częściowo Wenecję, a następnie Dalkoską, Orzeszkowej i przez tereny Dziekanki pokręciłem do domu.
Mam tylko nadzieję, że tym razem weekend po tygodniu pracy przywita mnie bardziej przyjazną pogodą i będę mógł nadrobić zaplanowane, lecz stracone przez deszcz kilometry :).

Piątek, 24 maja 2013 Komentarze: 2
Dystans 25.51 km
Czas 01:28
Vśrednia 17.39 km/h
Sprzęt [RIP] Kross
Pogoda już od godzin rannych nie zachęcała do jakiejkolwiek aktywności na świeżym powietrzu. Mnie także nie zachęciła do wykręcenia kilkunastu/kilkudziesięciu kilometrów na rowerze. Tym sposobem, do późnego popołudnia przesiedziałem w domu chwytając się różnych zajęć (niektórych związanych z rowerem) w wolnych chwilach między pracą a pracą (piątki to mój tzw. dzień biurowy). Koło 14.00 na fejsbuniu pojawiła się propozycja wspólnej, wieczornej jazdy, zamieszczona przez kumpla spoza BS - Krynia. Jako że póki co, mimo ciężkich chmur i temperatury raczej jesiennej żaden opad nie zaistniał pomyślałem, że warto by chociaż ten wieczór poświęcić na godzinę jazdy. Tym sposobem chwilę po wyczajeniu owego posta odpowiedziałem twierdząco i już w lepszym humorze wyczekiwałem ustalonej godziny startu. Ta nadeszła dość szybko i o 18.20 na półkrótko wyruszyłem w umówione miejsce. Pierwsze tego dnia spotkanie ze świeżym powietrzem zaskoczyło mnie kilkoma kroplami które spadły mi na głowę. Trochę niepewny pogody zadzwoniłem z tą informacją do Krzycha, lecz ten mnie uspokoił i zadeklarował, że w miarę ewentualnie zmieniającej się aury będziemy trasę skracali, by szybko dotrzeć z powrotem do domu. Tak oto chwilę po umówionej godzinie wyruszyliśmy we dwójkę ul. Pustachowską do Gębarzewa. Jechało się naprawdę fajnie, choć duża w tym zasługa sporego odcinka lasem który osłaniał nas od słabego, lecz zimnego wiatru. Opuszczając zadrzewiony teren matka natura postanowiła nam dobitnie dać do zrozumienia, że dziś nie zamierza sprzyjać cyklistom. My się jednak nie poddaliśmy zimnym podmuchom i po chwili wykręcaliśmy w prawo do Pawłowa, robiąc pogodę na szaro, ponieważ od tego momentu mieliśmy wiatr w plecy. Korzystając z towarzyszącej nam ciszy po drodze omówiliśmy zaproponowaną przez Krzycha pętlę dookoła Gniezna. Na rozmowach zeszło nam do samego Pawłowa, gdzie Krzychu musiał przystanąć by odebrać telefon, a ja korzystając z okazji pstryknąłem fotkę drewnianego kościoła z XVIII w.

Kościół w Pawłowie © kubolsky


Stąd ruszyliśmy z zamiarem przecięcia wsi Woźniki i dotarcia do Owieczek. Niestety każdy kolejny przejechany metr to coraz gorsza pogoda i coraz cięższe chmury. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Baranowie. Tu cyknąłem foto pustostanu o którym wspominałem w poprzednim wpisie.

Pustostan w Baranowie © kubolsky


Dalej przemknęliśmy do Woźnik polną drogą i tam podjęliśmy decyzję, że śmigamy do Gniezna olewając Owieczki i resztę trasy tak, jak pogoda postanowiła olać nas. Dosłownie. Nie pamiętam takiej końcówki maja - toż to jakaś jesień a nie lato za pasem :/. Na całe szczęście z Woźnik do domu wiedzie serwisówka, więc gładki asfalt sprzyjał większej prędkości powrotnej i po kilku chwilach byłem w domciu. Tu pożegnałem Krzycha i pierwsze co zrobiłem po powrocie, to zaparzyłem sobie gorącego Earl Greya. Na koniec maja takie rzeczy... kto to widział! ;)

Czwartek, 23 maja 2013 Komentarze: 1
Dystans 47.86 km
Czas 02:23
Vśrednia 20.08 km/h
Uczestnicy
Sprzęt [RIP] Kross
Dzień zacząłem od wymiany zerwanego wczoraj łańcucha na nowy. Co prawda stary łańcuch skułem z powrotem, ale obawiałem się, że osłabione ogniwka mogą zawieść mnie gdzieś na dalszym wyjeździe i wolałem dmuchać na zimne. W ten oto sposób, dzięki Sebastianowi w Furze zagościł łańcuch KMC Z-82 oraz nowa kaseta Shimano CS-HG50.
Dzisiejszy wyjazd zainicjował pan Jurek telefonem w okolicach godziny 16.00. Początkowo mój udział stał pod znakiem zapytania, gdyż nie miałem pewności czy uda mi się wyrobić na umówioną godzinę. Ostatecznie jednak potwierdziłem swoją obecność i koło 16.45 zjawiłem się na Wenecji gdzie p. Jurek wraz z Marcinem już kręcili kółeczka dookoła jeziorka. Z domu wyjechałem trochę "na hura" nie zerkając na termometr oraz nie oceniając wiatru. Okazało się, że jazda na krótko to nie był dobry pomysł, gdyż w ruchu naprawdę chłodny i nieprzyjemny wiatr mocno dawał o sobie znać. Na moje szczęście udało mi się zaszczepić w Chłopakach jazdę wzdłuż S5 do Wierzyc, co wiązało się z zahaczeniem o dom i możliwością narzucenia na siebie dodatkowej warstwy odzieży. Tym samym już wszyscy na półkrótko popędziliśmy serwisówką, wykorzystując sprzyjający wiatr i gładką jak lustro nawierzchnię - prędkość nie spadała poniżej 30 km/h. Na rondzie we Wierzycach Marcin zaproponował, abyśmy jeszcze chwilę asfaltem pokręcili w stronę Czerniejewa, a na granicy wsi odbili w teren. Tak tez uczyniliśmy i po chwili śmigaliśmy leśnymi duktami. Wczorajszy opad sprawił, że lekko wilgotny piach praktycznie nie przeszkadzał w jeździe, a drogi które normalnie są dość twardymi leśnymi szlakami, stały się fajnymi, szutrowymi odcinkami. Jechało się naprawdę ekstra co potwierdza średnia prędkość w terenie nie spadająca poniżej 20 km/h. Po drodze przejechaliśmy przez bliżej nie znaną mi osadę (raptem dwa domy) urokliwie ulokowaną w środku lasu, oraz na chwilę zatrzymaliśmy się przy stanicy myśliwskiej. Tu pan Jurek ustrzelił nam grupowe foto.

Grupfoto gdzieś w lesie © kubolsky


Zawinęliśmy się szybko, bo zaczęły nas solidnie ciąć komary. Pokręciliśmy równolegle do drogi wiodącej do Gniezna przez obszar Grądów w Czerniejewie by ostatecznie znów wyjechać z lasu na asfalty w Pawłowie. Po drodze zaliczyliśmy kilka 90-stopniowych zakrętów wśród pól i znaleźliśmy się w Baranowie. Wieś ta przywitała nas stojącym na skraju lasu pustostanem. Wygląda on, jakby ktoś przerwał mocno zaawansowaną budowę i już nigdy do niej nie wrócił. Mówią też, że tam straszy i dlatego nikt tego domu nie chce odkupić... Owa historia zasłyszana u Marcina nie zachęciła mnie do penetracji budynku :) Z powrotem wpadliśmy na piaszczystą drogę gruntową i nią dotarliśmy do Mnichowa. Tu z powrotem chwilę asfaltem, kolejne odbicie w prawo i znowu lecimy terenem w stronę Gnieźnieńskiej dzielnicy Pustachowa. Na dobranoc Marcin przeciągnął nas jeszcze mega piaszczystą ulicą Kokoszki wiodącą na Dalki. Ciężko było - przyznaję, ale dałem radę na niezbyt sprzyjającym przełożeniu:) Rozstaliśmy się na rozjeździe ulicy Gajowej - Marcin pomknął w swoją stronę, a my w swoją. Z panem Jurkiem pożegnałem się jak zwykle praktycznie pod moim domem. W domu zrzuciłem rowerowe ciuchy, ubrałem się po cywilnemu i blachosmrodem śmignąłem do PiP. Dzisiejszy wieczór umilają mi piwa: Raciborskie Jasne, Miłosław Niefiltrowane oraz mój faworyt wśród piw ogólnodostępnych (czytaj - poza sklepami specjalistycznymi) Kormoran Jasny Mocno Chmielony. W przeciwieństwie do Perły Chmielowej to są dobre piwa :)


TROCHĘ O MNIE

Ten blog rowerowy prowadzi kubolsky z miasta Poznań
  • Mam przejechane 91091.06 kilometrów
  • Jeżdżę ze średnią prędkością 21.88 km/h


91091.06

KILOMETRÓW NA BLOGU

21.88 km/h

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ

173d 10h 26m

CZAS W SIODLE