Travel on Gravel!

kubolsky
Wpisy archiwalne w kategorii

solo

Dystans całkowity:46148.12 km (w terenie 1.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:1980:47
Średnia prędkość:23.30 km/h
Maksymalna prędkość:162.97 km/h
Suma podjazdów:130025 m
Maks. tętno maksymalne:224 (122 %)
Maks. tętno średnie:155 (80 %)
Suma kalorii:1556101 kcal
Liczba aktywności:1242
Średnio na aktywność:37.16 km i 1h 35m
Więcej statystyk
Wtorek, 21 kwietnia 2015 Komentarze: 2
Dystans 109.48 km
Czas 05:01
Vśrednia 21.82 km/h
Uczestnicy
Vmax 54.08 km/h
Tętnośr. 137
Tętnomax 158
Kalorie 3782 kcal
Temp. 16.0 °C
Więcej danych
Nadszedł wtorek - dzień zasłużonego odpoczynku po niedzieli w pracy. Od początku tego tygodnia wiedziałem, że wtorek muszę wykorzystać maksymalnie rowerowo, gdyż środęi czwartek spędzę nad morzem (w pracy oczywiście). Rowerowo zapowiadała się również pogoda, choć wiatr nadal nie chciał ustąpić. Budzik nastawiłem na 8:00 rano, lecz obudziłem się zanim w ogóle zdążył zadzwonić. Kontrolnie wyjrzałem przez okno - jest ok. Rzut oka na prognozy - jest ok, choć nadal ten pieprzony wiatr... Trudno się mówi - trzeba będzie się z nim zmierzyc. Postanowiłem ponowie ruszyć do stolicy wielkopolski niegdyś śmiganym wariantem asfaltowym. Ponieważ trasę już wcześniej opisywałem, nie będę zagłębiał się w szczegóły przejazdu, a jedynie krótko opiszę jej przebieg - Serwisówką do Wierzyc, dalej Gołunin, Pobiedziska, Promno, Góra, Sarbinowo, Łowęcin w któym miałem okazję przyuważyć akcję gaszenia płonącej hali, Swarzędz, Antoninek i poznańska Malta. To, co w całej tej trasie najistotniejsze to ów pieroński wiatr - przez dobre 3/4 drogi wiał mi prosto w twarz, czasem z taką siłą że ciężko było opanować rower. Z drugiej strony uparta i narwana ze mnie bestia - jak sobie do czachy wbije że dam mu radę, to dam. No i dałem! :) Wbrew pozorom aż tak tragicznie nie było. Z Malty przejazd przez Stare Miasto i Półwiejską na Dworzec PKP, gdzie jak zawsze szczęście się do mnie uśmiechnęło - pociąg do domu odjeżdżał w ciągu 20 minut.

Stary Browar © kubolsky

W Gnieźnie zameldowałem się przed 15:00. Śmignąłem jeszcze do Galerii dokładając tym samym kolejne kilometry i przed 16:00 wylądowałem z powrotem w domu.
Jeszcze będąc w Poznaniu kapnąłem się, że dobija się do mnie Micor. W końcu podczas naszego niespodziewanego spotkania ustaliliśmy, że z początkiem tego tygodnia wspólnie wykręcimy kilka kaemów. Dałem Mu znać gdzie jestem, po czym telefon zdechł. Po raz kolejny Dawid odezwał się po południu, gdy zabierałem się do odpoczynku po podróży. Poinformował mnie że właśnie wyjeżdża z domu i jedzie do Gniezna. Dosłownie parę sekund później zadzwonił Pan Jurek z zapytaniem, czy pasuje mi start o tej samej godzinie i z tego samego miejsca co wczoraj. Powiązałem szybko fakty, dałem znać Micorowi by kierował się na tory, po czym sam ubrany adekwatnie do panującej temperatury ruszyłem na Dalki. Na miejsce przybyli poza mną Micor, Pan Jurek, oraz Mateusz. Chwilę pogadaliśmy czekając, aż podniosą szlaban, po czym ruszyliśmy w stronę Wierzbiczan. Na miejsce dotarliśy przez Osiniec, Szczytniki Duchowne, Wolę Skorzęcką i Lubochnię, właściwie całą drogę walcząc z porywistym wiatrem. W ogóle odniosłem wrażenie, że wiatr po południu postawił sobie za cel maksymalnie uprzykrzyć nam życie - niezależnie od tego w jakim kierunku jechaliśmy, wiał prosto w ryj. Odpuściliśmy singla i pokręciliśmy dookoła jeziora w kierunku skarpy. Na skarpie urządziliśmy sobie fotostop przy okazji poprawiając sobie humory totalnymi głupotami :).

Jezioro Wierzbiczańskie widziane ze skarpy © kubolsky

Grupfoto na skarpie © kubolsky

Ze skarpy zjechaliśmy z powrotem w dół wzdłuż Rowu Bystrzyckiego by dalej kontynuować objazd jeziora mniej lub bardziej piaszczystymi duktami. W końcu opuściliśmy sprzyjające, leśne tereny wyskakując na asfaltową serpentynę prowadzącą do wsi Wierzbiczany. W Wierzbiczanach odbiliśmy w prawo kręcąc dalej do Jankowa Dolnego.

Z Wierzbiczan do Jankowa © kubolsky

W Jankowie przecięliśmy starą DK15 i dalej terenowym fragentem trasy maratonu, równolegle do "nowej" DK15, mijając po drodze Wełnicę wróciliśmy do Gniezna. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze dwie krótkie pauzy - jedną na banana...

Micor i banan - nierozłączni przyjaciele © kubolsky

...a drugą na Instagrama :P

Panorama Winiar z Wełnicy © kubolsky

Z Panem Jurkiem i Mateuszem pożegnaliśmy się pod Piotrem i Pawłem, skąd razem z Micorem wróciłem na Winiary. Dawid zabrał się ze mną, by dopompować podejrzanie miękki amortyzator, a następnie z wiatrem i z górki wrócił i siebie.
Tym oto sposobem mój plan na dzisiaj został zrealizowany z nawiązką - po ciekawym poniedziałku przyszedł naprawdę godny wtorek z kolejnym wynikiem z kategorii 100+
Siła! :)


Niedziela, 19 kwietnia 2015 Komentarze: 0
Dystans 33.38 km
Czas 01:15
Vśrednia 26.70 km/h
Vmax 42.58 km/h
Tętnośr. 147
Tętnomax 161
Kalorie 1385 kcal
Temp. 8.0 °C
Więcej danych
Od rana do wczesnego popołudnia praca, po południu jakoś brak chęci do jazdy. To pewnie przez ten wiatr - wyginające się za oknem krzaki skutecznie mnie zniechęcały do jazdy. Pod wieczór wiatr się jednak uspokoił i coś mnie tchnęło by ruszyć i wykręcić te parę kolejnych kilometrów. Na moją tl(r)eningową pętlę biegnącą przez Krzyszczewo, Modliszewko, Zdziechowę, Oborę i Braciszewo wystartowałem po 19:00 i od razu nadałem sobie żywe tempo. Postanowienie na dziś - przepalenie łydy i jazda tylko i wyłącznie na blacie. Przy okazji pokusiłem się o poprawę czasu na segmencie (moim zresztą :) ) Obora-Braciszewo. Czas poprawiony - KOM utrzymany ;). Wjeżdżając do miasta celowo sprawdziłem wykręconą średnią - wyszło 27,94 km/h. Naaaaaajs :) Przez miasto już wolniej, co nie znaczy że w ślimaczym tempie. Przy okazji totalnie przypadkowo wpadłem na pracującego jeszcze Micora. Chwilę pogadaliśmy, a następnie każdy ruszył w swoim kierunku. W tym samym konkretnie.

Jeszcze pointa dzisiejszego wyjazdu - jazda solo ma to do siebie, że człowiek albo nie myśli o niczym (wbrew pozorom da się i jest to bardzo przydatna umiejętność), albo rozkminia o totanych głupotach. Dziś przerabiałem opcję nr 2 i wpadłem na dość niecenzuralne określenie tego typu treningów. Uwaga (dzieci zasłaniają oczy i uszy) - samogwałt ^^. Tak, wiem - suchar. Nie zdziwcie się jednak, jeśli ów suchar będzie się powtarzał w kolejnych wpisach, a w przyszłości na stałę wejdzie do kolarskiej nomenklatury... ;)


Sobota, 18 kwietnia 2015 Komentarze: 3
Dystans 108.18 km
Czas 04:12
Vśrednia 25.76 km/h
Vmax 46.38 km/h
Tętnośr. 142
Tętnomax 161
Kalorie 4454 kcal
Więcej danych
Całkiem niedawno w oko wpadła mi trasa do Bydgoszczy, którą zaliczyła Anetka wraz ze Sebkiem. Ślad okazał się na tyle ciekawy, że postanowiłem zproponować jego objazd Marcinowi. W piątek otrzymałem od Niego info, że na ten weekend odpada z rowerowania. Pozostała mi w takim wypadku jazda solo. Zerknąłem na prognozy dla Gniezna i okazało się, że nie ma być tak tragicznie - co prawda pochmurno, ale z przebłyskami słońca, niewielkie szanse na opady, no i wiatr. Właśnie - wiatr... Miało wiać dość solidnie z północy. Połączenie wątków zajęło mi dosłownie moment. Po chwili obczajałem pogodę dla Bydgoszczy i godziny odjazdu pociągów. Prognoza dla stolicy woj. Kujawsko-Pomorskiego nie była już tak litościwa, no ale z drugiej strony od deszczu jeszcze nikt nie umarł. Nie miało lać, ale nie miało także świecić. Za trasę obrałem objechany niegdyś z Marcinem i Panem Jurkiem ślad, zmodyfikowany o pominięcie Jabłowskiej Góry. Ślad Anety i Sebka zostawiłem na inną okazję. Wgrałem trasę do GPS i poszedłem spać.
Następnego dnia zamedowałem się o 8:20 na dworcu w Gnieźnie.

W oczekiwaniu na pociąg © kubolsky

Uwagę moją przykuły dwie rzeczy - spora grupa harcerzy, a właściwie zuchów, oraz spora ilość spotterów na peronie. Od razu wyczułem że coś się święci. Rozwiązanie nadjechało niebawem, niestety w momencie kiedy ja praktycznie już odjeżdżałem.

Parowóz Ol49 na stacji Gniezno © kubolsky

Jak się po krótkim dochodzeniu okazało, był to parowóz Ol49 prowadzący pociąg specjalny "Ko-Piernik". Do Bydgoszczy ruszyłem zgodnie z rozkadem o 8:38. Na dzień dobry w przedziale dla podróżnych z większym bagażem mocno podchmielony jegomość przywitał mnie pytaniem "Młody, będzie przeszkadzało jak sobie zajaram?" Odpowiedziałem że oczywiście. Strzelił focha i wyszedł. Więcej typa nie widziałem. Zuchy wysypały się w Jankowie Dolnym. Do Janikowa jechało się bardzo przyjemnie. Niestety od Janikowa do Brzozy Bydgoskiej miałem niewątpliwą okazję zapoznać się z poziomem wychowania gimbazy. Do przedziału wpakowało i się tak na oko trzydziestu szczunów zmierzających na mecz (wnioskowałem po szalikach i dresowym odzieniu wierzchnim). Najpierw zrobili wielką aferę, bo obsługa pociągu "kazała im kupić bilety", później na szczęście rozpierzchli się po składzie. Niestety część z nich została rechocząc ze swoich tekstów na poziomie gruntu, chlejąc tanie piwo (oczywiście wyrzucając butelki za okno), oraz jarając nie przejmując się towarzystwem. Dałem sobie spokój z uwagami - nie miałem ochoty się z nimi przepychać. Szczerze martwię się poziomem dzisiejszej młodzieży...
Na miejscu byłem o czasie. Pozostało jedynie wydostać się z peronu przed dworzec, co w związku z budową/przebudową nie jest łatwym zadaniem. Jakoś się jednak udało. Uruchomiłem GPS i ruszyłem ku Wyspie Młyńskiej.

Most Miłości nad Brdą © kubolsky

Brda przepływająca przez Wyspę Młyńską © kubolsky

Spichlerze na Wyspie Młyńskiej © kubolsky

Panorama z Wyspy Młyńskiej © kubolsky

Po wyspie pokręciłem się krótką chwilę, a następnie przez Stary Rynek i dalej DDR-em wzdłuż ul Szubińskiej ruszyłem ku granicom miasta. W okolicach WZL nr 2 miałem już solidnie mokre dupsko, a softshell i spodnie upstrzone błotnistymi kropkami. Błotniki powiecie? Nie, dzięki! Rowerzysta musi się upieprzyć :P. Po paruset metrach odbiłem w lewo i nadal DDR-em przez Trzciniec dotarłem w okolice S10 do osady Ciele. Ekspresówkę pokonałem dołem zostawiając ją za sobą. Do wsi Prądki dotarłem asfaltem, któy się w końcu skończył i trzeba było zasuwać drogami gruntowymi. Póki były one ubite jechało się całkiem ok, natomiast tam gdzie było grząsko, piaszczyście i wilgotno zrobiło się grząsko, błotniście i mokro. Na domiar złego dopadła mnie deszczowa chmura i zaczęło padać. Stwierdziłem, że póki się solidnie nie rozpada nie będę szukał schronienia. W końcu nie jestem z cukru. Rozpadało się na dobre - dopadł mnie grad przed którym co prawda udało mi się uciec, aczkolwiek ten w międzyczasie zdążył mnie konkretnie zmoczyć. Po drodze minąłem śluzy na Górnym Kanale Noteci. Drewniany, rozpadający się most, którym dwa lata temu przekraczaliśmy rzekę został zastąpiony nowym, również drewnianym. Ciekawe tylko czy stary się załamał pod ciężarem przejeżdżającego pojazdu, czy ktoś przytomnie postawił nowy zanim doszło do katastrofy budowlanej... Mknąc nadal piachami dotarłem do Władysławowoa, gdzie w końcu ponownie chwyciłem asfalt. Musiałem na chwilę się zatrzymać i opłukać napęd gdyż czego jak czego, ale chrzęszczenia piachu na łańcuchu nie znoszę. Z Władysławowa, praktycznie cały czas pod osłoną drzew dotarłem do Łabiszyna, z którego pokręciłem w stronę Lubostronia. Przejeżdżając przez Zdziersk moją uwagę przykuły mrugające w oddali niebieskie światła. Ciekawy tego co tam się dzieje, a pomykając z wiatrem w plecy przepaliłem łydę momentalnie zjawiając się w miejscu zdarzenia. Okazało się, że baba w jakiś niewytłumaczalny sposób na prostej drodze wypadła z trasy i wylądowała na dachu w rowie. Nikomu na szczęście nic się nie stało, za to panowie z radiowozu i załoga wozu OSP mieli pewnie nie lada zagwozdkę. Tablicę "Lubostroń" minąłem nadwyraz szybko kierując się bezpośrednio w okolice pałacu należącego niegdyś do Fryderyka Skórzewskiego. Tu zaliczyłem pierwszą krótką pauzę.

Pałac w Lubostroniu © kubolsky

Pałac w Lubostroniu - panorama © kubolsky

Z Lubostronia udałem się dalej ku DW253, po raz kolejny tego dnia przekraczając Noteć. Te półtorej kilometra miałem okazję drałować w towarzystwie wiatru wiejącego z boku. Był zimny, silny i nieprzyjemny. Tym samym przekonałem się co do słuszności wyboru mojej dzisiejszej trasy. DW253 znam bardzo dobrze, gdyż nie raz jeżdże tędy do / wracam z Bydgoszczy autem. Droga ta to nowy, równy asfaltowy dywan i tymże dywanem pokręciłem do Żnina. Po drodze pokonałem krótki podjazd, od któego szosa prowadziła właściwie cały czas delikatnie w dół, co wraz ze sprzyjąjącym wiatrem pozwoliło osiągnąć średnią odcinka powyżej 30 km/h. W Żninie darowałem sobie objazd miasta od razu wykrecając w lewo na rondzie i udając się w kierunku Gąsawy. Po drodze, jeszcze w granicach Żnina przemiła policjantka postanowiła zmierzyć moją prędkość, ale niestety się Jej nie udało :). Uśmiechnęła się tylko serdecznie, ja uśmiech odwazajemniem i pomknąłem dalej. Pozostawiając zabudowania za sobą odbiłem w prawo w kierunku Muzeum Kolejki Wąskotorowej w Wenecji, gdzie zaliczyłem drugą i właściwie ostatnią tego dnia krótką pauzę.

Wenecja © kubolsky

Wąskotorowy parowóz Tx26 w muzeum w Wenecji © kubolsky

Ruiny zamku w Wenecji © kubolsky

Widząc zblizające się ciężkie czarne chmury wsiadłem ponownie na rower i ruszyłem do Biskupina. Objazd jeziora Biskupińskiego wiązał się z ponowną jazdą z wiatrem w ryja, na domiar złego znowu zaczęło padać. Na szczęście tak szybko jak zaczęło, tak szybko skończyło, a ja docierając do Gąsawy ponownie zyskałem sprzymierzeńca w postaci wiatru. Z Gąsawy pognałem w stronę Szelejewa, a stamtąd objechanym ostatnio wraz z Marcinem odcinkiem przez Ryszewko, Ryszewo, Gościeszyn wróciłem do jedynego słusznego województwa ;). W okolicach skrzyżowania prowadzącego na Gołąbki przeprowadziłem kontrolę przebytego dystansu. Miałem za sobą 80 km, co oznaczało, że wracając przez Dębówiec i Orcholską do domu raczej nie przekroczę stówy. Cóż - trzeba było drogę wydłużyć. Ruszyłem dalej do Jastrzębowa, gdzie należało "wykręcić rogala". Nawrotka ta wiązała się z ponowną jazdą pod wiatr. Przekonałem się tym samym dlaczego do tego momentu szło mi tak dobrze - wiał naprawdę solidnie. Nie był co prawda już taki zimny, ale nadal na tyle silny by zniechęcać do jazdy. Nie wypadało jednak rzucić roweru na pobocze i powiedzieć "pie*dole - nie jadę!" W końcu jak mawiają wielcy tego świata - wiatr to nie przeszkoda, a sparing partner :P. Do Gniezna dotarłem przez Strzyżewo Paczkowe, Lulkowo i Jankowo Dolne pokonując pod ten pierdzielony wiatr jankowski podjazd. Dosłownie mijając tablicę "Gniezno" po raz kolejny dopadły mnie czarne chmury i zaczęło kropić. Na szczęście nic solidnego na gowę nie spadło, a po chwili w ogóle przestało. Postanowiłem zaliczyć jeszcze rundkę przez miasto i obczaić jak się ma sytuacja po XIII Biegu Europejskim (który jak się później okazało miał się odbyć za dwie godziny). Z Rynku udałem się bezośrednio do domu w pełni zadowolony z pokonanego dystansu i wypracowanej średniej przejazdu. Nigdy nie sądziłem że to powiem, ale tym razem wiatr mi nie przeszkadział ;).
Dosłownie godzinę po powrocie odezwał się Kumpel i zaproponował wspólne kibicowanie biegaczom. Ogarnąłem się, przebrałem i tym razem już z buta udałem się na Rynek kibicować bratu i paru innym znajomym.

Środa, 15 kwietnia 2015 Komentarze: 4
Dystans 78.25 km
Czas 03:45
Vśrednia 20.87 km/h
Uczestnicy
Vmax 53.14 km/h
Tętnośr. 136
Tętnomax 158
Kalorie 3085 kcal
Temp. 18.0 °C
Więcej danych
Dziś odbierałem dzień wolny za przepracowaną niedzielę - ot taki przywilej :). Już od początku tygodnia wiedziałem, że środa ma być ponownie ciepła. Nieziemsko się uradowałem, gdyż zwiastowało to dzień w siodle, and that's the way I like it! :). We wtorek wieczorem raz jeszcze kontrolnie sprawdziłem prognozę pogody i popadłem w niemałą konsternację - okazało się, że faktycznie ma być ciepło, ale dopiero po południu. Od rana do południa temperatura nie miała przekroczyć 12 stopni, a niebo miało być zasnute chmurami. Cóż - odpowiednio się ubiorę i ruszam po raz kolejny do Poznania :). Z domu wyskoczyłem na długo, w kurtce softshellowej, gdyż miało dodatkowo wiać i to prosto w ryja niestety. Obrałem wariant trasy w 100% asfaltowy, objechany bodajże w lutym. Ruszyłem przed siebie ku serwisówce wzdłuż DK5/S5 rozpoczynając swój nierówny bój z wmordewindem. Ledwo opuściłem granice miasta, gdy dopadł mnie pierwszy (zaznaczam - pierwszy) tego dnia opad deszczu. Przeczekałem go pod wiaduktem i po 10 minutach ruszyłem dalej. Sielanka, o ile o takowej można mówić nie trwała za długo - kolejna pauza czekała mnie w Pierzyskach. Ponieważ byłem dość mocno zdeterminowany by wykorzystać maksymalnie rowerowo ten dzień postanowiłem po raz kolejny przeczekać opad i po kolejnych 10 minutach ruszyłem dalej. Deszcz po raz trzeci tego dnia dopadł mnie w okolicach węzłą Łubowo. Tu czekałem 15 minut i stwierdziłem że pierdziele - dalej nie jadę. Żadna to frajda jechać na siłę w niewiele ponad 10 stopniach, z wiatrem w ryj i w deszczu. Zawróciłem i ruszyłem w stronę Pierzysk. Aby wydłużyć sobie choć trochę poranny dystans, w Pierzyskach wykręciłem w stronę Pawłowa, przy okazji zalicając czwartą pauzę i chroniąc się po raz kolejny przed deszczem na przystanku w Baranowie. Z Pawłowa pokręciłem w stronę Mnichowa, skąd do Gniezna prowadzi założony przez Marcina segment. Wybrałem możliwie najtwardsze przełożenie, depnąłem ostro i ruszyłem przed siebie. Skończyłem z trzecim czasem, co moim zdaniem, biorąc pod uwagę przejazd na rowerze MTB jest zacnym wynikiem. KOM oczywiście nieosiągalny ;). Coś co mnie po części zirytowało, a po części uradowało to drastyczna zmiana pogody po powrocie do Gniezna - zrobiło się ciepło, chmury się rozstąpiły i wyszło słońce. Wiedziałem, że tego dnia jeszcze raz ruszę przed siebie :)
Po południu tradycyjnie już zaproponowałem Marcinowi wspólne śmiganie po okolicznych fyrtlach. Również tradycyjnie już umówiliśmy się na 17:00 przy torach na Dalkach. Na miejscu byłem praktycznie o czasie (no 5 minut po czasie), chwilę czekając za moim kompanem. W końcu gdy dobił do mnie Marcin, stanęliśmy przed standardowym dylematem - gdzie jedziemy? Marcin wyskoczył z Dębówcem, ale wiązało się to z przejazdem Orcholską, więc szybko koncept zarzuciliśmy. Zaproponowałem Wierzbiczany z pierwszym w tym roku przejazdem singlem z plaży w Lubochni do plaży na Kujawkach. Pomysł spotkał się z aprobatą, więc ruszyliśmy przed siebie. Jechało się galancie (pzdr Marcin :P ), bo z wiatrem. Poza tym słoneczko pięknie grzało, więc można było czerpać maksymalną przyjemność ze śmigania na półkrótko. Na plaży w Luboochni pierwsze tego dnia foto jeziora.

Wierzbiczany z plaży w Lubochni © kubolsky

Po chwili wbiliśmy się w wąską ścieżkę między drzewami, biegnącą skrajem jeziora. Singiel ten znam dobrze, objechaem go nie raz, ale nigdy o tej porze roku. To, co ukazało się naszym oczom ciężko z czymkolwiek porównać - jazda wąską ścieżką, widoki których nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy przez brak liści na drzewach i krzewach, oraz wszechobecne, kwitnące zawilce (chyba). Magia!

Marcin pomyka singielkiem © kubolsky

Jezioro Wierzbiczańskie widziane z singletracka © kubolsky

Przerwa na singlu wzdłuż brzegu jeziora © kubolsky

Pauzy na fotografowanie widoków cieżko by zliczyć na palcach obu rąk, ale nie ma się czemu dziwić - wystarczy dodać do siebie jez. Wierzbiczańskie i towarzysząe mu okoliczne tereny, oraz budzącą się do życia wiosnę. Miód na moje oczy! Singla opuściliśmy oczywiście na plaży na Kujawkach, cofając się do asfaltowej szosy biegnącej wzdłuż lasu. Wpadajać na czarny dywan pomknęliśmy dalej w kierunku skarpy po drugiej stronie jeziora, zaliczając przy okazji brawurową ucieczkę przed rozpędzoną kupą mięśni w postaci rotteweilera. Nie dał nam rady, choć muszę przyznać że wywołał solidny zastrzyk adrenaliny :). Na skarpę dotarliśmy przez Rów Bystrzycki, niestety w tym roku bez przepływającego tędy strumienia.

Rów Bystrzycki © kubolsky

Z góry jezioro prezentowało się jeszcze lepiej niż dotychczas - to również zasługa braku liści na okalających skarpę krzewach.

Widok na jez. WIerzbiczańskie ze skarpy © kubolsky

Wróciliśmy z powrotem do drogi leśnej kontyuując objazd jez. Wierzbiczańskiego, przy okazji rozpływając się nad pięknem tej okolicy. Ponieważ mało nam było terenu, ruszyliśmy do OW w Jankowie Dolnym. Marcin postanowił pokazać mi pewien ciekawy zjazd, element trasy gnieźnieńskiego maratonu MTB. On zjechał, ja zostałem - poczułem się niepewnie i wolałem nie ryzykować. Tym samym nasze drogi chwilowo się rozeszły/rozjechały. Jakoś udało nam się jednak odnaleźć i ruszyć dalej pozaasfaltowymi ścieżkami. Nasz popołudniowy wypad kontynuowaliśmy śladem wspomnianego przed chwilą maratonu, tym samym mając okazję jeszcze bardziej napawać się pięknem i dzikością okolicy - w końcu nie wszędzie przejeżdża się kilka metrów od pasącego się stada saren. Leśne i polne dukty opuściliśmy w Jankowie Dolnym, by dosłownie po chwili wrócić na bezdroża. DK15 przecięliśmy dołem, docierając tym samym na Wełnicę. Tu raz jeszcze wskoczyliśmy na trasę wyścigu, polną drogą docierając ponownie do DK15. Jeszcze tylko objazd Łazienek (tym razem mały fragment) i jesteśmy, a właściwie ja jestem w domu. Muszę przyznać, że ten popołudniowy terenowy wypad sprawił mi tyle radości, ile dawno już nie czerpałem z jazdy rowerem. Wierzbiczany, widoki, pogoda, towarzystwo - to wszystko złożyło się na mega dobre półtorej godziny na rowerze. A trasę pewnie nie raz jeszcze powtórzę. W końcu Wierzbiczany mają w sobie to coś, co każe mi tam regularnie wracać. A ja nigdy nie stawiam oporu...



Sobota, 11 kwietnia 2015 Komentarze: 0
Dystans 85.27 km
Czas 04:04
Vśrednia 20.97 km/h
Vmax 46.10 km/h
Tętnośr. 131
Tętnomax 158
Kalorie 3128 kcal
Temp. 20.0 °C
Więcej danych
Pierwotny plan zakładał zgarnięcie solidnej ekipy i zaliczenie konkretnego tripa w sobotę. Jako że plan urodził się w mojej głowie, ja zarzuciłem w stosownym miejscu propozycję i oczekiwałem na odzew. Odzew był, choć niestety dość niemrawy - Bobiko coś przebąkiwał o chęci wyjazdu do Poznania, Grigor wydawał się być chętny na objazd WPN, ale ostatecznie temat umarł. Pogoda na weekend zapowiadała się wręcz dealna, więc chcąc nie chcąc trzeba było coś rozkminić. Pomysł na wyjazd do Poznania wcześniej niż zakładałem, bo w piątek przyszedł do głowy nagle, w sumie w osatniej chwili, gdyż ledwie zdążyłem wrócić z pracy, przebrałem się, spakowałem i ruszyłem rowerem na dworzec. Zaryzykowałęm jazdę na półkrótko, mimo że pociąg odjeżdżał koło 20:30. Nie był to zły pomysł - było naprawdę bardzo ciepło. Podróż pociągiem to osobna przygoda, ponieważ moje odbudowane zaufanie do PKP w ciągu 5 minut zrujnowała załoga składu PR z Toronto z do Pzn. Wpakowałem się do pierwszego wagonu "kibla", chcąc zainstalować się w przedziale do przewozu większego bagażu. Już jestem w środku, a konduktor do mnie że to przedział służbiowy. Zapytałem gdzie jest to napisane, bo na drzwiach tego nie widzę, a gość do mnie że w regulaminie przewozów. No to mu kazałem szukać, bo nie będę drałował z rowerem przez cały pociąg na koniec składu. Szukał do Pobiedzisk, później wymiękł... Do samego Poznania się już na mnie nie spojrzał. Bilet oczywiście dokładnie sprawdził. Wysypałem się na Garbarach i pomknąłem do Agi.
Następnego dnia obudziło nas piękne, wiosenne słońce, ćwierkające za oknem ptaki i delikatny szum wiatru. Zapowiadała się przepiękna sobota. Chciałem ruszyć o 9:00, ale wiadomo jak to jest z kobietami... W sumie cieszę się, że ostatecznie udało się ruszyć o 12:00. Za pierwszy cel obraliśmy sobie Rusałkę, nad którą nie byłem już łohoho albo i dłużej ;). Ruszyliśmy na spokojnie przez Cytadelę, Park Sołacki i Golęcin. W Parku przyuwarzyłem taki oto piękny, zabytkowy wóz strażacki.

Niemiecki sikowóz marki Opel w Parku Sołackim © kubolsky

Generalnie pogoda skusiła nie tylko nas - na Cytadeli komplet, na Sołaczu komplet, a rowerzystów w ogóle jak na pęczki. Szok jednak miał dopiero nadejść. Gdy w końcu trafiliśmy nad Rusałkę uwagę moją przykuła ilość zaparkowanych rowerów - dawno tylu ich na raz nie widziałem. Wiązało się to poniekąd z czynną budką z piwem (Fortuna :) ), oraz drugą w której serwowali lody z automatu. Chciałem piwo, a skończyłem z dużym śmietankowym w łapie... Na szczęście nie tylko ja :P.

Przerwa na lody nad Rusałką © kubolsky

Znad Rusałki brzegiem jeziora pokręciliśmy leniwie spowrotem do Parku Sołackiego, skąd dalej przez miasto trafiliśmy na Stary Rynek. Ze starówki przez Chwaliszewo ruszyliśmy w kierunku Warty, znad której wartostradą i ul. Kórnicką trafiliśmy ostatecznie nad Maltę. Nad Maltą oczywiście znowu komplet. Wiary na pęczki - rolkarzy, rowerzystów, nordic walkerów, biegaczy, rodzin z dziećmi, kobiet z wózkami, spacerowiczów etc. Istne mrowisko. Na domiar złego Malta szykowała się na Półmaraton Poznański, który odbywał sie dzień później, więc przybyło kącików gastronomicznych, atrakcji dla dzieci i dorosłych, oraz stoisk z piwem. Oczywiście pogoda również robiła robotę. Nad Maltą pożegnałem się z Agnieszką i PTR-em ruszyłem w kierunku Gniezna. Od początku wiedziałem że będę miał co robić, gdyż opuszczając Poznań licznik wskazywał zawrotną, kosmiczną wręcz średnią rzędu 12,5 km/h. Na sczęście w drodze powrotnej do Gniezna miałem dwóch sprzymierzeńców, w sumie to trzech - wiatr w plecy, temperaturę, oraz ukształtowanie terenu. W tą stronę faktycznie jest z górki :). Trasy szczególnie nie będę opisywał - zaliczyłem ją wcześniej. Co prawda w drugą stronę, ale wiadomo którędy prowadzi. W telegraficznym skrócie - Antoninek, Zeliniec, Gruszczyn, Katarzynki z szutrowym zjazdem, Uzarzewo, Biskupice, Promienko, stąd skrót do Pobiedzisk-Letnisko przez PK Promno, Pobiedziska i tu modyfikacja trasy - opuściłem PTR i do domu wróciłem asfaltem przez Gołunin, Wierzyce i dalej serwisówką wzdłuż S5/DK5 do Gniezna. Przy okazji pokusiłem się o KOMa na segmencie który sam stworzyłem (Pierzyska-Gniezno), ale skończyłem raptem, a w sumie to aż na drugim miejscu. Czas przejazdu znad Malty do Gniezna to 2,5 h, średnią podciągnąłęm do niewiele ponad 20 km/h. Matematyka jest prosta - większość trasy pokonałem z prędkością ponad 30 km/h :). No ale warunki były wymarzone. Oby takich więcej :)

Środa, 8 kwietnia 2015 Komentarze: 0
Dystans 41.01 km
Czas 01:39
Vśrednia 24.85 km/h
Vmax 40.28 km/h
Tętnośr. 143
Tętnomax 159
Kalorie 1581 kcal
Temp. 11.0 °C
Więcej danych
Tradycyjne kółko treningowe przez Pyszczyn, Krzyszczewo, Modliszewo, Zdziechowę, rozszerzone o przejazd z tej ostatniej do DW190 i dalej w kierunku Dębnicy, z odbiciem na Oborę. Później tradycyjnie przelot asfaltem do Braciszewa, następnie do DK5 i powrót do domu przez miasto. Założyłem dwa segmenty na Stravie, na jednym nadal dzielnie trzymam się pierwszego miejsca :P.
Jest coraz cieplej - to znak że wiosna wróciła i mam nadzieję, że zostanie już na dobre. Jeszcze gdyby tylko wiatr się trochę uspokoił...



Poniedziałek, 6 kwietnia 2015 Komentarze: 2
Dystans 66.84 km
Czas 03:19
Vśrednia 20.15 km/h
Vmax 35.34 km/h
Tętnośr. 134
Tętnomax 161
Kalorie 1337 kcal
Temp. 3.0 °C
Więcej danych
Od rana ustawiłem się na rekreacyjny wypad z kumpelą, która na Święta zawitała do Gniezna. Mnie jak wiadomo siłą na rower wyciągać nie trzeba, a skoro nadarzyła się okazja na spalenie niedzielnego obżarstwa, to postanowiłem z niej skorzystać. Pogoda co prawda nie rozpieszczała (trzech stopni na Rynku nie widziałem już dawno), wiał upierdliwy wiatr, no ale skoro słowo się rzekło to trzeba jechać (mam tu na myśli Justynę, mnie to nie ruszało :P). Punkt 11:00 wystartowaliśmy z Rynku w stronę Wierzbiczan przez Osiniec i Szczytniki Duchowne. Docierając do skrzyżowania trzeba było podjąć decyzję co robimy dalej. Plan zakładał minimum 30 km, więc zaproponowałem objazd jeziora Wierzbiczańskiego, tym bardziej że w tym roku jeszcze nie było ku temu okazji. Z początku martwiłem się trochę o stan leśnych dróg - wszakże ostatnio trochę popadało, ale jak się okazało moje obawy były bezzasadne. Wskoczyliśmy do lasu gdzie w końcu ustał szum wiatru i można było normalnie, po ludzku pogadać. Kręcąc tak sobie leniwie przez Kalinę, a następnie w okolicach skarpy urodził nam się plan na rowerowe wakacje większą ekipą, co wybitnie mnie uradowało. W Lubochni znaleźliśmy się nadspodziewanie szybko, skąd asfaltami wzdłuż torów i ul. Wierzbiczany wróciliśmy do miasta. Justynę zostawiłem Pod Trzema Mostami i stąd już solo trochę, troszeczkę, tyci tyci szybciej pognałem do siebie. Muliło mnie nieziemsko - 4,5 godziny snu to zdecydowanie za mało. Trzeba było się zdrzemnąć.

Wieczorem znów naszła mnie ochota na rower. Miałem jednak ze sobą mały problem - nie mogłem się zebrać do jazdy solo. Co prawda jakimś cudem zrobiło się cieplej niż w ciągu dnia (no w końcu!), a przez chmury zaczęło przebijać się nie widziane dziś słońce (lepiej późno niż wcale!), ale wybitnie nie chciało mi się jeździć samemu. Ostatecznie jednak ruszyło mnie sumienie (a konkretnie rozdęty od Świąt żołądek), zebrałem się w sobie, wskoczyłem w obcisłe i ruszyłem trasą swojego 30 kilometrowego kółeczka przez Krzyszczewo, Modliszewo, Zdziechowę, Oborę i Braciszewo. Tempo było znacznie wyższe niż z rana i o to chodziło. Ponownie w domu zameldowałem się po niewiele ponad godzinie jazdy. Gładko poszło, a człowiek od razu się lepiej czuje :). Polecam!


Niedziela, 5 kwietnia 2015 Komentarze: 0
Dystans 39.61 km
Czas 01:36
Vśrednia 24.76 km/h
Vmax 40.13 km/h
Tętnośr. 148
Tętnomax 161
Kalorie 1534 kcal
Temp. 7.0 °C
Więcej danych
Przerwę między śniadaniem wielkanocnym, a obiadem postanowiłem spędzić oczywiście na rowerze - w końcu od siedzenia na kanapie biała się nie spali :P. Jako że Święta spędzałem częściowo na działce nad jez. Powidzkim, postanowiłem pierwszy raz w tym roku owo jezioro objechać. Jechało się bardzo przyjemnie - początkowo w towarzystwie śmiało przebijającego się słońca, następnie z ciemnymi chmurami nad głową, z których na szczęście tego dnia nic nie spadło. Niebieski szlak rowerowy prowadzący dookoła jeziora został odświeżony, tak więc śmiało można ruszać w ciemno bez znajomości trasy - gęsto usiane oznaczenia poprowadzą gdzie należy. Raz tylko w Naprusewie za wcześnie skręciłem, ale po 200 metrach się zorientowałem, zawróciłem i więcej tego dnia podobna historia się nie powtórzyła. W Powidzu, na wylocie z Dzikiej Plaży spotkałem jedynego tego dnia bikera. Pozdrowiliśmy się serdecznie, On ruszył w stronę Strzałkowa, ja w kierunku Ostrowa. Pętlę zamknąłem po 38 km w czasie niewiele ponad 1,5 godziny, co dało całkiem przyzwoitą średnią 25 km/h. Na tyle przyzwoitą, że prognozowałem wrócić po reszcie Rodziny która wyszła razem ze mną na spacer, a wróciłem 5 minut przed nimi :).

Środa, 25 marca 2015 Komentarze: 3
Dystans 57.82 km
Czas 02:21
Vśrednia 24.60 km/h
Vmax 46.11 km/h
Tętnośr. 143
Tętnomax 165
Kalorie 2373 kcal
Temp. 15.0 °C
Więcej danych
11 stopni na plusie o godzinie 10:00, 19 stopni na plusie tuż po południu - to nie mogło się zakończyć inaczej, jak tylko śmiganiem i nabijaniem kolejnych kaemów :). Z pracy wróciłem po 16:00, nie tracąc czasu wbiłem się w obcisłe na półkrótko, zatankowałem bidon i ruszyłem na podbój szlaków. Co ciekawe, zasiadając na rower wyjątkowo miałem w głowie gotowy plan dzisiejszej trasy - postanowiłem kopsnąć się na wieżę do Duszna. Żwawo kręcąc ul. Orcholską w stronę Dębówca stwierdziłem, że 16:30 to chyba jednak za późna pora na wyprawę na sam szczyt Wału Wydartowskiego, tym samym postanowiłem zmienić dzisiejsze plany i udać się na Gołąbki. Mijając odbicie na Wełnicę przyuważyłem przed sobą niezidentyfikowanego bikera. Początkowo myślałem, że to Mr. Jerry pomyka sobie na szosie, ale szybko topniejący dystans który nas dzielił odwlekł mnie od tego przypuszczenia. Mijając kolegę rzuciłem dziarskie "cześć" i pomknąłem w stronę Lasów Królewskich. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak grząskich piachów o tej porze roku. Część trasy przez las to rzucanie rowerem raz na prawo raz na lewo. Przemknąłem nieprzyjaznym traktem i dotarłem w okolice grobu nieznanego żołnierza Napoleońskiego.

Grób nieznanego żołnierza Napoleońskiego © kubolsky

Widać, że okoliczni mieszkańcy bardzo dbają o mogiłę i chwała Im za to. Spod grobu ruszyłem dalej przed siebie, do celu (pośredniego) mojej dzisiejszej wyprawy. Przemykając przez wieś Gołąbki minąłem się z kolejnymi dwoma bikerami i po chwili byłem już nad brzegiem jeziora Przedwieśnia.

Panorama jeziora Przedwieśnia © kubolsky

Na miejscu  krótką chwilę poświęciłem na odpoczynek i regenerację, gdyż cały odcinek z Gniezna po samą plażę solidnie przepalałem łydy. Pierwotnie plan zmodyfikowanej trasy zakładał cofkę do drogi prowadzącej do Jastrzębowa, a następnie powrót przez Strzyżewa do Gniezna, ale jakoś tak mało km by wyszło :P. Trzeba było coś z tym fantem zrobić. Wymyśliłem sobie, że pomknę w stronę Trzemeszna przez Grabowo i Kruchowo. Jak wymyśliłem - tak uczyniłem. Wpadając na łuk drogi przy dworku w Kruchowie przez głowę przeszła mi myśl, by odbić na Wydartowo i dotrzeć jednak na tą wieżę. Po chwili zastanowienia stwierdziłem jednak, że to za dużo jak na tak późną porę i ruszyłem w stronę Trzemeszna przez Niewolno. W Trzemesznie przeciąłem DK15, ekspresem śmignąłem przez centrum miasteczka i napotkałem kolejny dylemat - prosto na Miaty, czy w prawo na Wierzbiczany? Zamiłowanie do naszych "lokalnych Kaszub" wzięło górę i padło na opcję nr 2. Po drodze po raz kolejny miałem okazję gonić węża po piachu, ale w ogólnym rozrachunku stwierdzam, że jakiejś wielkiej tragedii nie było. W końcu ponownie chwyciłem gładki jak lustro asfalt i pognałem nim w stronę  Lubochni. Z Lubochni pokręciłem już bezpośrednio do Gniezna z założeniem kolejnego, solidnego przepalenia łydek. Postanowiłem sobie, że stąd aż po samą tablicę "Gniezno" prędkość przelotowa nie spadnie poniżej 30 km/h. Tak też się stało (no, może z jednym czy dwoma wyjątkami) i w zaskakująco krótkim czasie znalazłem się z powrotem w mieście. Jedyne co mi pozostało to przejazd przez Centrum i powrót do domu. Ciekawe czy jutro uda się dotrzeć do Duszna... :P

Wtorek, 17 marca 2015 Komentarze: 0
Dystans 26.51 km
Czas 01:05
Vśrednia 24.47 km/h
Vmax 41.20 km/h
Kalorie 1270 kcal
Temp. 12.0 °C
Więcej danych
Po powrocie z roboty, a przed ponownym wyjazdem do pracy na inwentaryzację wypadało skorzystać z pięknej, wiosennej aury i wykręcić kolejne kilometry. Niestety byłem ścigany przez szybko upływający czas, więc nie mogłem pozwolić sobie na zbytnie szaleństwo. Wskoczyłem w obcisłe, na półkrótko (+13 stopni w marcu zobowiązuje :P ) i ruszyłem w kierunku Pyszczyna. Postanowiłem powtórzyć ostatnio objechany z Marcinem podwieczorny wariant Krzyszczewo- Obora-Braciszewo z rozszerzeniem o Mnichowo i Zdziechowę. Jak postanowiłem tak też uczyniłem. Do Obory jechało się znakomicie, czego dowodem była średnia prędkość na poziomie 27.7 km/h. Niestety przemiesczając się z Obory do Braciszewa trafił mnie nieziemski wordewind, chyba najmocniejszy w tym roku. Wiał tak solidnie, że skutecznie obniżył moją średnią. A miało być tak pięknie... Do miasta wskoczyłem przez Skiereszewo, objechałem rodzinny fyrtel i przez Centrum pognałem z powrotem do siebie. Kolejne 26 km w nogach :).

TROCHĘ O MNIE

Ten blog rowerowy prowadzi kubolsky z miasta Poznań
  • Mam przejechane 92086.52 kilometrów
  • Jeżdżę ze średnią prędkością 21.90 km/h


92086.52

KILOMETRÓW NA BLOGU

21.90 km/h

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ

175d 04h 43m

CZAS W SIODLE