Okołopołudniowy wyjazd do Kiekrza, powrót brzegiem jeziora na Smochowice, a stamtąd prosto do domu. Wyjazd częściowo w celach zawodowych - gospodarka zaczyna się rozmrażać, więc trzeba powoli wracać do normalności ;)
Tytuł mówi sam za siebie - drugie w tym roku zusammen, tym razem stricte po mieście. Drobne zakupy, drugie trochę większe (w sakwy) i obowiązkowy pit-stop w Centrali Piwnej ;)
Dzisiaj padło na jedną z krótszych i szybszych pętli, a to z uwagi na dość niepewną aurę i prognozy zapowiadające okołopołudniowe opady. Przez całą trasę towarzyszyły mi nad głową chmury zwiastujące nadchodzący deszcz, ale na moje szczęście nie spadła ani kropla. Jazda w deszczu przy panującej dzisiaj temperaturze nie należała by do najprzyjemniejszych, a po powrocie czekałoby mnie ponowne czyszczenie roweru czego wolałem uniknąć ;) Nie żebym miał coś przeciwko kilku/kilkunastu kroplom - długotrwała susza powoli odbija swoje piętno na roślinności, a ewidentnie widać że ostatnie sporadyczne opady pozwoliły jej odżyć i pięknie się rozwijać. To co cieszy mnie jeszcze bardziej to fakt, że reszta tygodnia zapowiada się w miarę słonecznie, raczej bezdeszczowo, a na iście wiosenny weekend szykuje się jedna z moich ulubionych tras rowerowych ;)
Dzisiaj bez zdjęć - jakoś nie było ani weny, ani okazji. Znowu się przyfarciło :) Jeszcze wczoraj prognozy zapowiadały mniejsze lub większe opady w ciągu dnia, lecz dzisiaj z rana nic takowych nie zapowiadało. Grzechem więc było nie skorzystać z bezdeszczowej aury, tym bardziej, że mimo obecności chmur na brak słońca nie można było narzekać. Jeszcze tylko szybka kontrola pogodynki i już wiem, że do 14:00 jestem bezpieczny. Dzisiaj postanowiłem wykręcić pętlę wokół wojskowego lotniska na Krzesinach, co poskutkowało stosunkowo niewielkim odcinkiem z wiatrem (bardzo znośnym) w ryj. Najwyraźniej z tych kilku pewnych godzin postanowiłem skorzystać nie tylko ja, gdyż znowu mijałem się ze sporą ilością rowerowej braci (wg Flyby 19 jeźdzców, plus zapewne tacy którzy ze Stravą nie mają nic wspólnego).
Prognozy na resztę tygodnia poczynając od dnia dzisiejszego zapowiadały rowerową abstynencję, a ponieważ z naturą trudno wygrać to pogodziłem się z faktem, że rower do niedzieli ląduje w piwnicy. Coś jednak nie pozwalało mi zejść na poziom -1 i jak się okazało to coś miało rację. Okołopołudniową wiosenną słotę poświęciliśmy na rozsadzenie sadzonek pomidorów (więc ponownie zapowiada się dżungla na balkonie), jednak słońce które postanowiło ukazać swe lico po południu skłoniło mnie do wskoczenia w obcisłe i ruszenie na którąś z moich pętli. Dzisiaj padło na północno-zachodnią przez Kiekrz, Sady i Batorowo i muszę przyznać, że kręciło się wyśmienicie! Co ciekawe - to chyba był mój pierwszy w tym roku tak "późny" wyjazd i najwidoczniej nie tylko ja postanowiłem skorzystać z pogodowego okienka, gdyż mijałem naprawdę sporo cyklistów. Zobaczymy czy jutrzejsze prognozy również okażą się być chybione. Oby ;)
Kolejny wypad podyktowany został chęcią przetestowania nowych asfaltów w okolicy. Zgodnie z tytułem wpisu wielokrotnie łatany odcinek między Karłowicami a Tucznem przeszedł do historii - w tej chwili znajduje się tam piękny, gładki jak lustro, czarny dywan. Ciekawe jak z jego trwałością? Okaże się po kolejnej zimie, pod warunkiem, że w tym roku nas zaszczyci. Osobiście wolałbym nie... ^^. Skoro już zapuściłem się do Zielonki postanowiłem dokręcić do Pobiedzisk, a następnie puścić się przez Promno i Górę w stronę Śwarzyndza. Jadąc ongiś autem z Pobiedzisk do Kostrzyna zauważyłem, że coś dłubią na podjeździe do Góry właśnie. Okazało się, że dłubali i przestali. Cóż, zasmakowałem również odrobiny gravela ;) Dalej już standardowo przez Jankowo, Sarbinowo, Łowęcin i wymieniany powyżej Śwarzyndz trafiłem do Antoninka, czyli w zasadzie już Poznań. Pogodowo idealnie...do dzisiaj włącznie, żeby nie było za wesoło. Jeszcze będzie przepięknie... :)
Tym razem bez nadmiernego rozpisywania się - ot znowu ciepło, znowu słonecznie i znowu wietrznie (choć bez przesady - bywało gorzej). Dzisiaj obrałem sobie za cel wypad na południe wzdłuż Warty (czytaj z wiatrem w ryj), zaliczenie Pożegowskiej i powrót z nieocenioną pomocą sił natury. To tyle :)
Konieczność, jak również wcześniejsza deklaracja pomalowania tarasu sprawiły, że na weekend wylądowałem w Gnieźnie. Zanim jednak się tu wybrałem przytomnie zerknąłem w prognozy, a to zaś poskutkowało zapakowaniem roweru do samochodu. Sobotę poświęciłem na pracę, na którą składało się malowanie wszystkiego co drewniane póki wystarczy farby, oraz dokładnym odkurzeniem i umyciem samochodu (w sumie nie wiem po co - zaparkuję pod blokiem, naokoło budowy, w ciągu 5 minut będzie siwy...), zaś niedzielę na szosową rundę po powiecie. Sobotnim wieczorem przysiadłem jeszcze na chwilę by wyrysować trasę (genialnie sprawdza mi się do tego Strava, czego w ogóle bym się nie spodziewał), lecz z efektu byłem średnio zadowolony - ot 50-kilometrowa pętla, naprawdę nic szczególnego. Nim jednak poszedłem spać doznałem olśnienia. Szybko ponownie usiadłem przed komputerem, zerknąłem w prognozy i już miałem plan. Plan był o tyle genialny (przynajmniej dla mnie), że mimo początkowego wiatru w ryj, po odbiciu na Zakrzewo miałbym go do końca trasy w bok lub w plecy, a przy okazji po drodze odwiedzę miejsca w których dawno moje nogi/koła nie postały. Po zaliczeniu ów pętli mam kilka przemyśleń. Po pierwsze - plan wypalił, o czym musi Wam poświadczyć średnia, bo uśmiechu na mym ryju nie widzicie ;) Po drugie - pałac w Zakrzewie to w mojej opinii najpiękniejszy zabytek tego typu w powiecie, jeśli nie w województwie (choć tu będę ostrożny, gdyż na bank wszystkich nie widziałem). Po trzecie - las na trasie Mieleszyn-Mielno w zasadzie nie istnieje. Jechałem tamtędy po raz pierwszy od czasu nawałnicy z 2017 r. i byłem autentycznie w ciężkim szoku. Swoją drogą mieszkańcy Mielna musieli wtedy przeżywać nie lada traumę - w końcu znajdowali się w epicentrum wichury. Po czwarte (choć to ciekawostka mniejszego kalibru) - wylano asfaltowy dywan w miejscu dawnej betonki łączącej powyższą drogę z Nowaszycami. W końcu po piąte - należy bardziej uważać robiąc zdjęcia przy ciekach wodnych, o czym dobitnie świadczy ostatnie zdjęcie ;) Nara!
Do dzisiejszego wypadu zainspirował mnie w 50% Trollking, a w pozostałych 60% prognoza pogody. Już tłumaczę :) W dniu wczorajszym Tomek wybrał się na zachód, m.i. w okolice Tarnowa Podgórnego, a w relacji z tego wypadu piał peany nad nowym dywanem z Lusowa do Lusówka (ewentualnie z Lusówka do Lusowa). Początkowo nic mi to nie mówiło, gdyż te strony dotychczas odwiedzałem raz na ruski rok. Po chwili coś jednak zatrybiło - oceniając po zdjęciu skojarzyłem drogę i przypomniałem sobie, że do dnia wczorajszego dwukrotnie miałem okazję nią pomykać. Zapamiętałem ją jako poligon doświadczalny dla łazików księżycowych - dziura za dziurą dziurę poganiała. Postanowiłem obadać temat :) Drugim z powodów była prognoza pogody, a konkretnie wiatr (tak dla odmiany ;) ). Początkowo miał się kręcić, a jego prognozowana prędkość miała być nieinwazyjna. Koło 12:00 miał jednak przyspieszyć i obrócić się w kierunku wschodnim. No idealnie! Dojadę bez przeszkód, a po nawrotce wrócę za darmo ^^. Mniej więcej tak właśnie było. Poza tym warunki atmosferyczne jak dla mnie w dalszym ciągu miód-malina. Fakt, słońca jakby trochę mniej, ale tłumaczyłem to sobie tym, że nasz obóz rzondzoncy (bo na Rządzących nie zasługują) zmusił również najbliższą nam gwiazdę do zakrycia ryja. By formalności stało się zadość - trasa to niemalże powtórka jednego z sąsiedzkich wypadów.