Travel on Gravel!

kubolsky
Wpisy archiwalne w kategorii

100 i więcej

Dystans całkowity:12106.31 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:558:18
Średnia prędkość:21.68 km/h
Maksymalna prędkość:60.10 km/h
Suma podjazdów:26493 m
Maks. tętno maksymalne:197 (107 %)
Maks. tętno średnie:143 (78 %)
Suma kalorii:421165 kcal
Liczba aktywności:103
Średnio na aktywność:117.54 km i 5h 25m
Więcej statystyk
Sobota, 8 sierpnia 2020 Komentarze: 4
Dystans 102.91 km
Czas 04:03
Vśrednia 25.41 km/h
Uczestnicy
Vmax 45.40 km/h
Kalorie 4181 kcal
Podjazdy 529 m
Temp. 33.0 °C
Więcej danych
Na Sierakowski Park Krajobrazowy ostrzyliśmy wraz z Marcinem zęby od jakiegoś czasu, natomiast to właśnie czas (a w zasadzie jego brak) nie pozwalał nam dotrzeć w te strony wcześniej. W końcu jednak, tydzień po maratonie wstrzeliliśmy się w okienko pogodowe (co okazało się sporym niedopowiedzeniem), spakowaliśmy rowery w Cegłę i ruszyliśmy zwiedzać zachodnie rubieże województwa Wielkopolskiego. Już w momencie wyjazdu z Poznania czuliśmy, że będzie ciepło. Jednak nie spodziewaliśmy się, że aż tak...
Początek 100-kilometrowej pętli wyznaczyliśmy na punkcie widokowym Łężeczki, z którego rozpościera się piękny widok na Jezioro Chrzypskie. Z parkingu ruszyliśmy ku pierwszej z w zasadzie dwóch atrakcji tego dnia jaką był wiadukt kolejowy w ciągu nieczynnej linii nr 368 Szamotuły-Międzychód w Nojewie.
W ogóle pierwotny plan zakładał, że tego typu konstrukcji zaliczymy więcej, ale po przestudiowaniu streetview okazało się, że dojazd do większości obiektów inżynieryjnych prowadzi piaszczystymi drogami, więc jednak nie...
Również w Nojewie na tej samej linii znajduje się mega klimatyczne miejsce, obowiązkowy przystanek dla każdego miłośnika historii kolejnictwa na ziemiach polskich - dawna stacja kolejowa, obecnie w rękach stowarzyszenia prowadzącego tam Muzeum Historii Linii Kolejowych. Wycieczka po zbiorach kosztowała nas 5 zeta od głowy (przy okazji dowiedzieliśmy się, że za 40 zł. od osoby można przejechać się drezyną do Chrzypska Wielkiego i z powrotem) i uważam, że było warto.
Kolejne kilometry to coraz większy skwar, co też wymusiło na nas przerwę w Sierakowie. Na szczęście Biedra wyrosła nam po drodze, więc głupotą było nie skorzystać. Mimo, że pauzowaliśmy w cieniu, to temperatura dawała się mocno we znaki. W Sierakowie przekraczamy Wartę i wjeżdżamy do Puszczy Noteckiej. Jazda w cieniu drzew daje chwilę wytchnienia od żaru lejącego się z nieba, pod warunkiem że jest to faktycznie jazda. Jeden, może dwa przystanki po drodze powodowały, że człowiek momentalnie stawał się mokry nie robiąc kompletnie nic. Na dalszym etapie jazdy wypadamy na DW 160 i jako takim DDR-em docieramy do Międzychodu. Ten mijamy bokiem przy okazji ponownie przekraczając Wartę, zmieniamy drogę na DW 182 i tniemy z powrotem w stronę Sierakowa. Sił coraz mniej, ilości wypijanej wody porównywalne do tych, które ratowały płonącą w 1992 Puszczę Notecką, ale jakoś jedziemy. W Zatomiu Starym, w pobliżu dawnego budynku stacyjnego urządzamy chwilową przerwę. Po cichu liczymy na to, że w Sierakowie ponownie objawi nam się Biedronka, czy inne Dino. Nic takiego niestety się nie stało - tym razem miasto, właściwie miasteczko bierzemy bokiem i po raz kolejny tego dnia wjeżdżamy w las. Na szczęście kilka kilometrów dalej, we wsi Góra trafiamy na otwarty sklep. Nie ma opcji - robimy pauzę na cukier w postaci 0% radlerów i tubek z musem owocowym. Po kilkunastominutowej przerwie regeneracyjnej wracamy na szlak i coraz wolniejszym tempem kręcimy ku zamknięciu pętli. W Lutomku zaczynają się chyba najfajniejsze widoki, a co się z tym wiąże - również hopki. Rozciągamy się, a każdy bierze podjazdy w miarę swoich możliwości. Sumienie nakazywało mi zwalniać na górze i czekać na Kumpla, więc w zasadzie jedziemy osobno, ale jednak razem. W takiej konfiguracji docieramy do Chrzypska Wielkiego, za Chrzypskiem delikatny zjazd, ostatni podjazd na dobicie i jesteśmy z powrotem na punkcie widokowym. Wycieńczeni, ale zadowoleni pakujemy rowery do Cegły i ruszamy w drogę powrotną, tym razem zahaczając o Maca w Pniewach - to czego nam teraz było trzeba to żarcie i zimne picie. Drogą kupna nabyliśmy oba :)
W ogólnym rozrachunku uważam, że było mega fajnie, z tym że o dobre 5 stopni za ciepło. W cieniu. O temperaturze w słońcu nie wspomnę bo mnie dreszcze przechodzą...



























Gran Fondo #3 2020 - Sierakowski Park Krajobrazowy ☀️ | Ride | Strava
Sobota, 6 czerwca 2020 Komentarze: 1
Dystans 109.85 km
Czas 04:13
Vśrednia 26.05 km/h
Uczestnicy
Vmax 45.40 km/h
Kalorie 3858 kcal
Podjazdy 385 m
Temp. 15.0 °C
Więcej danych
Ktoś podpieprzył lato, a w zasadzie późną wiosnę :/ Niestety biorąc pod uwagę ostatnią aurę i niesprzyjające prognozy trzeba było pogodzić się z faktem, że sobotnia aktywność rozminie się z promieniami słońca. Dzisiaj padło na Pałuki, a konkretnie na szosową rundę do Żnina i z powrotem. Na północ jechało się wyśmienicie co oznaczało, że powrót nie będzie należał do najprzyjemniejszych, a wyjazd ze Żnina tylko to udowodnił. Podjęliśmy decyzję o zmianie trasy powrotnej i zamiast testować serwisówki wzdłuż nowego odcinka S5 ruszyliśmy ku leśnostradzie z Bełek do Gołąbek. Niestety jak powszechnie wiadomo nic nie trwa wiecznie - las musiał się w końcu skończyć i odcinek z Jastrzębowa do Gniezna przebiegał w wybitnie niekorzystnych warunkach. Ostatecznie jednak do Gniezna wróciliśmy usatysfakcjonowani z kolejnym Gran Fondo na koncie :).

























 
Pałuckie Gran Fondo ⛅ | Ride | Strava
Niedziela, 1 marca 2020 Komentarze: 0
Dystans 107.99 km
Czas 04:28
Vśrednia 24.18 km/h
Uczestnicy
Vmax 54.40 km/h
Kalorie 4453 kcal
Podjazdy 486 m
Temp. 9.0 °C
Więcej danych
Poniedziałek, 21 października 2019 Komentarze: 6
Dystans 119.45 km
Czas 04:24
Vśrednia 27.15 km/h
Vmax 44.30 km/h
Kalorie 4956 kcal
Podjazdy 391 m
Temp. 17.0 °C
Więcej danych
Wypad na zabytkowy most kolejowy do Stobnicy, a przy okazji w okolice bardzo kontrowersyjnej budowy chodził za mną już od dłuższego czasu. Do trasy zabierałem się jak pies do jeża i ostatecznie okazało się, że ubiegli mnie najpierw Jacek, a następnie Sebek.
Tak się szczęśliwie złożyło, że ten poniedziałek miałem wybitnie luźny, pogoda (jak na drugą połowę października) zapowiadała się wręcz wyśmienicie, wiatr, a w zasadzie jego brak sprzyjał tym bardziej, więc bez większego namysłu wskoczyłem od rana na rower i ruszyłem na północ posiłkując się śladem Jacka. Szczerze muszę przyznać, że sama trasa mnie wynudziła, a końcówkę jechałem "bo trzeba". Na szczęście zarówno most jak i najmłodszy polski zamek zrekompensowały pierwszą połowę pętli robiąc niemałe wrażenie. Na most niestety nie udało się wdrapać, a budowę widziałem zza płotu, co nie znaczy że zaplanowane destynacje nie zostały zaliczone. Uważam że jak najbardziej :)
Przy okazji wpadło kolejne Gran Fondo, jak i dawno nie widziana na blogu poniedziałkowa stówa ;)








Piątek, 20 września 2019 Komentarze: 1
Dystans 109.44 km
Czas 05:42
Vśrednia 19.20 km/h
Vmax 60.10 km/h
Kalorie 5428 kcal
Podjazdy 2237 m
Temp. 11.0 °C
Więcej danych
Krótkiego i nieco spontanicznego wypadu do Karpacza dzień pierwszy, a w zasadzie drugi jeśli liczyć dojazd ciuchcią do Jeleniej Góry dzień wcześniej. Sama podróż z Poznania do Wrocławia przebiegła w komfortowych warunkach składem IC, gdyby nie brak dedykowanych miejsc na rowery, natomiast z Wrocławia do Jeleniej dostaliśmy się Impulsem KD w standardzie sardynkowym (usiedliśmy dopiero w drugiej godzinie jazdy). Z Jeleniej do Karpacza dotarliśmy na kołach, ale jakimś dziwnym trafem Garminy postanowiły nie zapisać śladu obojgu z nas. Wieczór zleciał na relaksie w postaci niejednego piwa w towarzystwie Kumpla u którego się ulokowaliśmy (w zasadzie w pensjonacie Jego Mamy). Po północy należałoby udać się spać - jutro startujemy z wysokiego "C".
Krótkiego i nieco spontanicznego wypadu do Karpacza dzień pierwszy, teraz już ten właściwy. Na zewnątrz zimno, choć słonecznie i co najważniejsze - bezdeszczowo. Wskakujemy w kilka warstw odzieży, zalewamy bidony, pakujemy żele, odpalamy Garminy i jedziemy umierać. Pierwszy cel ambitny, bardzo ambitny - Przełęcz Karkonoska. Aby nie przedłużać - w teorii wiedziałem czego się spodziewać, widziałem jeden czy dwa filmy na yt, ludzie mówili że to droga przez piekło, ale za chiny ludowe nie spodziewałem się tego co zastałem. W miarę sprawny podjazd pod pierwszą ściankę to chyba tylko i wyłącznie zasługa endorfin i adrenaliny buszujących po organizmie. Znawcy tematu wiedzą, że dalej kolarza czeka wypłaszczenie, co oznacza jakieś +/- 10% nachylenia - można trochę odetchnąć. Problem pojawił się na drugiej ściance, ponieważ wbiłem sobie do głowy, że w jej połowie czeka nas kolejna "półka", a tym samym możliwość odetchnięcia w drodze na szczyt. Za zakrętem okazało się, że takowej jednak nie ma i na zluzowanie giry i oddechu w zasadzie nie ma szans. Tym sposobem, mimo że organizm ze wszystkich sił których w dramatycznym tempie ubywało domagał się odpoczynku parłem przed siebie do samego końca. Udało się! Jak? Nie mam pojęcia... :) Skoro udało się jakimś cudem wdrapać na górę, trzeba zjechać w dół. Zjazd do Szpindlerowego Młyna to luksus pełnym ryjem - szeroko, gładko, a przede wszystkim szybko. Jedyny mankament popieprzania na złamanie karku to fakt, że nieziemsko mnie przewiało. Na dole narzuciłem na siebie wiatrówkę, z którą nie rozstałem się do końca trasy. Z pierwszej na naszej drodze czeskiej mieściny poleciliśmy dalej na południe do Vrchlabí z którego obraliśmy kierunek na Černý Důl celem pokonania następnego wzniesienia. Tym oto sposobem droga prowadząca raz w górę raz w dół (jak to w górach) zaprowadziła nas do osady Velká Úpa. Tu czekała nas kolejna wspinaczka na Pec pod Sněžkou. Zanim jednak na dobre ponownie rozpoczęliśmy rytuał polegający na sapaniu gorzej niż okoliczna zwierzyna podczas godów i wypluwaniu płuc przed siebie należało się pożywić. U stóp podjazdu wyhaczyliśmy mały pensjonat, a w nim małą gospodę prowadzoną przez kobietę, która początkowo w ogóle nie kryła swojej niechęci do sąsiadów zza północnej granicy. Ostatecznie udało nam się zamówić karkówkę z knedlami i szpinakiem (fuuu, tego nie doczytałem) i w moim przypadku piwo. Strawa weszła przednio, więc nie pozostało nic innego jak na koń i pod górę. Początkowe zakosy weszły gładko, schody zaczęły się później. Ostatecznie wspinaczkę zakończyliśmy w okolicy Horskiej chaty Portášky (czy jak to się odmienia) skąd postanowiliśmy zjechać z powrotem przebytą już drogą i wrócić na szeroką szosę prowadzącą do Ojczyzny. Ostatni w Czechach, dłuższy, ale zarazem łagodniejszy podjazd prowadził do dawnego przejścia granicznego Malá Úpa na szczycie Przełęczy Okraj. Tutaj też dokonałem jednego z lepszych zakupów w postaci beczułki piwa z browaru Trautenberk, warzonego na wysokści 1065 n.p.m. Ostatni tego dnia zjazd to powrót do rodzimych realiów w postaci drogi o charakterze księżycowym - człowiek chciałby się rozpędzić, ale nie ma jak bo dziura goni łatę, która to goni dziurę, a ta goni łatę i tak w kółko :/. Pętlę zakończyliśmy przejazdem przez Kowary i w towarzystwie górującej na nie tak dalekim horyzoncie Śnieżki dotarliśmy z powrotem do Karpacza. Jeszcze tylko podjazd do pensjonatu i po wszystkim...tego dnia :)

























Przełęcz Karkonoska, Pec pod Sněžkou⛅ | Ride | Strava
Sobota, 20 lipca 2019 Komentarze: 0
Dystans 100.56 km
Czas 03:08
Vśrednia 32.09 km/h
Vmax 52.60 km/h
Kalorie 4644 kcal
Podjazdy 264 m
Temp. 24.0 °C
Więcej danych


Niedziela, 16 czerwca 2019 Komentarze: 0
Dystans 102.83 km
Czas 03:31
Vśrednia 29.24 km/h
Vmax 44.60 km/h
Kalorie 4507 kcal
Podjazdy 333 m
Temp. 24.0 °C
Więcej danych














Sobota, 6 kwietnia 2019 Komentarze: 1
Dystans 103.43 km
Czas 04:24
Vśrednia 23.51 km/h
Uczestnicy
Vmax 39.60 km/h
Kalorie 3831 kcal
Sprzęt Chuck Norris
Więcej danych
Najpierw od rana pętla po okołognieźnieńskich fyrtlach z Panem Jurkiem. Bywało również pod wiatr, choć w ogólnym rozrachunku nie było aż tak źle - z roweru nie zrzucało ;)
Głupotą by było nie skorzystać ze wschodniego wiatru i nie wrócić na kołach do Poznania, więc po powrocie do Rodziców spakowałem sakwę i ruszyłem w dziki 50-kilometrowy sprint ;) Sprintowało się wyśmienicie :P



Niedziela, 17 marca 2019 Komentarze: 6
Dystans 124.44 km
Czas 06:07
Vśrednia 20.34 km/h
Uczestnicy
Vmax 38.90 km/h
Kalorie 4487 kcal
Sprzęt Chuck Norris
Więcej danych
Na tą pięknie zapowiadającą się marcową niedzielę umówiłem się z p. Jurkiem, który koło 10:00 przybył do Poznania składem Kolei Wielkopolskich. Przyzwoitość nakazywała by odebrać mojego Gościa z dworca co też uczyniłem.
Bez większego przestoju ruszyliśmy na północ do Starczanowa aby dopełnić corocznego obowiązku. O samym Jarze nie ma się co zbytnio rozpisywać - ot trafiła się prawdziwie przedwiosenna aura, Śnieżyce rozkwitły w 100%, a wojskowi łaskawie pozwolili wejść na jakby nie patrzeć teren poligonu, co w ogólnym rozrachunku zaowocowało wuchtą wiary! Na miejscu strzeliliśmy kilka fotek i ruszyliśmy w drogę powrotną przez Murowaną Goślinę i Puszczę Zielonkę, uciekając tym samym przed dającym się we znaki wiatrem. Wyprawę zakończyliśmy ponownie na Garbarach gdzie "zapakowałem" mojego Gościa do pociągu (tym razem PolRegio) odhaczając tym samym dystans ponad 70 km.
Wieczorem dorzuciłem kolejne 50 km dzięki nadprogramowej, nieplanowanej i powoli nudzącej się trasie Poznań - Gniezno.







Niedziela, 11 marca 2018 Komentarze: 0
Dystans 127.56 km
Czas 06:25
Vśrednia 19.88 km/h
Uczestnicy
Vmax 34.60 km/h
Sprzęt Chuck Norris
Więcej danych

TROCHĘ O MNIE

Ten blog rowerowy prowadzi kubolsky z miasta Poznań
  • Mam przejechane 91989.89 kilometrów
  • Jeżdżę ze średnią prędkością 21.90 km/h


91989.89

KILOMETRÓW NA BLOGU

21.90 km/h

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ

175d 00h 37m

CZAS W SIODLE