...z paną na koniec (na szczęście metry przed metą). Zakładanie opony, na domiar złego zwijanej na felgę szosową to istna sodomia i gomoria! Nigdy więcej laczka!
Tytułem utworu nieodżałowanego Zbigniewa Wodeckiego postanowiłem nazwać dzisiejszy wpis, bo w sumie wszystko się zgadza. Po wczorajszych wojażach po kujawsko-pomorskiem wróciłem na swój fyrtel i ruszyłem na jedną z moich standardowych pętli, a że po raz kolejny padło na północny-zachód, czyli Kiekrz, Sady, Lusowo, Batorowo i z powrotem Poznań (bo lubię ten wariant trasy), to postanowiłem właśnie tam wrócić. Mówiłem że wszystko się zgadza? Pan Zbyszek się nie mylił :) Zdjęć nie będzie, bo zwyczajnie nie chciało mi się ich robić - dzisiejsze zerowe saldo elegancko bilansuje wczorajszą obszerną fotorelację. Chętnych oglądania, a niekoniecznie czytania zapraszam więc do wczorajszego wpisu :).
Okołopołudniowy wyjazd do Kiekrza, powrót brzegiem jeziora na Smochowice, a stamtąd prosto do domu. Wyjazd częściowo w celach zawodowych - gospodarka zaczyna się rozmrażać, więc trzeba powoli wracać do normalności ;)
Dzisiaj padło na jedną z krótszych i szybszych pętli, a to z uwagi na dość niepewną aurę i prognozy zapowiadające okołopołudniowe opady. Przez całą trasę towarzyszyły mi nad głową chmury zwiastujące nadchodzący deszcz, ale na moje szczęście nie spadła ani kropla. Jazda w deszczu przy panującej dzisiaj temperaturze nie należała by do najprzyjemniejszych, a po powrocie czekałoby mnie ponowne czyszczenie roweru czego wolałem uniknąć ;) Nie żebym miał coś przeciwko kilku/kilkunastu kroplom - długotrwała susza powoli odbija swoje piętno na roślinności, a ewidentnie widać że ostatnie sporadyczne opady pozwoliły jej odżyć i pięknie się rozwijać. To co cieszy mnie jeszcze bardziej to fakt, że reszta tygodnia zapowiada się w miarę słonecznie, raczej bezdeszczowo, a na iście wiosenny weekend szykuje się jedna z moich ulubionych tras rowerowych ;)
Dzisiaj bez zdjęć - jakoś nie było ani weny, ani okazji. Znowu się przyfarciło :) Jeszcze wczoraj prognozy zapowiadały mniejsze lub większe opady w ciągu dnia, lecz dzisiaj z rana nic takowych nie zapowiadało. Grzechem więc było nie skorzystać z bezdeszczowej aury, tym bardziej, że mimo obecności chmur na brak słońca nie można było narzekać. Jeszcze tylko szybka kontrola pogodynki i już wiem, że do 14:00 jestem bezpieczny. Dzisiaj postanowiłem wykręcić pętlę wokół wojskowego lotniska na Krzesinach, co poskutkowało stosunkowo niewielkim odcinkiem z wiatrem (bardzo znośnym) w ryj. Najwyraźniej z tych kilku pewnych godzin postanowiłem skorzystać nie tylko ja, gdyż znowu mijałem się ze sporą ilością rowerowej braci (wg Flyby 19 jeźdzców, plus zapewne tacy którzy ze Stravą nie mają nic wspólnego).
Prognozy na resztę tygodnia poczynając od dnia dzisiejszego zapowiadały rowerową abstynencję, a ponieważ z naturą trudno wygrać to pogodziłem się z faktem, że rower do niedzieli ląduje w piwnicy. Coś jednak nie pozwalało mi zejść na poziom -1 i jak się okazało to coś miało rację. Okołopołudniową wiosenną słotę poświęciliśmy na rozsadzenie sadzonek pomidorów (więc ponownie zapowiada się dżungla na balkonie), jednak słońce które postanowiło ukazać swe lico po południu skłoniło mnie do wskoczenia w obcisłe i ruszenie na którąś z moich pętli. Dzisiaj padło na północno-zachodnią przez Kiekrz, Sady i Batorowo i muszę przyznać, że kręciło się wyśmienicie! Co ciekawe - to chyba był mój pierwszy w tym roku tak "późny" wyjazd i najwidoczniej nie tylko ja postanowiłem skorzystać z pogodowego okienka, gdyż mijałem naprawdę sporo cyklistów. Zobaczymy czy jutrzejsze prognozy również okażą się być chybione. Oby ;)
Kolejny wypad podyktowany został chęcią przetestowania nowych asfaltów w okolicy. Zgodnie z tytułem wpisu wielokrotnie łatany odcinek między Karłowicami a Tucznem przeszedł do historii - w tej chwili znajduje się tam piękny, gładki jak lustro, czarny dywan. Ciekawe jak z jego trwałością? Okaże się po kolejnej zimie, pod warunkiem, że w tym roku nas zaszczyci. Osobiście wolałbym nie... ^^. Skoro już zapuściłem się do Zielonki postanowiłem dokręcić do Pobiedzisk, a następnie puścić się przez Promno i Górę w stronę Śwarzyndza. Jadąc ongiś autem z Pobiedzisk do Kostrzyna zauważyłem, że coś dłubią na podjeździe do Góry właśnie. Okazało się, że dłubali i przestali. Cóż, zasmakowałem również odrobiny gravela ;) Dalej już standardowo przez Jankowo, Sarbinowo, Łowęcin i wymieniany powyżej Śwarzyndz trafiłem do Antoninka, czyli w zasadzie już Poznań. Pogodowo idealnie...do dzisiaj włącznie, żeby nie było za wesoło. Jeszcze będzie przepięknie... :)
Tym razem bez nadmiernego rozpisywania się - ot znowu ciepło, znowu słonecznie i znowu wietrznie (choć bez przesady - bywało gorzej). Dzisiaj obrałem sobie za cel wypad na południe wzdłuż Warty (czytaj z wiatrem w ryj), zaliczenie Pożegowskiej i powrót z nieocenioną pomocą sił natury. To tyle :)