Dziś wyjątkowo z pomysłem na trasę, gdyż znikomy wiatr sprzyjał wyborowi miejsca docelowego. Padło na OW w Skorzęcinie do którego docieramy przez Kędzierzyn, Piaski i Sokołowo. W "skoju" oczywiście pustki, raz po raz tylko było słychać stukanie młotka, najprawdopodobniej z remontowanego domku. Powrót do Gniezna przez Sokołowo, Krzyżówkę, Lubochnię i Szczyniki Duchowne.
Spontaniczny wypad bez pomysłu na trasę. Zgarnąłem Marcina ze sobą i po 11:00 wyruszyliśmy w kierunku daaawno nie odwiedzanego Kłecka. Dojazd na kłecki rynek przez Zdziechowę, Mączniki i Biskupice. Marcin zaproponował by korzystając z faktu iż zawitaliśmy w te strony odwiedzić wiadukt kolejowy w ciągu linii do Rejowca. Jak zaproponiwał tak uczyniliśmy. Na miejscu okazało się że wiadukt został wyremontowany i prezentuje się całkiem okazale. Skoro zapędziliśmy się już praktycznie za Kłecko wyszedłem z pomysłem dalszej jazdy do Gorzuchowa i Zakrzewa. W Gorzuchowie ponownie po dłuższej przerwie odwiedziliśmy miejsce spalenia zielarek, natomiast w Zakrzewie tradycyjnie obfociliśmy pięknie odrestaurowany XIX-wieczny pałac. Spod pałacu mijając po drodze starą gorzelnie pokręciliśmy do Waliszewa i wzdłuż jez. Lednickiego dotarliśmy do Dziekanowic. Tu też uświadomiliśmy sobie dlaczego dotychczas tak dobrze nam się jechało. Powrót do Gniezna przez Łubowo był istną mordęgą - jazda pod wiatr wiejący w porywach koło 30 km/h do przyjemnych nie należy. Do domów wróciliśmy nieźle umordowani, ale zadowoleni ze spontanicznego tripu w całkiem przyjemnych (do czasu) okolicznościach pogodowych.
Odpowiadając na wezwanie Pana Jurka stawiłem się niezawodnie w umówionym miejscu o umówionej porze. Po kilku chwilach dobił do nas Marcin i tym samym tzw. klasyczną trójcą ruszyliśmy przed siebie. Pierwotnie plan zakładał objazd Lasów Królewskich, w tym objechany niedawno z Micorem odcinek a następnie powrót, ale ponieważ jechało się wyśmienicie a pogoda wybitnie sprzyjała (mimo mocno średnich prognoz) postanowiliśmy rozszerzyć naszą trasę o kolejne punkty. Tym samym zaliczając rogala przez Lasy Królewskie wylądowaliśmy w Strzyżewie Smykowym, skąd przez Lulkowo i Kalinę trafiliśmy do OW w Jankowie Dolnym. Plażowiczów i nurków-amatorów brak ;). Nadal było nam mało, więc po raz kolejny i zarazem ostatni tego dnia rozszerzyliśmy trasę o objazd jez. Wierzbiczańskiego. Powrót do Gniezna wzdłuż torów przez Wierzbiczany i Arkuszewo.
Rekreacyjny wypad do Lasów Królewskich. Dojazd przez Pyszczyn, Krzyszczewo, Łabiszynek, skąd kocimi łbami dotarliśmy nad jez. Piotrowskie. Stąd lasem do Leśniczówki Brody, a następnie drogą skrajem lasu w towarzystwie płynącej obok Wełny. Na ten odcinek muszę wrócić wiosną - okolica jest naprawdę urokliwa. Powrót przez Dębówiec i Orcholską do Gniezna. Miło było pokręcić po dawno nie uczęszczanych ścieżkach.
W sobotę umówiłem się z Micorem na współny wypad do Poznania. Micor miał biznes do zrobienia, ja zawsze chętnie pokręcę do stolicy Wielkopolski - nie było się nad czym zastanawiać. Nadałem temat Marcinowi, Marcin nadał temat Panu Jurkowi i tym samym o 9:00 rano wystartowaliśmy w starym, czteroosobowym składzie. Był tylko jeden problem - jeszcze w sobotę wieczorem prognozy przewidywały słońce i względne ciepełko. Okazało się jednak że prognozy swoje, a natura swoje - niedziela przywitała nas gęstą mgłą. Na szczęście nikt nie wymiękł, a frajda z wspólnej jazdy zniwelowała do zera nieprzyjemnie zimną i wilgotną aurę. Do Poznania dotarliśmy wariantem asfaltowym przez Wierzyce, Pobiedziska, Górę, Sarbinowo i Swarzędz z obowiązkową wizytą na Malcie i na Rynku. Powrót PKP.
Wypad w teorii spontaniczny, gdyż jeszcze w sobotę po południu plan na niedzielę zakładał odpoczynek od dwóch kółek. W godzinach wieczornych otrzymałem od Micora info że będzie miał wolne popołudnie. Pięknie! Pozostało jedynie ustalić trasę i można jechać. Konceptów miałem kilka, ale ostatecznie w związku z prognozowanym wiatrem padło na Puszczę Zielonkę, a tym samym zminimalzowanie ryzyka wmordewindu na szlaku. Dla pewności start ustaliliśmy na 10:00 rano i o tej też godzinie ruszyliśmy przed siebie. Do Tuczna dotarliśmy nad wyraz szybko - to w głównej mierze zasługa przepięknej jak na luty pogody, a co za tym idzie - motywacji do jazdy. Zjazd z asfaltów w głąb Puszczy jeszcze dodatkowo spotęgował ten stan :). W Zielonce zorganizowaliśmy sobie krótką przerwę na posiłek i herbatę, a następnie pokręciliśmy dalej, zgodnie z wyrysowanym śladem na Dziewiczą Górę. Na szczyt dotarliśmy czerwonym szlakiem. Tam kolejna krótka przerwa na energetyka i ciacho, a następnie zjazd szutrem do Kicina i droga powrotna przez Wierzonkę, Uzarzewo, Biskupice, Promno i Pobiedziska do domu. W tych oto pięknych okolicznościach przyrody pękła pierwsza stówa w tym roku. Mam ochotę na kolejne, ale póki co dzień przerwy - tyłek musi dojść do siebie ;).
Wyjazd zgodnie z ustaleniami z dnia wczorajszego - o 11:00 wraz z Micorem startujemy tradycyjnie już z Wenecji, dziś w kierunku Dziekanowic. Ponieważ prognozy nastrajały bardzo optymistycznie postanowiłem zagrać pogodzie na nosie i ubrać się zdecydowanie bardziej wczesnowiosennie niźli zimowo jak na początek lutego przystało. Jak się później okazało było to bardzo dobre posunięcie. Spod Ostrowa Lednickiego ruszamy na objazd jeziora odwiedzając po drodze Pola Lednickie i karczmarza z Waliszewa. Ponownie do Dziekanowic dotarliśmy przez Waliszewo i Siemianowo. Ponieważ było nam mało postanowiliśmy przeciąć dawną DK5 i ruszyć w stronę Fałkowa. Z Fałkowa okrężną drogą przez Leśniewo, Goranin i Pawłowo dotarliśmy do Mnichowa gdzie odłączyłem się od Dawida i pokręciłem z powrotem prosto do Gniezna.
Szybki, dotleniający wypad od rana. Plan zakładał objazd miasta, wyszła praaawie pełna pętla. Wieje niby mniej, ale nadal nieprzyjemnie. Na szczęście coraz częściej pojawiające się na niebie słońce rekompensuje te nieprzyjemności :)