Micor wyciągnął mnie na terenową pętlę do PK Promno. Z początku stawiałem opór, ale ostatecznie dałem się przekonać i nie żałuję ani jednej minuty :). Poburzowe warunki sprawiły, że poza asfaltami jeździło się wy-śmie-ni-cie! Powrót dla odmiany po twardym przez Pobiedziska Letnisko, Pobiedziska, Wierzyce i wzdłuż S5. A co do lapsusa w tytule - Matka mnie spytała gdzie tak rower utytłałem, to mi się chlapnęło "w PK Porno" i tak już zostało... ;)
Totalnie spontaniczny wypad na najwyższe wzniesienie Pojezierza Gnieźnieńskiego. Wieczorem ogarnąłem prognozy - były idealne, choć ranek zapowiadał się chłodny jak na czerwiec. Na miejscu zlądowałem pół godziny przed wschodem, więc był czas by napoić się herbatą z termosu. To co działo się później to istna magia - wielka, ognista kula wyłaniająca się zza horyzontu była wręcz hipnotyzująca. Zdjęcia niestety tego do końca nie oddają... Powrót praktycznie tą samą trasą z rundką honorową przez miasto.
Coweekendowy standard. W sobotnie południe miła niespodzianka - odwiedzili mnie p. Jurek wraz z Mateuszem :) Mam nadzieję że w drodze powrotnej nie zmokli bo prognozy swoje a pogoda swoje.
Do Pierzysk jechało się w porządku, natromiast tuż przed stacją dopadło nas mokre cholerstwo. Stwierdziliśmy że przeczekmy, więc zatrzymaliśmy się na przystanku. Po pół godzinie doszliśmy do wniosku że nie odpuści i chcąc nie chcąc ruszyliśmy do domów. Deszcz towarzyszył mi aż do końca - raz słaszy, raz mocniejszy, ale w ogólnym rozrachunku jakiejś wielkiej tragedii nie było. Pokuszę się nawet o stwierdzenie że w tym deszczu jechało się bardzo przyjemnie.
Dzień wolny od wszystkiego należało stsownie wykorzystać. Padło na okołopoznański klasyk, czyli Pierścień Rowerowy wokół stolicy Wielkopolski. Na szlak postanowiliśmy dojechać autami, więc o nieprzyzwoitej 7:00 rano spotykamy się w ustalonym punkcie, ładujemy rowery do samochodów i mykamy do Dąbrówki Kościelnej. Obawialiśmy się wiszących nad nami od rana chmur, ale w ogólnym rozrachunku okazało się że z aurą trafiliśmy idealnie - bezdeszczowo, nieszczególnie zimno, ale też zdecydowanie nie gorąco, no i w sumie cały czas bezwietrznie. Pierwsze kilometry to przejazd przez Puszczę Zielonkę do Murowanej Gośliny, dalej Promnice i przebitka przez Poligon Biedrusko (bez jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu). Dalej zgodnie z pomarańczowym oznakowaniem szlaku Kiekrz, Sady i Lusowo w którym zorganizowaliśmy pierwszą pauzę na śniadanie. Posileni ruszyliśmy dalej w kierunku Stęszewa mijając po drodze liczne pomniejsze wioski. W Stęszewie zaatakowalićmy Żabkę by nabyć drogą kupna jakieś enerdżajzery i cukier w jakiejkolwiek postaci. Za Stęszewem czekała nas przebitka przez WPN i wylot w Mosinie. Na Osowej zahaczyliśmy oczywiście o wieżę widokową, lecz niestety to co mieliśmy okazję zobaczyć z góry ciężko było nazwać jakimkolwiek widokiem - ot komin w Mosinie, kilka dachów, a z drugiej strony drzewa i mleko. Spod wieży pokręciliśmy do Rogalina gdzie ku naszemu szczęściu działała lokalna restauracja i można było się solidniej posilić. Kolejne kilometry to w sumie cały czas asfaltowa nuda - Kórnik, Gądki, Tulce, Trzek i Kostrzyn. Z Kostrzyna cały czas podążając za pomarańczowym znakowaniem chwilę pomknęliśmy asfaltem na Pobiedziska, by w Tarnowie znowu chwycić teren. Kolejne wsie i osady na trasie to znane nam doskonale Góra, Promno, Wronczyn, Bednary oraz Stęszewice (z "przezajebistą" betonką na czele) i ostatecznie punkt wyjścia, czyli Dąbrówka Kościelna. Na koniec selfiaczek, rowery do aut, piona i zmykamy do Gniezna.