Dziewiczy wyjazd nowego Evado Agnieszki. Przesiadka na rower crossowy (za moim błogosławieństwem) była nad wyraz trafioną decyzją ;) Poza tym ciepły standard, czyli nad Kierskim wuchta wiary, nad Strzeszyńskim wuchta wiary, nad Rusałką również wuchta wiary. Wuchta do tego stopnia, że miałem dosyć zanim w ogóle tam dotarłem ;)
Ktoś podpieprzył lato, a w zasadzie późną wiosnę :/ Niestety biorąc pod uwagę ostatnią aurę i niesprzyjające prognozy trzeba było pogodzić się z faktem, że sobotnia aktywność rozminie się z promieniami słońca. Dzisiaj padło na Pałuki, a konkretnie na szosową rundę do Żnina i z powrotem. Na północ jechało się wyśmienicie co oznaczało, że powrót nie będzie należał do najprzyjemniejszych, a wyjazd ze Żnina tylko to udowodnił. Podjęliśmy decyzję o zmianie trasy powrotnej i zamiast testować serwisówki wzdłuż nowego odcinka S5 ruszyliśmy ku leśnostradzie z Bełek do Gołąbek. Niestety jak powszechnie wiadomo nic nie trwa wiecznie - las musiał się w końcu skończyć i odcinek z Jastrzębowa do Gniezna przebiegał w wybitnie niekorzystnych warunkach. Ostatecznie jednak do Gniezna wróciliśmy usatysfakcjonowani z kolejnym Gran Fondo na koncie :).
A straszyli że będzie padać... ;) Za to wiało, oooooj jak wiało! Na szczęście powrót z Jerzykowa starą 5 to jazda praktycznie z darmo, ale co się człowiek do Jerzykowa namordował to jego :P
No w końcu! Niemalże trzytygodniowa abstynencja spowodowana zabiegiem i powiązanymi z nim niespodziewanymi komplikacjami została wreszcie przełamana. Co prawda do stanu wyjściowego trochę brakuje, a powikłania dają się jeszcze we znaki, ale idzie ku dobremu. Nastał ten upragniony dzień, kiedy samopoczucie i siły pozwoliły wpiąć się w SPD i ruszyć na jedną z okołopoznańskich pętli z zamiarem zaczerpnięcia rowerowej wolności i świeżego (sorry - "świeżego") powietrza, oraz przetestowania drobnych zmian w Francuskim Łączniku. Ów zmiany to efekt kompletowania setupu na Kórnicki Maraton Turystyczny który (cały czas w to wierzę) odbędzie się 1-2.08. W tzw. międzyczasie wolnym od jazdy zaopatrzyłem się w nowe opony Continental Speed King CX w rozmiarze 35C, a sprzęt bagażowy rozszerzyłem o Płetwę z gdyńskiego JackPacking, oraz tobół pod siodło Topeak Backloader o pojemności 15L. Po dzisiejszym wypadzie jestem więcej niż ukontentowany - nowe gumy zakupione z myślą o naszych mocno zróżnicowanych asfaltach i polnych/leśnych duktach były strzałem w dziesiątkę, natomiast o torbach jeszcze się nie wypowiadam, gdyż nie miały okazji wykazać swojego pełnego potencjału. Jeszcze na szybko o dzisiejszej trasie - sąsiedzka pętla przez Rokietnicę, Napchanie, Tarnowo Podgórne, Lusówko i Lusowo, a na koniec Batorowo i z powrotem Poznań. Oczywiście jak na złość tuż po wyjściu pogoda musiała się zepsuć, słońce zaszło chmurami, a ja ambitnie na full krótko. Tragedii nie było, ale komfortem bym tego nie nazwał.
Tytułem utworu nieodżałowanego Zbigniewa Wodeckiego postanowiłem nazwać dzisiejszy wpis, bo w sumie wszystko się zgadza. Po wczorajszych wojażach po kujawsko-pomorskiem wróciłem na swój fyrtel i ruszyłem na jedną z moich standardowych pętli, a że po raz kolejny padło na północny-zachód, czyli Kiekrz, Sady, Lusowo, Batorowo i z powrotem Poznań (bo lubię ten wariant trasy), to postanowiłem właśnie tam wrócić. Mówiłem że wszystko się zgadza? Pan Zbyszek się nie mylił :) Zdjęć nie będzie, bo zwyczajnie nie chciało mi się ich robić - dzisiejsze zerowe saldo elegancko bilansuje wczorajszą obszerną fotorelację. Chętnych oglądania, a niekoniecznie czytania zapraszam więc do wczorajszego wpisu :).
Trasę po trzech mostach na nieczynnych liniach kolejowych wpisałem w swój terminarz wypadów już ponad tydzień temu, gdy tylko zorientowałem się, że kolejna sobota zapowiada się wyśmienicie. A nie, to nie tak... Jeszcze raz. Trasę po trzech mostach na nieczynnych liniach kolejowych zacząłem proponować Agnieszce dobry rok temu. Kilka razy było naprawdę blisko realizacji, lecz w ogólnym rozrachunku za każdym razem coś wypadało i musiałem obejść się smakiem. A ile się o tej pętli naopowiadałem to tylko moje :P. Ostatecznie postanowiłem rozegrać to inaczej - oznajmiłem, że w najbliższą sobotę jedziemy i basta, a gdyby miało się okazać że pojadę sam, to pojadę sam. O! W tzw. międzyczasie zaproponowałem nasze towarzystwo Marcinowi, który na ów pomysł przystał i zabukował sobie wyznaczony termin. Koncept klasycznej trasy z Gniezna musieliśmy odrobinę zmodyfikować, gdyż Agnieszka nie jest jeszcze na etapie wyjazdów 100 km+. Szczerze mówiąc "Trzy mosty" były Jej pierwszą dłuższą wyrypą w tym roku. Wspominana powyżej modyfikacja polegała na zapakowaniu rowerów do samochodu i dojeździe do Trzemeszna, skąd wyznaczyłem start i dokąd mieliśmy wrócić. W Trzemesznie stawiliśmy się koło 11:00 zgarniając po drodze Marcina (przemieszczającego się we własnym zakresie - social distancing, wiadomo :P), zostawiliśmy samochody pod Tesco i ruszyliśmy przed siebie. Wystarczył pierwszy zjazd z asfaltu w szutry żeby utwierdzić się w przekonaniu, że "męczenie buły" o wyjazd na żeloźnoki było warte zachodu - utwierdziłem się w przekonaniu, że to moja ulubiona i zarazem najciekawsza trasa z tych zlokalizowanych w okolicy (powiedzmy) Gniezna. W szczegóły trasy nie będę się zagłębiał - są zdjęcia, jest mapa, połączycie sobie kropki :P. Dodam tylko co następuje: Agnieszka dała radę, co mnie niezmiernie ucieszyło - to raz. Trasa się Jej podobała - to dwa. Nie wiem czy pod wpływem endorfin, czy wzrostu zaufania do moich rowerowych planów postanowiła "zrobić" ze mną w nadchodzące wakacje wybrzeże od Świnoujścia aż po Hel - to trzy. Przeprosiłem się z moim wiernym kompanem (tak, chodzi o Strażnika Teksasu w postaci składaka MTB) i wcale tego nie żałuję - to cztery. Złapaliśmy też pierwszą solidną kolarską linię - ja już tradycyjnie z wyraźnym odcięciem w odpowiednich miejscach, Agnieszka niestety na raczka i nie do końca z tego powodu zadowolona. Kobieta, wiadomo... :P. Na koniec spakowaliśmy rowery, pożegnaliśmy się z Marcinem i zadowoleni (a w 50% styrani) wróciliśmy do Poznania. Marcin, dzięki za towarzystwo! Zapraszam do galerii nieruchomych obrazków - natrzaskałem ich więcej niż zazwyczaj! Gwoli ścisłości i aby formalności stało się zadość - zdjęcia, na których występuje moja parszywa facjata (bądź plecy) podrzucił Marcin :) P.S. Dlaczego po hiszpańsku? Nie mam pojęcia :D Tytuł wpisu wkręcił mi się podczas jazdy i tak już zostało... ;)