Travel on Gravel!

kubolsky
Piątek, 23 lipca 2021 Komentarze: 1
Dystans 303.98 km
Czas 14:34
Vśrednia 20.87 km/h
Uczestnicy
Vmax 56.88 km/h
Tętnośr. 107
Tętnomax 146
Kalorie 8094 kcal
Podjazdy 1176 m
Temp. 18.0 °C
Więcej danych
Kolejny, można rzec dość spontaniczny wyjazd z kategorii "nad morze w jeden dzień" (choć jak się nad tym zastanowić to ani w jeden dzień, ani w dobę, po prostu na raz).
Jak do tego doszło? Już tłumaczę. Z początkiem tygodnia, przeglądając prognozy zagaiłem Marcina o Jego plany na najbliższą sobotę. To co stało się po chwili wprawiło mnie w nieplanowaną ekscytację. Marcin zapytał o to, co bym powiedział na Kołobrzeg w piątek po pracy. Zastanawiając się góra chwilę przystałem na propozycję i jeszcze tego samego dnia zabrałem się za planowanie trasy. Warunek był jeden - drogi utwardzone ze wskazaniem na asfalt. Pierwotny plan zakładał powtórkę trasy sprzed trzech lat, a przy okazji pokrycie się w połowie z ubiegłorocznym VI KMT. Nie do końca uśmiechało mi się zaliczanie po raz kolejny tego samego śladu, więc trzeba było wymyślić alternatywę, co w ogólnym rozrachunku udało się nie najgorzej.
Na pomorze wyruszyliśmy we trójkę tuż po 19:00. Jak to trójkę, zapytacie? Otóż jechał z nami Łukasz, kolega Marcina i jak się okazało sprawca całego zamieszania :) Łukasz chciał się sprawdzić na dłuższym niż bodajże 140 km dystansie (Jego nieaktualny już rekord).
Pierwsze kilometry wiodły nas do Wągrowca do którego trafiliśmy już po zmierzchu. Zanim jednak tam dotarliśmy musieliśmy (a konkretnie Marcin jadący rowerem szosowym) zmierzyć się z krótkim, teoretycznie nieplanowanym (gdyż mapa mówiła coś zgoła innego), piaszczysto-terenowym odcinkiem. Z Wągrowca pokręciliśmy dalej do Budzynia, a następnie do Chodzieży. Tuż za Budzyniem na prośbę Marcina nastąpiła jedyna podczas tego wypadu zmiana trasy. Obawiając się kopnych piachów, które to Marcin przyuważył przeglądając ślad na Google Maps postanowiliśmy ominąć ten odcinek i dotrzeć do dawnego miasta porcelany poboczem (a od Podanina DDR-ką) ruchliwej nawet o tej porze DK11.
Na Chodzieskim rynku zorganizowaliśmy chwilową pauzę, a następnie po góra 15 minutach ruszyliśmy dalej w kierunku Doliny Noteci. Tuż za miastem, na pierwszym napotkanym przystanku postanowiliśmy narzucić na siebie dodatkowe warstwy odzieży (w moim przypadku nogawki, rękawki i wiatrówka) w obawie przed chłodem, zwłaszcza w nocy, z którego znane są te tereny. Odpowiednio ubrani, mijając po drodze Kaczory w których pękła nam pierwsza stówa, a następnie zaliczając poprowadzoną wzdłuż torowiska DDR dotarliśmy do Piły. Tutaj też zaplanowaliśmy kolejną, tym razem ciut dłuższą przerwę. Okazało się jednak, że z mijanych w mieście raptem dwóch stacji benzynowych jedna była już zamknięta (Gniezno - Katowice i pierwsza stówa do Kalisza - pamiętamy!), a druga, na wylocie na szczęście była czynna, ale w remoncie, co oznaczało ograniczony asortyment. Skusiliśmy się na bagietki, Chłopaki na energetyki, ja na kawę i bezalkoholowe i tak minęło nam kolejne ok. 20 minut przerwy.
Z pilskich rogatek, względnie nasyceni ruszyliśmy do Wałcza, a następnie przez kolejne zachodniopomorskie wsie na północny-zachód. Noc była w miarę ciepła, bezwietrzna, ruch na wybranych przez nas bocznych drogach dosłownie zerowy, więc jechało się wyśmienicie. Wiedzieliśmy jednak, że tuż przed wschodem słońca możemy spodziewać się dwóch rzeczy - najniższej podczas każdego takiego wypadu temperatury, oraz znużenia, zwanego potocznie "kryzysem". Obie te przypadłości dopadły mnie tuż po chwilowej pauzie na przystanku w Sośnicy. Krótka, 10-minutowa przerwa spowodowała, że mięśnie ostygły, więc chwilę po ponownym starcie momentalnie poczułem przeszywające zimno. Mam wrażenie, że czegokolwiek bym na siebie nie założył, przez towarzyszące człowiekowi zmęczenie i brak snu i tak byłoby niewystarczająco ciepło. Pierwszą, większą miejscowością na tym odcinku trasy był Złocieniec i to właśnie tam zaplanowaliśmy kolejną przerwę na stacji. Jechało się ciężko, a wizja ciepłej kawy tego nie poprawiała. Jestem niemal pewny, że co jakiś czas, dosłownie na ułamek sekundy przysypiałem, a moje powieki stały się nieznośnie ciężkie i nic nie można było na to poradzić. Z takiego stanu rzeczy wyprowadziła mnie dopiero tablica kierunkowa obwieszczająca wszem i wobec, że Złocieniec pojawi się na naszej trasie za 10 km. Czad! Byliśmy przekonani, że do kawy co najmniej dwa razy tyle. Senność momentalnie ustąpiła, zimno również przestało być aż tak dokuczliwe. Niestety, przedwczesną radość zweryfikowały realia - do Złocieńca dotarliśmy o wschodzie słońca, a o tej porze żaden z lokalnych sklepów nie był jeszcze otwarty. Co prawda wyszukaliśmy stację benzynową, ale znajdowała się wybitnie nie po drodze, a my postanowiliśmy nie odbijać z obranego szlaku.
Opuszczając nieprzyjazne rowerzystom miasto w końcu ujrzeliśmy słońce, już sporo nad horyzontem. Ponownie wstąpiła w nas chęć do jazdy, a to uczucie poprawiła ścieżka rowerowa na którą właśnie wjechaliśmy. Ów ścieżka to nic innego jak dawna linia kolejowa Złocieniec - Połczyn Zdrój, którą po zamknięciu postanowiono zaadaptować do roli DDR, czyli zalać asfaltem, wzbogacić o odpowiednią infrastrukturę, w tym oznakowanie i oddać do użytku rowerzystom. Jak dla mnie rewelacja! Na tejże ścieżce, a w zasadzie tuż przed tym jak ją opuściliśmy pękła nam kolejna stówa, czyli 200 km za nami, zostało mniej, niż więcej ;). Z niewątpliwie przyjaznej DDR-ki zjechaliśmy przed wsią Gawroniec zaliczając przy okazji kolejną pauzę na rozprostowanie kości i odpoczynek dla stóp.
Kolejne kilometry to jazda pięknymi i coraz bardziej pofałdowanymi terenami Drawskiego Parku Krajobrazowego. Jadąc naprzemiennie to w górę, to w dół, mijając po drodze kolejne małe wsie i osady dotarliśmy pod sklep w Cieszeniewie. Jest to o tyle istotne, że poza faktem że był on otwarty i można było płacić kartą (co nie jest tak oczywiste) dopiero tutaj pozbyliśmy się dłuższych warstw odzienia.
Spod sklepu ruszyliśmy dalej przed siebie i zaliczając po drodze zapamiętaną przez nas dobrze (w moim przypadku było drugie podejście) sztajfę w Rąbinie dotarliśmy do Białogardu. Tu nie było dyskusji - Orlen co prawda był nam nie po drodze, ale konieczność wlania w siebie kofeiny zdecydowanie przewyższała ustalenia o nie zjeżdżaniu z trasy. Tym sposobem zaliczając ostatnią przed spotkaniem z Bałtykiem przerwę zaliczyliśmy również rogala przez miasto z którego ruszyliśmy prosto ku wybrzeżu. Z każdym kolejnym kilometrem robiło się coraz bardziej płasko i coraz bardziej nudno. Ostatnie 35 km do Ustronia Morskiego/Sianożętów to kolejne następujące po sobie zachodniopomorskie wsie, w zasadzie identyczne, niby zamieszkane, ale wrażenie sprawiały zgoła odmienne.
Na plaży w Sianożętach zameldowaliśmy się o 12:15. Tradycyjnie usatysfakcjonowani przybiliśmy piątkę Łukaszowi, dla którego było to nie lada wyzwanie i jak sam stwierdził "był to Jego pierwszy i ostatni raz" ;). Po wykonaniu obowiązkowych zdjęć na socjale czekała nas jeszcze orka na ugorze w postaci nadmorskiej ścieżki rowerowej prowadzącej do Kołobrzegu. To właśnie na niej pękła nam ostatnia, trzecia stówa i to właśnie ta DDR-ka, zaliczona niedawno w odwrotnym kierunku podczas objazdu szlaku R10 zmotywowała mnie do zakupu dzwonka. Klnąc pod nosem nie raz niecałą godzinę później zameldowaliśmy się pod kołobrzeską latarnią, co można uznać za symboliczny koniec trasy.
Korzystając z chwili wytchnienia zakupiliśmy bilety na pociąg powrotny, a następnie udaliśmy się na zakupy spożywcze. Ostatnie dwie godziny spędziliśmy w parku, rozmawiając, obserwując lokalne towarzystwo, popijając bezalkoholowe i żrąc kabanosy ;).
W pociągu zameldowaliśmy się na 20 minut przed odjazdem. Zajęliśmy miejsca tuż obok spiętych ze sobą rowerów i ruszyliśmy w pełną przygód podróż powrotną turbokiblem, który swoje najlepsze czasy ewidentnie ma już dawno za sobą.
W Poznaniu zameldowaliśmy się koło 20:30, pożegnaliśmy się wzajemnie, Marcin z Łukaszem przesiedli się do Elfa zmierzającego do Gniezna, natomiast ja pokręciłem do domu, przez Piwne Rewolucje, gdzie drogą kupna nabyłem jak najbardziej zasłużone piwo :D.
Marcin, Łukasz, dzięki za uwzględnienie mnie podczas planowania wypadu. Mam nadzieję, że trasa się Wam podobała i nie gniewacie się za te moje regularne odjazdy. Do zobaczenia za rok, we trójkę ;)
Piona!





























Overnight Express, czyli nad morze na strzała ? ⛅ | Ride | Strava
Środa, 21 lipca 2021 Komentarze: 0
Dystans 42.38 km
Czas 01:49
Vśrednia 23.33 km/h
Vmax 37.44 km/h
Tętnośr. 126
Tętnomax 153
Kalorie 1329 kcal
Podjazdy 126 m
Temp. 20.0 °C
Więcej danych
Wtorek, 20 lipca 2021 Komentarze: 1
Dystans 40.03 km
Czas 01:39
Vśrednia 24.26 km/h
Vmax 41.40 km/h
Tętnośr. 129
Tętnomax 159
Kalorie 1241 kcal
Podjazdy 202 m
Temp. 22.0 °C
Więcej danych


Poniedziałek, 19 lipca 2021 Komentarze: 3
Dystans 37.39 km
Czas 01:36
Vśrednia 23.37 km/h
Vmax 38.16 km/h
Tętnośr. 130
Tętnomax 157
Kalorie 1236 kcal
Podjazdy 119 m
Temp. 20.0 °C
Więcej danych








Niedziela, 18 lipca 2021 Komentarze: 1
Dystans 75.18 km
Czas 03:13
Vśrednia 23.37 km/h
Vmax 45.72 km/h
Tętnośr. 139
Tętnomax 192
Kalorie 2716 kcal
Podjazdy 255 m
Temp. 26.0 °C
Więcej danych


Czwartek, 15 lipca 2021 Komentarze: 1
Dystans 53.28 km
Czas 02:12
Vśrednia 24.22 km/h
Vmax 41.04 km/h
Tętnośr. 134
Tętnomax 156
Kalorie 1763 kcal
Podjazdy 155 m
Temp. 23.0 °C
Więcej danych




Środa, 14 lipca 2021 Komentarze: 0
Dystans 24.14 km
Czas 01:03
Vśrednia 22.99 km/h
Vmax 38.88 km/h
Tętnośr. 119
Tętnomax 142
Kalorie 705 kcal
Podjazdy 64 m
Temp. 22.0 °C
Więcej danych
Wtorek, 13 lipca 2021 Komentarze: 0
Dystans 32.62 km
Czas 01:13
Vśrednia 26.81 km/h
Vmax 50.00 km/h
Tętnośr. 131
Tętnomax 157
Kalorie 943 kcal
Podjazdy 118 m
Temp. 26.0 °C
Więcej danych
3City ⛅ Kategoria R10 2021, solo
Sobota, 10 lipca 2021 Komentarze: 2
Dystans 57.43 km
Czas 03:03
Vśrednia 18.83 km/h
Vmax 50.40 km/h
Tętnośr. 122
Tętnomax 164
Kalorie 2117 kcal
Podjazdy 300 m
Temp. 21.0 °C
Więcej danych
Dodatkowy dzień na Helu można podzielić na dwa etapy. Etap pierwszy to obejście Cypla promenadą, zaliczenie kilku militarnych pozostałości, m.in. ruin schronów, baterii przeciwlotniczych czy bunkrów. Jest tam tego w opór, więc dla miłośników militariów i osób interesujących się historią II Wojny Światowej jest to miejsce obowiązkowe. Jest to także jeden z dwóch powodów dla których raczej na pewno tam wrócę. Drugi powód to fakt, że należy udać się na sam koniec Polski by trafić do nadmorskiej miejscowości pozbawionej całej tej przaśności i tłumu wakacjuszy w klapkach z dmuchanymi kółkami wokół pasa i śmiesznymi kapeluszami na głowie, miejscowości gdzie człowiek czuje się dobrze.
Etap drugi to totalny, niczym niezmącony odpoczynek na leżakach z widokiem na Zatokę Gdańską, z pysznym, czeskim piwem w ręce, frytkami z batatów, przy rewelacyjnej muzyce i z kręcącym się to tu, to tam przyjacielskim kudłaczem Foodym. Tak, pół dnia przesiedzieliśmy w Army Bar Charlie i nie żałujemy ani jednej spędzonej tam minuty :).
Poza tym na zdecydowane polecenie zasługują jeszcze dwa miejsca - Maszoperia, czyli knajpka znajdująca się w zabytkowej chacie rybackiej (pyszna jajecznica!), oraz Kutter, gdzie stołowaliśmy się w ramach kolacji dnia poprzedniego (noga z kaczki, modra kapusta z żurawiną, pieczone ziemniaczki - palce lizać!), oraz tego dnia w ramach obiadu (kawał żebra, sałatka z pikli, pieczone ziemniaczki - pycha!). Nie polecam tylko piwa Helskiego - nic szczególnego.

Hel opuszczamy porankiem dna następnego, składem Regio. Jest komfortowo do Władysławowa, za to za Władkiem rower na rowerze, człowiek na człowieku. Do Gdyni pociąg przyjeżdża z 15-minutowym opóźnieniem, więc skład do którego mieliśmy się przesiąść i trafić do Gdańska już odjechał. Na szczęście na peronie obok stoi kolejny, do Bydgoszczy, również jadący przez Gdańsk. Wsiadamy, wysypujemy się na remontowanym Głównym i po krótkiej wizycie w Forum Gdańsk trafiamy do hotelu (ten także nam się udał).

Tego dnia na objazd Trójmiasta ruszam sam, gdyż Agnieszkę dręczą problemy zdrowotne. Po obowiązkowym odświeżeniu razem objeżdżamy stare miasto odpuszczając sobie Westerplatte, po czym Agnieszka wraca do hotelu, a ja swoim tempem ruszam na północ.
Po drodze zahaczam o Amber Arenę (chyba tak teraz oficjalnie nazywa się gdański stadion), wejście na plażę znane z mojego pierwszego "Nad morze w jeden dzień", molo w Sopocie, molo w Gdyni - Orłowo, focąc przy okazji klif Orłowski, a następnie łapiąc trochę przewyższeń i mknąc przez piękne tereny Kępy Redłowskiej trafiam do gdyńskiego portu. W porcie zaliczam obowiązkowy fotostop przy Darze Pomorza i Błyskawicy skąd finalnie udaję się do Babich Dołów celem wykonania jednego konkretnego zdjęcia.
Mając już na koncie komplet zaplanowanych atrakcji wracam na dworzec Gdynia Główna skąd SKM-ką dostaję się z powrotem do Gdańska. Wieczór krótki, bo zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki. Kolejny prysznic i kima. Jutro po 14:00 powrót do Poznania.

Ostatni dzień pobytu na pomorzu to w zasadzie pchanie roweru przez Długi Targ i wzdłuż Motławy, powrót do Forum, wciągniecie "maka" (oj chodził za mną, chodził), podjazd na PKP i radowanie się z posiadania rezerwacji miejsc w pociągu, zarówno dla rowerów jak i dla naszych czterech liter :).

Tyle, to koniec.

Miniony tydzień uważam za bardzo udany. Usatysfakcjonowany (i mówię tu tylko za siebie, Agnieszkę należy podpytać osobno, ewentualnie przeredaguję ten wpis po konsultacji ;) ) kolejną wyprawą z rowerem na czele powoli planuję kolejne :).































































3City ⛅ | Ride | Strava
Czwartek, 8 lipca 2021 Komentarze: 3
Dystans 70.96 km
Czas 04:01
Vśrednia 17.67 km/h
Vmax 32.40 km/h
Tętnośr. 109
Tętnomax 143
Kalorie 2315 kcal
Podjazdy 111 m
Temp. 21.0 °C
Więcej danych
R10 2021 - Dzień szósty.

Ostatni dzień wyprawy na Hel, biorąc pod uwagę okoliczności dnia poprzedniego można w zasadzie nazwać spacerkiem.
Szóstą dobę zaczęliśmy od śniadania w Dębkach, może nie tak szałowego jak w Ustroniu, ale za to taniego :). 
Dębki zgodnie z przebiegiem szlaku opuściliśmy leśnymi duktami, by po kilku kilometrach wskoczyć na ewidentnie przedtrójmiejskie asfalty. Domy stojące przy szosie w Karwieńskich Błotach jasno wskazywały na to, że kręci się tu większy "piniondz". Im bliżej Małego Trójmiasta się znajdowaliśmy, tym trudniej było oszacować w której miejscowości się obecnie znajdujemy, gdyż płynnie przenikały się jedna w drugą. Raczej bezproblemowo rozpoznałem Rozewie, ponieważ tam właśnie znajdowała się kolejna latarnia do zaliczenia. Spod latarni w zasadzie aż do końca, ale na potrzeby tego wpisu przyjmijmy że do wylotu z Władysławowa prowadziła nas dobrze oznakowana DDR-ka. Po wjechaniu na Półwysep Helski rozpoczęła się mniej lub bardziej nierówna walka z jeszcze bardziej nierówną kostką brukową, setkami rowerzystów i kolejnymi setkami aspirujących do bycia wyluzowanymi surferami gówniarzy. Jedną z dwóch przerw na półwyspie zaliczyliśmy w Chałupach w mocno średnio pasującym mi klimatem kontenero-barze. Przynajmniej mieli bezalkoholowe. Kolejna, krótsza pauza to Jastarnia i fotostop przy najniższej i niedostępnej do zwiedzania (bo i niewiele do zwiedzania tam jest) latarni. Z Jastarni przez Juratę ruszyliśmy już bezpośredniio na Hel. Ostatni odcinek szlaku, czyli wijąca się między drzewami ubita, szutrowa droga z licznymi, krótkimi podjazdami i zjazdami bardzo przypadł Agnieszce do gustu. Na końcu, lub na początku (zależy od której strony patrzeć) Polski zameldowaliśmy się w towarzystwie deszczu, który to deszcz w ogóle nie przeszklodził nam w zaliczeniu ostatniehj na naszej trasie latarni i Kopca Kaszubów. Oficjalnie zakończyliśmy zaplanowaną przeze mnie wyprawę z lewa na prawo.
W drodze powrotnej przez totalny przypadek trafiliśmy do jak się okaże najfajniejszego miejsca na Helu - Army Bar Charlie, zdecydowanie polecamy! Po posileniu się pysznymi, naprawdę pysznymi frytkami z batatów i wypiciu zasłużonego piwa ruszyliśmy do kwatery, też udanej zresztą.
Na Helu zostajemy jeden dodatkowy dzień.





























Zusammen R10 #06: Odargowo - Hel ⛅ | Ride | Strava

TROCHĘ O MNIE

Ten blog rowerowy prowadzi kubolsky z miasta Poznań
  • Mam przejechane 91037.74 kilometrów
  • Jeżdżę ze średnią prędkością 21.88 km/h


91037.74

KILOMETRÓW NA BLOGU

21.88 km/h

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ

173d 08h 07m

CZAS W SIODLE