Lasy Czerniejewskie, obiadek, Pobiedziska, Krześlice i awaria
Niedziela, 21 lipca 2013
Komentarze:
5
Tak jak się z p. Jurkiem umówiliśmy, po powrocie z dworca (z kompletem biletów! :) ), o 11.00 zainicjowałem rozmowę telefoniczną, podczas której jako godzinę wyjazdu ustaliliśmy samo południe. Dobrze, miałem czas na ogarnięcie się i jeszcze jedno szybkie, odmóżdżające przejrzenie internetów ;) i można było śmigać. Tradycyjnie już podczas wojaży z p. Jurkiem ruszyłem ku Biedrze przy Liliowej. Zjechaliśmy się idealne, piąteczka, tradycyjna rozkmina p.t. "gdzie?" i lecimy. Padło na Lasy Czerniejewskie, wariant dojazdu - przez Pawłowo. Do samego Pawłowa asfaltami poszło gładko i szybko, mimo delikatnego, choć odczuwalnego wmordewindu. We wsi odbiliśmy w stronę lasu i już po chwili śmigaliśmy zadrzewionymi duktami.
Ten etap dzisiejszej trasy znany mi była tylko częściowo, lecz ostatecznie nawet ja nie byłem w stanie określić gdzie jesteśmy. Na szczęście mój dzisiejszy kompan wiedział doskonale :). Kapnąłem się dopiero przecinając drogę Wierzyce - Czerniejewo. Pokręciliśmy nią dosłownie z minutę i odbiliśmy w lewo na Rakowo. Bitumiczny dywan w końcu się skończył, a zaczęły się piachy. Szczęśliwie te również nie trwały długo i kilka obrotów korbą później cięliśmy prostym duktem przez las. Prosta skończyła się tuż nad obleganym dziś jez. Baby. Popatrzyliśmy chwilę na ludzi którzy dla chwili ochłody postanowili zapuścić się w sam środek lasu, a następnie cofnęliśmy się kawałek by wskoczyć na wiodący wokół bajora singielek. Po paru minutach znajdowaliśmy się na drugim brzegu.
Później wspinaczka na skarpę, gdzie ze szczytu, z drugiej jej strony widać jez. Uli. Gdzieś tam obok powinno być ostatnie z trzech "oczek" - Ósemka, ale tego już nie wyczaiłem. Ruszyliśmy prostą drogą przez las, po drodze mijając Jezierce, ku Wierzycom.
Tam ponoć w knajpie na zakręcie dają smacznie jeść :). Jako że zbliżała się pora obiadowa, a ja na krótki czas zostałem słomianym wdowcem, zdrowo się nagrzałem na taką opcję :P. Dotarliśmy na miejsce, zamówiliśmy każdy po zestawie obiadowym i zabraliśmy się do czynnej konsumpcji. Było pycha!
Konkretnie posileni uregulowaliśmy rachunki i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. W końcu nietaktem było by po godzinie jazdy i uzupełnieniu spalonych kalorii wrócić do domu. Zaproponowałem kierunek Pobiedziska, dalej Krześlice i stamtąd do Gniezna. Tak też uczyniliśmy. Górą myknęliśmy nad S5 i znowu asfaltem ruszyliśmy do Pobiedzisk. Ustalenia były takie - "Pełne brzuchy, nigdzie się nie spieszy, więc jedziemy spokojnie, rekreacyjnie". Realia natomiast takie - nie schodziliśmy poniżej 30 km/h i nawet tego nie czuliśmy :). Tym sposobem, w ekspresowym tempie znaleźliśmy się na rynku, na którym byłem chyba pierwszy raz w życiu.
Wyczaiłem obleganą budkę z lodami, czyli muszą mieć coś dobrego. Ja skusiłem się na koktajl jagodowy, p. Jurek na lodzika włoskiego. Mi smakowało, p. Jurkowi chyba też :). Ruszyliśmy dalej ku Krześlicom. Pan Jerzy zaproponował, by na światłach walić prosto, to w takim wypadku nie będziemy musieli cofać się spod pałacu na szlak do domu. Ok, jedziemy! Przez Nadróżno, Złotnioczki dotarliśmy do Wronczyna, czyli właściwie na skraj puszczy Zielonka. Tu jednak musieliśmy odbić w prawo, później znowu w prawo i szybko w lewo ;) i prostą wśród kukurydzy do Krześlic. Tu też kapnąłem się, że korba mi jakoś dziwnie pracuje, a co jakiś czas słyszę strzały :P. Zatrzymałem się, poruszałem ramieniem korby i są luzy :/. Wkład suportu szlag trafił. Trudno - do domu dojadę, ale jutro z rana trzeba oddać sprzęt do sąsiada. W końcu we wtorek wyjazd. Trochę kijowo wyszło, bo obiecałem sobie, że jak mi się korba posypie to wymienię ją na coś lepszego, ale teraz nie było już na to czasu. Z drugiej strony dobrze, że awaria nastąpiła teraz, a nie nad morzem. Spokojniejszym tempem dotarliśmy pod pałac w Krześlicach.
Z Krześlic, znanym mi szlakiem ruszyliśmy do domów. Najpierw gruntowy skrót przez pole, którego pan Jurek nie znał i jesteśmy we Węglewie - wsi, w któej urodził się Józef Kostrzewski, wybitny archeolog, odkrywca osady w Biskupinie.
Dalej zgodnie ze wskazaniami oznaczeń szlaku, traktem polnym dotarliśmy w okolice Lednogóry.
Tu też, w środku niczego podjechała biała Polówka na PZ-tach, a pasażerowie zaczęli nas dopytywać o drogę do skansenu w Dziekanowicach. Kulturalnie, najprościej jak się da wytłumaczyłem, że muszą zawrócić, do końca prosto, w prawo, na światłach w lewo i mijając jez. Lednickie zauważą kierunkowskaz. My ruszyliśmy dalej, a oni nie zawrócili. Potem jeszcze dwa razy mijalimy ich po nie tej stronie jeziora :). Śmignęliśmy kawałek ścieżką pieszo-rowerową i odbiliśmy na asfalt na Dziekanowice.
Tędy prowadzi Rowerowy Szlak Piastowski i zgodnie z jego oznaczeniami kierowaliśmy się ku Gnieznu. Tuż przed Braciszewem zaliczyliśmy ostatnią pauzę w altance.
Dalej, na jednym z zakrętów wyczaiłem, że nowo wymalowany szlak wiedzie prosto w pole. Droga faktycznie tam była, lecz nadawała się raczej dla rowerów, niż pojazdów zmechanizowanych. Z drugiej strony w końcu to szlak rowerowy :). Początkowo było ekstra - dukt porośnięty wysoką trawą i drzewa po obu stronach. Później zaczął się hardkor, ale kto jak kto - my daliśmy radę :)
Wylecieliośmy w Braciszewie, a stąd pokręciliśmy prostą drogą do Gniezna. Rozstaliśmy się praktycznie pod moim domem. Podziękowałem p. Jurkowi za wspólną jazdę i obrałem kierunek prysznic :). Trzeba było się opłukać z tych wszystkich chaszczy :P. A jutro z rana do Dudka po nowy wkład suportu.
Mapka:
Atakujemy Lasy Czerniejewskie© kubolsky
Ten etap dzisiejszej trasy znany mi była tylko częściowo, lecz ostatecznie nawet ja nie byłem w stanie określić gdzie jesteśmy. Na szczęście mój dzisiejszy kompan wiedział doskonale :). Kapnąłem się dopiero przecinając drogę Wierzyce - Czerniejewo. Pokręciliśmy nią dosłownie z minutę i odbiliśmy w lewo na Rakowo. Bitumiczny dywan w końcu się skończył, a zaczęły się piachy. Szczęśliwie te również nie trwały długo i kilka obrotów korbą później cięliśmy prostym duktem przez las. Prosta skończyła się tuż nad obleganym dziś jez. Baby. Popatrzyliśmy chwilę na ludzi którzy dla chwili ochłody postanowili zapuścić się w sam środek lasu, a następnie cofnęliśmy się kawałek by wskoczyć na wiodący wokół bajora singielek. Po paru minutach znajdowaliśmy się na drugim brzegu.
Nad j. Baby© kubolsky
Później wspinaczka na skarpę, gdzie ze szczytu, z drugiej jej strony widać jez. Uli. Gdzieś tam obok powinno być ostatnie z trzech "oczek" - Ósemka, ale tego już nie wyczaiłem. Ruszyliśmy prostą drogą przez las, po drodze mijając Jezierce, ku Wierzycom.
Jezierce© kubolsky
Tam ponoć w knajpie na zakręcie dają smacznie jeść :). Jako że zbliżała się pora obiadowa, a ja na krótki czas zostałem słomianym wdowcem, zdrowo się nagrzałem na taką opcję :P. Dotarliśmy na miejsce, zamówiliśmy każdy po zestawie obiadowym i zabraliśmy się do czynnej konsumpcji. Było pycha!
Knajpa we Wierezycach© kubolsky
Szamamy obiadek :)© kubolsky
Konkretnie posileni uregulowaliśmy rachunki i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. W końcu nietaktem było by po godzinie jazdy i uzupełnieniu spalonych kalorii wrócić do domu. Zaproponowałem kierunek Pobiedziska, dalej Krześlice i stamtąd do Gniezna. Tak też uczyniliśmy. Górą myknęliśmy nad S5 i znowu asfaltem ruszyliśmy do Pobiedzisk. Ustalenia były takie - "Pełne brzuchy, nigdzie się nie spieszy, więc jedziemy spokojnie, rekreacyjnie". Realia natomiast takie - nie schodziliśmy poniżej 30 km/h i nawet tego nie czuliśmy :). Tym sposobem, w ekspresowym tempie znaleźliśmy się na rynku, na którym byłem chyba pierwszy raz w życiu.
Rynek w Pobiedziskach© kubolsky
Ku pamięci Wielkopolskim Powstańcom© kubolsky
Wyczaiłem obleganą budkę z lodami, czyli muszą mieć coś dobrego. Ja skusiłem się na koktajl jagodowy, p. Jurek na lodzika włoskiego. Mi smakowało, p. Jurkowi chyba też :). Ruszyliśmy dalej ku Krześlicom. Pan Jerzy zaproponował, by na światłach walić prosto, to w takim wypadku nie będziemy musieli cofać się spod pałacu na szlak do domu. Ok, jedziemy! Przez Nadróżno, Złotnioczki dotarliśmy do Wronczyna, czyli właściwie na skraj puszczy Zielonka. Tu jednak musieliśmy odbić w prawo, później znowu w prawo i szybko w lewo ;) i prostą wśród kukurydzy do Krześlic. Tu też kapnąłem się, że korba mi jakoś dziwnie pracuje, a co jakiś czas słyszę strzały :P. Zatrzymałem się, poruszałem ramieniem korby i są luzy :/. Wkład suportu szlag trafił. Trudno - do domu dojadę, ale jutro z rana trzeba oddać sprzęt do sąsiada. W końcu we wtorek wyjazd. Trochę kijowo wyszło, bo obiecałem sobie, że jak mi się korba posypie to wymienię ją na coś lepszego, ale teraz nie było już na to czasu. Z drugiej strony dobrze, że awaria nastąpiła teraz, a nie nad morzem. Spokojniejszym tempem dotarliśmy pod pałac w Krześlicach.
Pałac w Krześlicach© kubolsky
Z Krześlic, znanym mi szlakiem ruszyliśmy do domów. Najpierw gruntowy skrót przez pole, którego pan Jurek nie znał i jesteśmy we Węglewie - wsi, w któej urodził się Józef Kostrzewski, wybitny archeolog, odkrywca osady w Biskupinie.
Drewniany kościół z XVII pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Węglewie© kubolsky
Dalej zgodnie ze wskazaniami oznaczeń szlaku, traktem polnym dotarliśmy w okolice Lednogóry.
Wiatraki w Lednogórze© kubolsky
Tu też, w środku niczego podjechała biała Polówka na PZ-tach, a pasażerowie zaczęli nas dopytywać o drogę do skansenu w Dziekanowicach. Kulturalnie, najprościej jak się da wytłumaczyłem, że muszą zawrócić, do końca prosto, w prawo, na światłach w lewo i mijając jez. Lednickie zauważą kierunkowskaz. My ruszyliśmy dalej, a oni nie zawrócili. Potem jeszcze dwa razy mijalimy ich po nie tej stronie jeziora :). Śmignęliśmy kawałek ścieżką pieszo-rowerową i odbiliśmy na asfalt na Dziekanowice.
Jez. Lednickie oraz muzeum etnograficzne w Lednogórze© kubolsky
Tędy prowadzi Rowerowy Szlak Piastowski i zgodnie z jego oznaczeniami kierowaliśmy się ku Gnieznu. Tuż przed Braciszewem zaliczyliśmy ostatnią pauzę w altance.
Ostatnia pauza przed Braciszewem© kubolsky
Mam swój szlak! ;)© kubolsky
Dalej, na jednym z zakrętów wyczaiłem, że nowo wymalowany szlak wiedzie prosto w pole. Droga faktycznie tam była, lecz nadawała się raczej dla rowerów, niż pojazdów zmechanizowanych. Z drugiej strony w końcu to szlak rowerowy :). Początkowo było ekstra - dukt porośnięty wysoką trawą i drzewa po obu stronach. Później zaczął się hardkor, ale kto jak kto - my daliśmy radę :)
Nowo poprowadzony szlak nr. 1© kubolsky
Szlak poprowadzony jest trochę nieudolnie... ;)© kubolsky
Wylecieliośmy w Braciszewie, a stąd pokręciliśmy prostą drogą do Gniezna. Rozstaliśmy się praktycznie pod moim domem. Podziękowałem p. Jurkowi za wspólną jazdę i obrałem kierunek prysznic :). Trzeba było się opłukać z tych wszystkich chaszczy :P. A jutro z rana do Dudka po nowy wkład suportu.
Mapka:
Komentarze