Travel on Gravel!

kubolsky
Sobota, 1 sierpnia 2020 Komentarze: 4
Dystans 521.83 km
Czas 20:44
Vśrednia 25.17 km/h
Uczestnicy
Vmax 51.80 km/h
Kalorie 19168 kcal
Podjazdy 1964 m
Temp. 19.0 °C
Więcej danych
Stało się - pierwszy ultramaraton zaliczony ^^.
Pomysł aby wziąć udział w tego typu imprezie chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu, ale z realizacją bywało różnie. Ostatecznie zdecydowałem się na start w cyklicznej, lokalnej imprezie jaką jest Kórnicki Maraton Turystyczny. Co ciekawe - zapisałem się jeszcze przed wybuchem pandemii, więc przez dłuuugi czas nie miałem pewności czy wyścig w ogóle się odbędzie. Na szczęście na jakiś miesiąc przed startem ukazało się oficjalne info potwierdzające start imprezy. Aaa, jeszcze jedno - do udziału zaprosiłem Marcina, więc ryzyko jazdy solo spadło do zera (co jak się później okaże było dość istotne). Im bliżej startu tym częściej zerkałem w prognozy pogody - w końcu mało kto lubi dylać pół tysiąca km w deszczu lub przy silnym wietrze. Te długoterminowe nie zapowiadały nic fajnego, wręcz przeciwnie - opiewały w w/w czynniki pogodowe. Na szczęście z długoterminowymi prognozami bywa tak, że najczęściej się po prostu nie sprawdzają. Tak właśnie było - 1 i 2.08 okazały się być pogodowo wręcz idealne.
W Robakowie zjawiliśmy się koło 7 rano i od razu udaliśmy się do biura zawodów celem podpisania oświadczeń, pobrania trackerów GPS (link do śledzenia po fakcie tutaj - nie wiem jak długo będzie aktywny), oraz jakiejś szamy na drogę. Wystartowaliśmy tuż przed 8:00 jako część grupy nr 9. Początkowe kilometry prowadzące nas na miejsce startu honorowego na rynku w Kórniku utwierdziły nas w przekonaniu, że to będzie naprawdę piękny, bezwietrzny dzień (mimo porannego chłodu). Na rynku czekał nas kolejny start w wykonaniu Prezesa KBR, a następnie już tylko zliczanie mijających kilometrów. Nie chcę wdawać się w szczegółowy opis trasy kilometr po kilometrze, bo powstałby z tego nie lada elaborat, dlatego opiszę tylko co ciekawsze momenty, a cały wpis zakończę moim subiektywnym podsumowaniem i kilkoma przemyśleniami.
Jako pierwszy etap trasy można traktować odcinek od startu do Dino w Szamocinie (125 km). Aaa, w ogóle zdecydowanie większa część trasy na północ to powtórka z wypadu sprzed dwóch lat kiedy to celem był Kołobrzeg. Na szczęście pamięć już nie ta, jak również dla odmiany jazda w dzień sprawiły, że jechało się jakby po raz pierwszy.
Wracając do Dino - pod marketem urządziliśmy pierwszą przerwę na popas, uzupełnienie płynów i chwilę odpoczynku. Kolejna pauza czekała nas w Krajence w pierwszym punkcie żywieniowym. Po drodze mieliśmy okazję zaliczyć dolinę Noteci, którą to nie raz i nie dwa przemierzałem samochodem, jak również raz nocą na dwóch kołach. Tym razem jednak udało się ją przeciąć za dnia - nadal robi wrażenie. Wrażenie robiła też ilość aut jadących najprawdopodobniej znad lub nad morze. Za doliną czekał nas podjazd do Białośliwia, a dalej już "z górki" na obiad. W Wysokiej wsiedliśmy na koło jednemu z zawodników i w jego tunelu aerodynamicznym dotarliśmy na gastro (160 km).
W Restauracji czekały na nas arbuzy, banany, woda, oraz rzeczony obiad na który składały się pyrki z koperkiem, surówka, kotlet z serem i ananasem, oraz piwo bezalkoholowe ? (przynajmniej tak twierdziła obsługa, a okazało się że nie bez a niskoalkoholowe). Po konsumpcji umyliśmy rączki i buźki, uzupełniliśmy zapas bananów i ruszyliśmy w dalszą trasę. Na dalszym etapie podróży czekała nas atrakcja w postaci wysadzonego mostu na Gwdzie pod Jastrowiem. Ten w nocy robił wrażenie, za do w promieniach słońca wygląda mega zjawiskowo. Jeśli kiedyś postanowią go rozebrać i przerobić na żyletki to osobiście się do niego przypasam. Kolejnym punktem w którym postanowiliśmy trochę odpocząć i ponownie uzupełnić zapasy było Borne Sulinowo (220 km). W miarę szybko zorientowaliśmy się, że trasa została poprowadzona obrzeżami byłej radzieckiej bazy wojskowej, więc szybko skorygowaliśmy kurs by chociaż uwiecznić na fotografii jeden z charakterystycznych punktów miasta, czyli pomnik czołgu T-34. Z Bornego ruszyliśmy dalej przed siebie do najbardziej na północ wysuniętego fragmentu trasy jakim był Połczyn-Zdrój (266 km). W Połczynie urządziliśmy kolejny na naszej trasie postój na zakupy, tym razem w lokalnej Biedronce. Tu też dołączył do nas Poziomka (tak oryginalnie ochrzciliśmy tomojo podróżującego na rowerze poziomym). Zaczynało zmierzchać, a wiedząc że czeka nas raptem 20-25 km do kolejnego punktu żywieniowego, jak również przejazd przez tereny Szwajcarii Połczyńskiej tzw. Drogą 1000 zakrętów przy zachodzącym słońcu zebraliśmy się w te pędy i ruszyliśmy przed siebie. W miarę szybko dogoniliśmy Poziomkę, wsiedliśmy na koło i tak dotarliśmy na strogonowa i kompot. Opuszczając Zajazd Stary Drahim przyodzialiśmy na siebie długi rękaw, uruchomiliśmy oświetlenie i pod osłoną nocy podążyliśmy dalej w stronę mety. Jazda nocą ma kilka niezaprzeczalnych zalet - przede wszystkim brak wiatru, cisza, spokój i totalny brak ruchu samochodowego. Ma też wady - wszystko naokoło wygląda tak samo, droga się dłuży, a prędzej czy później zaczyna człowieka dopadać Orfeusz. Mi trafiło się to dwukrotnie, do tego stopnia że dosłownie na sekundę zasypiałem i otrząsałem się, czując że obalam się wraz z rowerem. Pierwszy coffee stop przypadł na Orlen w Wieleniu (382 km), ale na dłuższą metę niewiele pomógł. Kolejna pauza już bez kawy i tuż przed świtem miała miejsce we na wylocie z Wronek (420 km) - musiałem zejść z roweru, rozprostować giry, trochę pochodzić, a przede wszystkim wypaść z monotonii jazdy. Na moje/nasze szczęście pomogło. Ruszając dalej zaczęło świtać, krajobraz zaczął ukazywać swoje zróżnicowanie (o ile tak można powiedzieć o Wielkopolsce ;) ), no i zaczęło się robić cieplej. W tych pięknych okolicznościach przyrody dotarliśmy do Stęszewa, gdzie na Orlenie urządziliśmy drugi, a zarazem ostatni coffee stop (480 km). Coraz częściej zaczęliśmy napotykać na innych zawodników - poza Poziomką w głównej mierze towarzyszyli nam dwaj kolarze, których imion niestety nie poznaliśmy :(, a szkoda. Ze Stęszewa droga wiodła już prosto do Robakowa, z tym że jednak na okrętkę przez Mosinę, Wiórek i Borówiec. Tuż przed metą chwyciliśmy trójkę cyklistów (w tym jednego z którym startowaliśmy) i w takiej pięcioosobowej grupie tuż przed 10:00 rano wpadliśmy na teren podstawówki gdzie ulokowana została baza, start i co najważniejsze meta (521,83 km). Na miejscu gratulacje, pamiątkowe medale, fotki, popas i do domu. Zmęczenie przyszło później :)
Teraz czas na przemyślenia. Po pierwsze: na pewno wystartuję w kolejnych ultra :) Już nie w tym roku, może nie w nie wiadomo ilu, ale na pewno w co najmniej jednym - w kolejnym KMT ;) Po drugie: zdecydowanie trzeba zrewidować poziom targanego szpeju - zapasowy komplet ciuchów, szybkoschnący ręcznik, kurtka okazały się być zbędne. Warunek jest jeden - pewne prognozy. W ogóle mam wrażenie, że na takim dystansie i przy jeździe ciągiem zapasowy komplet ciuchów jest po prostu zbędny. Po trzecie: dodatkowe koszyki na bidony, bo płyny schodzą w opór! Najprawdopodobniej zaopatrzę się w takie na kierownicę, bo otworów montażowych w ramie więcej nie mam, a na widelcu bym nie chciał - momentalnie były by całe w kurzu, poza tym to niewygodnie i niepraktyczne. Po czwarte - jeden powerbank wystarczy (a to też waży). W moim wypadku do zasilania Garmina i ładowania telefonu wystarczył taki o pojemności 12000 mAh, a jeszcze trochę "soku" w nim zostało. Po piąte: coś tłustego do smarowania ust to mus. Zjarałem je tak, że do teraz mimo nawilżania cierpię. Cóż, człowiek całe życie się uczy. Po szóste: chyba częstsze, ale i krótsze przerwy, a wcześniej korekta geometrii bloków w butach, siodła i kąta pochylenia kierownicy. Dlaczego? Otóż dlatego, że mimo tego iż jechało się wygodnie to drętwienie palców u stopy minęło wczoraj, tj. dwa dni po zakończeniu imprezy, a palce u lewej ręki drętwieją nadal. Po siódme: częstsze smarowanie wiadomo czego, wiadomo też dlaczego ;)
Podsumowując - decyzja o starcie w ultramaratonie okazała się strzałem w dychę. Mimo, że turbo zmęczony i spompowany to jednak szczęśliwy i usatysfakcjonowany - taki wraca człowiek po pokonaniu swojej kolejnej granicy teoretycznie nie do przeskoczenia. Teoretycznie... Teraz mam apetyt na więcej. Rzekłem! :)
No i na koniec zostawiłem najważniejsze - Marcin, wielkie dzięki za towarzystwo! Wiesz, że zakładaliśmy większą integrację, ale napinacze zweryfikowali te założenia i pozostała nam jazda w parze. Bez Ciebie pewnie bym nie dał rady, o ile w ogóle bym wystartował. Na pewno nie z wiedzą, którą nabyłem tuż po starcie ;)









































VI Kórnicki Maraton Turystyczny 2020 ☀️ | Ride | Strava

Środa, 29 lipca 2020 Komentarze: 3
Dystans 60.23 km
Czas 02:11
Vśrednia 27.59 km/h
Vmax 47.20 km/h
Kalorie 2247 kcal
Podjazdy 238 m
Temp. 17.0 °C
Więcej danych






Poniedziałek, 27 lipca 2020 Komentarze: 3
Dystans 61.10 km
Czas 02:02
Vśrednia 30.05 km/h
Vmax 41.80 km/h
Kalorie 2447 kcal
Podjazdy 230 m
Temp. 23.0 °C
Więcej danych
...a zamiast treningu wyszło przepalenie łydy. Kondycja niby jest, ale nie taka jakiej bym po sobie oczekiwał ¯\_(ツ)_/¯





Lidl ⛅ Kategoria solo
Piątek, 24 lipca 2020 Komentarze: 0
Dystans 7.23 km
Czas 00:20
Vśrednia 21.69 km/h
Vmax 32.40 km/h
Kalorie 437 kcal
Podjazdy 31 m
Temp. 26.0 °C
Sprzęt Chuck Norris
Więcej danych
Piątek, 24 lipca 2020 Komentarze: 0
Dystans 23.91 km
Czas 00:58
Vśrednia 24.73 km/h
Vmax 43.90 km/h
Kalorie 803 kcal
Podjazdy 95 m
Temp. 24.0 °C
Więcej danych
Wtorek, 21 lipca 2020 Komentarze: 1
Dystans 31.74 km
Czas 01:43
Vśrednia 18.49 km/h
Vmax 34.20 km/h
Kalorie 1065 kcal
Podjazdy 119 m
Temp. 19.0 °C
Więcej danych







Niedziela, 19 lipca 2020 Komentarze: 1
Dystans 35.73 km
Czas 01:57
Vśrednia 18.32 km/h
Vmax 30.60 km/h
Kalorie 1578 kcal
Podjazdy 109 m
Temp. 25.0 °C
Więcej danych
Niedziela to spontaniczny i jak się okazało nie do końca przemyślany wypad do Lawendowych Zdrojów. Z uwagi na zmęczenie Agnieszki po wczorajszym wypadzie wybraliśmy wariant krótszy z dojazdem ciuchcią do Pobiedzisk i powrotem składem KW z Gniezna. 
Dwa spostrzeżenia: pierwsze - wiary na miejscu więcej niż w Śnieżycowym Jarze biorąc pod uwagę stosunek powierzchni obiektu do ilości homo sapiens, drugi - warto czasem zajrzeć w prognozy pogody, gdyż na miejscu dopadł nas deszcz, grzmoty i pieruny. W momencie gdy trochę odpuścił przemieściliśmy się do wiaty w której mogliśmy w spokoju i odosobnieniu przeczekać opad. Ten niestety nie odpuszczał, więc nie chcąc ślęczeć tam do zmroku ruszyliśmy w stronę dworca. W zasadzie do Kosmowa jechaliśmy w towarzystwie istnego oberwania chmury któremu towarzyszył porywisty wiatr, przez co krople smagały nas niczym pociski z AK-47. Niebiański Posejdon odpuścił na dobre w okolicach Gębarzewa - ponownie zrobiło się ciepło, nadarzyła się szansa by trochę obeschnąć. Na dworzec dotarliśmy w zasadzie suchutcy, poza zawartością butów - tam pozostało bagienko ;) Powrót klimatyzowanym (tym razem wolałbym bez) składem KW na Garbary i przez Szeląg do domu. To była...ciekawa przygoda ;)











\\







Sobota, 18 lipca 2020 Komentarze: 4
Dystans 57.76 km
Czas 03:04
Vśrednia 18.83 km/h
Vmax 36.00 km/h
Kalorie 2455 kcal
Podjazdy 161 m
Temp. 30.0 °C
Więcej danych
Zdjęcie słupa z dedykacją dla największego miłośnika konstrukcji kratownicowych - Grigora ^^









Poniedziałek, 13 lipca 2020 Komentarze: 4
Dystans 18.20 km
Czas 00:59
Vśrednia 18.51 km/h
Vmax 41.40 km/h
Kalorie 528 kcal
Podjazdy 60 m
Temp. 20.0 °C
Więcej danych


Niedziela, 12 lipca 2020 Komentarze: 2
Dystans 54.46 km
Czas 02:30
Vśrednia 21.78 km/h
Vmax 38.20 km/h
Kalorie 1836 kcal
Podjazdy 209 m
Temp. 20.0 °C
Więcej danych




TROCHĘ O MNIE

Ten blog rowerowy prowadzi kubolsky z miasta Poznań
  • Mam przejechane 91037.74 kilometrów
  • Jeżdżę ze średnią prędkością 21.88 km/h


91037.74

KILOMETRÓW NA BLOGU

21.88 km/h

ŚREDNIA PRĘDKOŚĆ

173d 08h 07m

CZAS W SIODLE