W zasadzie do ZUS złożyć jeden dokument po kilku latach przepychania się z urzędem. Dojazd do Gniezna pod wiatr z Panem Jurkiem, który dołączył do mnie na wiadukcie w Wierzycach. Powrót (co chyba oczywiste) z wiatrem. Po drodze przelatując przez Jerzykowo spotkałem Grigora mknącego przez Biskupice (lokalsi wiedzą o co kaman ;) ). Chwila gadki, trochę kurtuazji, kilka uśmiechów i ruszyliśmy dalej ku swoim destynacjom. Dzięki raz jeszcze Panie Jurku, pozdro raz jeszcze Grigor! Oby do jak najszybszego następnego Panowie.
Tytuł to nie żart - akurat teraz chłopa w domu zabrakło, a jedyny pod ręką w Poznaniu, więc szacowna Rodzicielka mnie poprosiła o przedświąteczną wymianę firanek. Całe szczęście okna były już umyte :P Innymi słowy - do Gniezna baną, a z Gniezna na kołach. Aaaa, na Rynku w Pobiedziskach wpadłem na Anię. Nie dosłownie oczywiście ;)
Korzystając z kolejnego, prawdziwie wiosennego dnia postanowiłem odwiedzić podpoznański Żarnowiec i znajdujące się tam źródełko. Wyjazd o 9 rano na full krótko był dość ryzykownym, ale w ostatecznym rozrachunku dobrym posunięciem. Dojazd na miejsce przez pół miasta, Plewiska i Dopiewo przebiegł bez zakłóceń, choć z wiatrem w ryj - delikatnym, ale zawsze. Na miejscu cyknąłem kilka zdjęć i bez zbędnego rozsiadania się ruszyłem w drogę powrotną, tym razem już z wiatrem w plecy. W zasadzie aż do Woli nie działo się nic szczególnego. Dalej zrobiło się "wesoło" - jadąc wzdłuż Lutyckiej, dosłownie w ciągu sekundy zrobiło się twardo pod dupą. No nic - trzeba wymienić kichę. Problemem okazał się brak zapasu w sakwie, choć byłem przekonany że tam się znajduje. Na ratunek przybyła Agnieszka która zebrała się w trymiga, wskoczyła na rower, po drodze zakupiła dętkę i w ciągu godziny była u mnie. Szybki serwis i na pocieszenie wizyta w Starej Rzeźni na Beer and Food Festival Lite.